środa, 30 marca 2011

Do domu czy dalej w gore?

28.03

Wczoraj w nocy czulismy sie jak w Tatrach podczas najwiekszego halnego jaki przezylismy do tej pory. Namiotem trzepotalo i ryk wiatru w koronach drzew utrudnial nam spanie. Srednio budzilismy sie co 3 godziny. Zrozumielismy dlaczego idac tutaj mijalismy tyle zwalonych drzew. Wiedzielismy, ze w trakcie takiej wichury nie bedziemy mogli zejsc na dol, bo przejscie przez wiatrolom (droga na dol prowadzi tylko przez las) wiazaloby sie ze zbyt duzym ryzykiem.
Do tego kolo 5 rano zaczal padac deszcz. Nie pozostalo nam nic innego jak przeczekac ta wstretna niepogode. Glod wygonil nas z namiotu o 9.30. Troche czasu minelo zanim zrobilismy sniadanie. Przenikliwy zimny wiatr mrozil nam rece, ale tez przeganial ddzyste obloki tuz nad tafla stawu...
Cisnienie sie unormowalo - to byl dobry znak. W przerwie mzawki postanowilismy sie szybko spakowac i kiedy wiatr zmalal - mielismy ruszyc na dol. Wtedy przez chmury powoli zaczelo przebijac slonce. Z kazda chwila mocniej i wreszcie pojawily sie szanse na sloneczny dzien.
Wtedy podjelismy szybka decyzje - zostawiamy plecaki w miejscu biwaku, bierzemy niezbedne rzeczy i ruszamy w kierunku pobliskiego szczytu - Cerro Esfinge (1250 m).
O 13.15 po przejsciu przez torfowiska zaczelismy dluga wspinaczke na siodlo. Z kazdym zyskanym metrem otwieral sie przed nami niesamowity widok na doline i jeziorko nad ktorym nocowalismy. Nasz plan zakladal wejscie tylko na siodlo (950 m) i powrot do Ushuaii, lub wejscie na szczyt i drugi nocleg w tym samym miejscu. Okolo 3 po poludniu ujrzelismy Lagune Superior - malutki stawik do ktorego splywala woda z topiacego sie lodu i on tez zasilal staw polozony na dnie doliny. Z siodla widac bylo druga doline razem z lodowcem, do ktorego mielismy isc na poczatku. Zaczal padac snieg. Po chwili zastanowienia, mimo zmeczenia postanawiamy wejsc na Cerro Esfinge. Byla 4.15 i wiedzielismy ze bedziemy musieli sie spieszyc. Przez caly czas szlismy piargiem co mocno nas meczylo i spowalnialo. Zdecydowalismy jak najszybciej dostac sie na gran. W 3/4 drogi okazalo sie jednak, ze byla to zla decyzja - podejscie bylo zbyt trudne. Trasa wiodla bardzo stromo po kamieniach w ksztalcie plaskich plytek. Takie kamyczki maja tendencje do obsuwania sie niczym lawina pod ciezarem ciala. Czesto kazdy jeden krok oznaczal pol kroku w dol. Ponizej lezaly platy wiecznego sniegu. Kazde poslizgniecie oznaczalo szybki zjazd na dol z niekoniecznie fajnym zakonczeniem. 100 metrow od szczytu musielismy zawrocic. Po zejsciu do miejsca, w ktorym moglismy rozpoczac trawers na wierzcholek, mimo silnej pokusy, postanowilismy schodzic na dol. Byla 5.15 a musielismy jeszcze rozbic ponownie namiot (o 7.30 robi sie ciemno). Nasze nogi juz ledwo pracowaly (to dopiero drugi dzien), mimo to zeszlismy dosc szybko w promieniach zachodzacego slonca. Bajkowe widok dodawaly nam sil.
Po powrocie na biwak szybko sie zorganizowalismy i po kolacji lezymy teraz w namiocie.
To byl wspanialy dzien pelen wrazen i przepieknych widokow. Nie spotkalismy zywej duszy, a na horyzoncie nie bylo nic co przypominaloby nam o cywilizacji... Mielismy to wszysto (i przede wszystkim siebie :) tylko dla nas...
Jutro schodzimy do Ushuaii na odpoczynek przed nastepnym trekingiem.

Z poziomu morza w gory

27.03

Ciezko bylo nam sie rozstac ze statkiem, z zaloga i z innymi pasazerami dzisiaj rano. Przez te 11 dni zdazylismy sie przyzwyczaic do tej lajby - byla naszym schronieniem i srodkem transportu. To troche podobne uczucie jakim motocyklisci darza swoje maszyny.
Teraz (jest godzina 19.40) lezac w namiocie ciezko nam uwierzyc, ze jeszcze przeciez dzisiaj bylismy na pokladzie naszej wielkiej Ushuaii.
Dzien zaczelismy dosc wczesnie i ruszylismy na dlugo wyczekiwany trekking. Pogoda i widoki jak marzenie - piekne slonce, w ktorym widac wszystkie kolory jesieni. Ta juz na dobre rozgoscila sie w parku narodowym Tierra del Fuego. Poczatek drogi prowadzil przez wciaz zielone laki, na ktorych pasly sie konie. Czasem trawe przykrywala szadz. Przekraczalismy od czasu do czasu waskie strumienie, w ktorych plywaly bobry. Caly teren po ktorym sie dzisiaj poruszalismy (nawet ten wyzej) lezy na torfowiskach. Potem droga zaczela sie piac pod gore i weszlismy w las. Mnostwo w nim byl zwalonych drzew i czasami musielismy przechodzic pod niektorymi na czworaka ;). Niektore drzewa przypominaly powykrecane druciki lub ciernie. Dla nas wszystko to bylo bardzo ciekawe, wiec nie spieszylismy sie zbytnio. Czesto zatrzymywalismy sie robic zdjecia, bo w takim otoczeniu jeszcze nigdy nie trekowalismy. Powoli zaczynamy przyzwyczajac nogi do chodzenia (na pokladzie Ushuaii odwyklismy). Nasze plecaki z prowiantem, paliwem do kuchenki i zapasem wody sa jednak niestety naprawde ciezkie...
Tutejsze szlaki sa bardzo slabo oznaczone, ale nie stanowi to dla nas problemu. Mamy stosowna pomoc ;-) Praktycznie nie spotkalismy dzisiaj nikogo. To juz koniec sezonu turystycznego i w miescie zrobilo sie tez pusto.
Okolo godziny 3.30 po poludniu dotarlismy do naszego celu - Laguna Encantada. To male jeziorko wysokogorskie (560 m npm) otoczone z trzech stron szczytami gorskimi, na ktorych lezy juz swiezy snieg.
No wlasnie - wszystko byloby ideanie gdyby nie to, ze jest tu juz dosc zimno - w tej chwili na zewnatrz jest 1 stopien. Dodajac do tego zimny i przenikliwy wiatr wiejacy od morza robi sie srednio przyjemnie. Jesli do tego zacznie padac deszcz (a ma padac) to nocowanie w naszym malutkim namiocie bedzie meczarnia (nawet dla nas ;).
Jutro prawdopodobnie ruszymy dalej w kierunku Paso dela Oveja, gdzie spedzimy kolejna noc pod namiotem. Natomiast jesli chodzi o nasze dalsze plany (zakladalismy ok 14 dni trekingow z namiotem w tych okolicach) to wszystko bedzie zalezalo od pogody i naszego samopoczucia. Moze skrocimy to na rzecz wypadow w okolicy Cerro Torre czy Fitz Roy.
Jest 2 w nocy i gwaltownie zaczelo spadac cisnienie. Wiatr doslownie ryczy w malym zagajniku, na skraju ktorego rozbilismy nasz namiot. Porywy spokojnie osiagaja kolo 80-100 km/h. Dobrze, ze spimy w malej niecce i zawczasu pozabezpieczalismy wszystkie sledzie duzymi kamieniami, a odciagi poprzywiazywalismy do drzew... W spiworkach mamy cieplutko jak w domku ;). Probujemy spac dalej...
Teraz juz wiemy 'czym pachnie' tutejszy wiatr, przed ktorym wszyscy nas przestrzegali...

niedziela, 27 marca 2011

W drodze do Ushuaii dzien III

Dookola tylko wzburzony ocean i nic sie nie dzieje. Powoli przygotowujemy sie do zejscia na lad - robimy pranie, przepakowujemy rzeczy w plecakach, choc to jeszcze nie tak szybko zanim wrocimy do Ameryki Poludniowej.
Dzisiaj pod wieczor mamy wejsc w sztorm, gdzie predkosc wiatru ma wynosic okolo 90-100 km/h. Bedzie wialo od dziobu, co oznacza najgorszy scenariusz, bo bedziemy plynac wolniej i bujanie bedzie najgorsze z mozliwych (wertykalne, a nie horyzontalne jak przy bocznym wietrze).
Pora na podsumowanie.
Bez najmniejszej watpliwosci decyzja, zeby poplynac na Antarktyde byla warta kazdej wydanej zlotowki. Na pewno zrobilibysmy to raz jeszcze bez chwili namyslu.
To co przezylismy i to co widzielismy zostanie z nami na zawsze. Niesamowite piekno tego miejsca, a takze jego dziewiczosc sklaniaja do zastanowienia sie nad niszczycielskim dzialaniem czlowieka na nature. Nasz swiat jest jednym wielkim cudem i szkoda, ze nie dostrzegamy tego na codzien...
Jesli chodzi o sposob zwiedzania tego miejsca, to wydaje sie ze w naszym przypadku byl on najbardziej optymalny. Nie da sie ukryc, ze jestesmy samotnikami i lubimy miec takie miejsca tylko dla siebie. Oczywiscie 63 pozostalych pasazerow to stosunkowo duza ilosc ludzi, ale czesto bylismy dzieleni na grupy i jak zawsze trzymalismy sie na uboczu. Moglismy kontemplowac widoki bez tlumu i w miare cichej atmosferze. Doswiadczylismy Antarktydy na swoj sposob i o to nam chodzilo.
Idealnym srodkem transportu tutaj bylaby podroz jachtem (choc po wczorajszej chorobie morskiej nie jestem juz tego tak pewien ;) jednak wymaga to wiekszej ilosci czasu i pieniedzy. Wtedy podrozuje sie w bardzo malym gronie. Zupelnym przeciwienstwem tego sa podroze wielkimi cruizerami, gdzie trwa jedna wielka impreza i czesto nawet nie schodzi sie na lad...
Firma organizujaca nasza wyprawe bardzo profesjonalnie wykonuje swoje zadanie. Wszyscy pracownicy za podstawowa kwestie stawiaja bezpieczenstwo uczestnikow. W wiekszosci sa to naukowcy, od ktorych mozna sie dowiedziec wielu ciekawych rzeczy. Jedzenia jest mnostwo i wszystko smaczne. Nie czulismy sie wcale jak na komercyjnej wyprawie (to tez zasluga pozostalych osob, ktore raczej nie trafily tutaj przypadkowo - oczywiscie z wyjatkami...).
Wczoraj tez zadalsmy sobie pytanie co zrobilo na nas wieksze wrazenie: dolina Solokhumbu w Nepalu czy Antarktyda. Odpowiedz jest taka, ze nasze serca zostaly w Himalajach... Gardlowe modlitwy buddyjskich mnichow, zapach kadzidel, dzwonki jakow to wszystko sprawia, ze w pewnym sensie podobne widoki gor i schodzacych z nich lodowcow sa nam duzo blizsze...

Pozegnanie z cywilizacja! Czas na prawdziwa przygode!

27.03

Minal miesiac od naszego wyjazdu. Jest 7 rano i za godzine wychodzimy w gory! Nie bedzie nas w Ushuaii przez 3-4 dni. Najpierw ruszamy w strone lodowca Vinciguerra, gdzie spedzimy pierwsza nasza noc pod namiotem. Potem ruszymy w strone malwniczej przeleczy Paso de la Oveja (ten odcinek powinien nam zajac ok 2 dni). Zakladamy jeden dzien poslizgu.
Po powrocie odezwiemy sie.
Przez ostatnie 2 dni tyle sie dzialo, ze nie mielismy czasu nic napisac. Nadrobimy to na biwakach (mamy nadzieje) :-)

sobota, 26 marca 2011

W drodze do Ushuaii dzien II

23.03

Pogoda tutaj ma to do siebie, ze zmienia sie w sekunde - mielismy miec ladne slonce, a zamiast tego mamy sztorm.
Po przebudzeniu udalo mi sie wziac prysznic i dojsc do pokoju lekarza jeden poklad wyzej. Zdarzylem krzyknac 'good morning' i lecialem spowrotem na dol, zeby jak najszybciej znalezc sie w swojej koji. Nasz armenski lekarz zniosl mi kropelki na chorobe morska i powiedzial jak je stosowac. Od 5 rano czujemy sie jak na kolejce gorskiej. Buja konkretnie - tym razem Drake nie jest dla nas tak laskawy... Zbliza sie 12.30 i zaraz sprobuje podniesc sie po raz drugi dzisiaj, bo obiad czeka!
Tym razem bylo troche lepiej i nawet udalo mi sie cos przekasic. Po kolejnej drzemce poczulem sie na tyle dobrze, ze poszlismy na wyklad o historii polowan na wieloryby. Uff co za ulga. Wieczorem zaczalem pierwsze przygotowania tras trekkingow na najblizsze dni.
Wychodzi na to, ze wieksza czesc kwietnia spedzimy w parkach narodowych poludniowej Patagonii. Zeby tylko pogoda byla w miare znosna...

Paradise Bay i awaria statku

22.03

Wczorajszy plan okazal sie strzalem w 10. Obudzilismy sie dzisiaj wypoczeci i w super formie, takze nie zmierzila nas pobudka o godz 6 rano. Od razu polecielismy na deck, gdzie po porcji oslodzonego kakao wyskoczylismy na poranna gimnastyke w mroznym antarktcznym powietrzu! To miejsce ma niepowtarzalny klimat. Ogromona ilosc lodowcow schodzacych do morza z okolicznych wierzcholkow - tak w skrocie mozna by opisac przesmyki i kanaly (pomiedzy polwyspem a wyspami) w ktore zabierali nas dzisiaj nasi kapitanowie.
O 9 po sniadaniu pojechalismy na przejazdzke na pontonach do Rajskiej Zatoki (Paradise Bay). Tam w otoczeniu ogromnych serakow chylacych sie do wody na przestrzeni kilku kilometrow (z kazdej strony, bo to wkoncu zatoka :) plywalismy na pontonach. Po raz kolejny zaniemowilismy z zachwytu! Troche przemarzlismy, bo zbyt duze obciazenie dziobu pontonu spowodowalo, ze cala podloga tonela w wodzie.
Potm znowu postawilismy stopy na ziemi Antarktydy, w miejscu w ktorym miesci sie argentynska letnia baza (Stacja Browna) . W obecnym czasie jest ona juz opuszczona. Krotki spacerek na wzgorze pozwolil nam popatrzec na to miejsce z ladnej perspektwy.
Po powrocie na statek czekal juz na nas przygotowany wczesniej grill. Pyszne kielbaski!
Teraz siedzimy w salonie czekajac na popoludniowa przejazdzke na pontonach i nagle dowiedzielismy sie, ze jeden z silnikow statku przestal pracowac z powodu awarii przekladni. Oznacza to dla nas wczesniejszy powrot do domu. Wlasciwie w tej chwili skonczyla sie dla nas ta wycieczka. Zaczynamy powrot do portu. Sytuacja jest na tyle niebezpieczna, ze na 26 zapowiadana jest kiepska pogoda w ciesninie Drake'a. Troche to kiepska perspektywa dla nas, ale trudno - take rzeczy sie zdarzaja.
Wlasnie zaczelo znowu bujac bo przechodzimy przez mini Drake'a czyli ciesnine Bransfield. Wracamy w mozliwie jak najprostrzej linii do kanalu Beagle gdzie statek bedzie bezpieczny.
W momencie ogloszenia informacji o awarii powiedziano nam, ze podjeto dzialania naprawcze, jednak my podejrzewalismy juz wczesniej, ze organizator nie bedzie chcial brac odpowiedzialnosci za 65 osob na pokladzie i bedziemy jak najszybciej szukac bezpiecznego schronienia.
I tak zgodnie z planem zaczelismy wracac na polnoc juz wczoraj wieczorem. Przed nami mialy byc jeszcze 2 dni spedzone na plywaniu i chodzeniu po okolicznych wyspach. To co mielismy zobaczyc udalo nam sie z nawiazka. Jestesmy syci Antarktdy (na tyle ile byl to mozliwe).

Petermann's Island i stacja Vernadsky

21.03

Ciezko sie dzisiaj wstawalo (szczegolnie po wczorajszej baraninie na kolacje ;). Pierwsza mysla, ktora przeszla przez nasze glowy, to ze nie chcemy stad wracac! Przyzwyczailismy sie do zycia na statku, a moze bardziej do otaczajacych nas widokow, ktore powoduja ze kazdy dzien jest wspanialym przezyciem.
Wyspy Argentynskie byly naszym pierwszym celem dzisiaj. Od rana na zewnatrz panowala idealna pogoda. Niebo prawie bezchmurne i bardzo cieplo jak na to miejsce. Po przybyciu na wyspe o nazwie Petermann (polozona w pld kocu Kanalu Lemaire'a) zrobilismy 2 krotkie wedrowki na okoliczne wzniesienia, ktore byly bardzo dobrymi punktami widokowymi na Polwysep Antarktyczny. W czystym powietrzu widocznosc byla doskonala. Calosc wraz z ciesninami, lodowcami i wysokimi szczytami w tle stanowila przepiekny obraz.
Naszym drugim miejscem docelowym byla ukrainska stacja badawcza Vernadsky. Wczesniej nalezala do brytyjczykow i od 1985 roku miesci sie w niej Aparat Dobsona, ktory mierzy grubosc warstwy ozonowej. Oprocz pomiarow meteorolgicznych prowadzone sa tam rowniez badania hydrologiczne (widzielismy wykres fali tsunami, ktora dotarla tutaj po 20h i miala 1m wysokosci) oraz badania jonosfery, ktorej ruchy zaklocaja dzialania satelit (systemu gps), co jest bardzo wazne dla lotnictwa. Ukrainscy naukowcy po roku pracy, za 8 dni wracaja do domu (oprocz lekarza on siedzi tu 2 lata), a na ich miejsce przyjezdzaja nowi.
Bardzo blisko, na sasiedniej wysepce (Winter Island) miesci sie Wordie House, w ktorym zalozone zostalo pierwsze obserwatorium meteorologiczne przez jednego z uczestnikow wyprawy Shackletone'a - Jamesa Wordie. Teraz miesci sie tam swego rodzaju muzeum, gdzie mozna zobaczyc jak ludzie zyli w tym miejscu. Nam najbardziej utkwila w pamieci ksiazka kucharska (Fid to Fit), w ktorej bylo ponad 200 przepisow potraw z pingwina, mewy czy foki (od mozdzkow, przez pasztety, flaczki itd).
Po powrocie na statek poszlismy na najwyzszy poklad dalej rozkoszowac sie widokami (srednio robimy tutaj ponad 100 zdjec dziennie). Z pierwszym od dawna piwkiem w reku patrzylismy na zachodzace slonce...
Zrezygnowalismy dzis ze wspolnej kolacji, ktora podaja na tyle pozno, ze wszyscy chwile po niej klada sie spac. Porcje jedzeniowe sa ogromne, a desery takie ze az trudno sobie odmowic.

W drodze na Antarktyde

Dzis mija pierwszy, pelny dzien na morzu. Wczoraj od rana mielismy urwanie glowy. Odkad wyslalismy ostatni wpis na blog, tak pozniej juz tylko biegiem zalatwialismy potrzebne sprawy. Zakupilismy niezbedny prowiant i udalismy sie na statek do portu. Statek ten nazywa sie Ushuaia, ma 85m dlugosci, 15,5m szerokosci niebieski kolor. Zostal zbudowany w USA w 1970 na potrzeby naukowe. Obsluga przywitala nas glebokim uklonem i zaprowadzila do kajuty. Chwile pozniej wszyscy uczestnicy wyprawy saczyli powitalnego szampana i zagryzali wykwintne przekaski. A my wciaz nie moglismy uwierzyc w to co nas czeka... Na poczatku spotkania wszyscy opiekunowie przedstawili sie i powiedzieli pare slow o sobie. Sa to glownie biolodzy i geolodzy ktorzy dbaja o przestrzeganie higieny podczas schodzenia na lad polwyspu arktycznego, bowiem kwestia zachowania nieskazitelnosci ekosystemu jest tutaj sprawa priorytetowa. Nasza kajuta nalezy do tej najnizszej polki cenowej ale i tak jest bardzo przyzwoita. Mamy dosc sporo miejsca. Miesci sie w niej lozko pietrowe, dwuosobowa szafa, biurko i umywalka z lustrem. Bez problemu zmiescily sie w kacie rowniez nasze dwa ogromne plecaki. Lazienke z prysznicem mamy dzielona z pokojem obok, w ktorym to mieszka nasza rodaczka z Ustronia - Grazyna :). Po kolacji, na ktorej Ania dostala urodzinowy tort, zostalismy kompletnie przeszkoleni w kwestii bezpieczenstwa i procedury postepowania w razie katastrofy.
Dzisiaj od rana nic sie nie dzieje. Na horyzoncie nie ma nic, tylko chmury. Wszyscy sie snuja lub zipaja na kanapach i czekaja na to samo - zeby zobaczyc wysnione gory lodowe i kolonie pingwinow. Atmosfera na statku jest kameralna. Sa zaledwie 64 osoby. Mamy do dyspozycji 6 wielkich pontonow, ktorymi bedziemy przewozeni na lad. Serwuja nam tu 4 posilki, napoje w postaci kawy, herbaty czy wody mamy na okraglo included. Miedzy posilkami organizuja nam czas w formie wykladow i filmow o Antarktydzie. Dzis mielismy na przyklad lekcje o ptakach, czyli o albatrosach, rybitwach, mewach i kormoranach. Potem wraz z prowadzaca moglismy wyjsc na deck i rozpoznawac je wsrod tych ktore lataja wokol statku. Wieczorem ma byc film o wyprawie Shakeltona...

Pierwsze kroki na kontynencie

20.03

Uff... Dzisiejszy dzien byl meczacy, ale czujemy to dopiero teraz kladac sie do spania. Wstalismy dzis wyjatkowo wczesnie, bo o 4 rano i nie moglismy wytrzymac dlugo w lozku - pierwsze co polecielismy na mostek kapitanski sprawdzic, czy pojawily sie w okolicy jakies gory lodowe. Dookola tylko ciemna noc i zacinajacy mocno snieg w swietle bardzo mocnego szperacza ustawionego jakies 100m w przod dziobu. Sternik i pilot w pelnej gotowosci. Po pol godzinie wrocilismy na dalsza drzemke.
Nie trwala ona zbyt dlugo, bo dzisiaj zeszlismy na lad pierwszy raz o godzinie 9 rano. Wyspa Cuverville'a (na pln koncu Kanalu Errera), na ktorej sie znalezlismy jest najwieksza kolonia pingwina Gentoo w tej czesci Antarktydy (okolo 5 tys par w okresie legowym). Widzielismy tutaj tez pingwina bialego (nie albinosa). Widoki dookola byly powalajace - ogromne gory lodowe w wiekszosci zanurzone pod woda mialy soczyscie blekitny kolor. Po obu stronach widzielismy polwysep, z ktorego schodzily do wody wielkie lodowce. Czasami odrywal sie od nich potezny serak, ktory z ogromnym hukiem wpadal do wody, tworzac wysoka fale.
Na koniec wsiedlismy do pontonu i udalismy sie na 30 min przejazdzke po zatoce, mogac z bardzo bliska ogladac to, co widzielismy wczesniej z brzegu.
Po powrocie na statek nie bylo nam dane dlugo odpoczac, bo po obiedzie i krotkiej sjescie, wskoczylismy spowrotem do pontonow, zeby wyladowac po raz pierwszy na wlasciwym ladzie Antarktyki (Neko Harbour na Ziemi Grahama). Tam w otoczeniu pingwinow zroblismy krotki trek na jeden z pobliskich wierzcholkow (120m npm). Ze szczytu rozposcieral sie nieprawdopodoby widok na zatoke, do ktorej ze wszystkich stron schodzily lodowce. Czegos takiego nie widzielismy nawet w Himalajach! Seraki wielkosci naszego statku pochylaly sie niebezpiecznie w strone wody, ogromne szczeliny i niesamowita cisza! Coz za spektakl! Mozna bylo stac i patrzyc sie na ten cud natury godzinami. Po powrocie na statek wciaz bylo nam malo, dlatego zlapalismy lunch i poszlismy go jesc na poklad. Siedzielismy na laweczce popijajac popludniowa herbatke i gapilismy sie na widoki przed nami. Tak spedzilismy okolo 4 godzin przy zerowej temperaturze. Kiedy mielismy juz wracac na kolacje wyszlo slonce i kapitan zdecydowal sie poplynac waskim przesmykiem (Neumayera) u wyjscia z ciesniny Gerlacha. Co to byly za widoki! Wszedzie kra, gory lodowe, lodowce, chmury i od czasu do czasu wyskakujace z wody pingwiny albo foki wypoczywajace na krach... Szkoda bylo schodzic pod poklad, ale powoli zaczynalo sie robic ciemno, a nam powoli zaczelo dokuczac zimno!
Chwile spedzone tutaj sa tak niepowtarzalne i znowu nie mozemy sie doczekac kolejnego dnia...

Wyspy Szetlandzkie

19.03

W przeciwienstwie do wielu osob tutaj, bardzo dobrze nam sie spi - srednio po 10-11 godzin. Pogoda podczas przejscia Drake'a byla dla nas wyjatkowo laskawa i tylko w polowie drogi troche nas pobujalo (troche oznacza przechyly ok 20-30 stopni ;) - wszystko lezy na podlodze). Nie mamy problemu z choroba morska i nie bierzemy tabletek przeciwko tej przypadlosci.
Bylismy dzis na mostku kapitanskim, gdzie moglismy popatrzec jak odbywa sie nawigowanie okretem. Bomba! Teraz bedziemy tam stalymi bywalcami, bo na tym statku jest polityka otwartych drzwi, co oznacza, ze mozemy wejsc na mostek o kazdej porze, wziac lornetke i popatrzyc na horyzont :).
O 14.00 mielismy obowiazkowa odprawe dotyczaca procedury zejscia na lad, bo okazalo sie, ze kolo godziny 5 po poludniu przybijemy do Wysp Szetlandzkich i bedziemy mogli pospacerowac po jednej z nich (Wyspa Roberta). Dostalismy w tym celu specjalne gumowe kalosze ktore trzeba czyscic w specjalnych basenikach z woda przed i po spacerze aby nie przenosic bakterii. Przeprawa na pontonach (zodiaki) przez wzburzone morze (prady sa tu niesamowicie silne) dostarczyla nam prawie tyle wrazen co ta pod wodospadami Iguazu. Grubo ubrani (i tak wymarzlismy strasznie, bo nagle zmienila sie pogoda i zacinalo mocno sniegiem) spacerowalismy wsrod pingwinow i fok. Tutejsze zwierzeta jednak nie sa dla nas tak wielka atrakcja. Najwieksze wrazenie robia na nas widoki. Osniezone wierzcholki, schodzace do wody lodowce, ciemny blekit morza i wszechobecna cisza to najbardziej rusza nasze serca. A to dopiero poczatek, gdyz dzisiaj w nocy kolo godziny 2 bedziemy przeplywac wsrod pierwszych gor lodowych... Od jutra bedziemy codziennie dwukrotnie schodzic na Polwysep Antarktyczny - najpierw rano tuz po sniadaniu a potem popoludniu, po lunchu.

czwartek, 17 marca 2011

Na chwile w Ushuaii, cel: Antarktyda! Pelne szalenstwo!

Pobudka wczesnie rano o dziwo nie byla tak straszna jak moglo sie wydawac. Cisnienie bylo dosc wysokie wiec nawet czulismy sie dosc rzesko, a perspektywa powrotu do naszych ukochanych osniezonych gor szybko dodala nam energii.
Lot minal szybciutko. Zlapalismy stopa na lotnisku i ruszylismy do najtanszego hostelu w Ushuaii. Tam dziewcze z recepcji sprzedalo nam info, ze dzis odplywa ostatni rejs na Antarktyde w tym sezonie i jesli sie pospieszymy to zdazymy sie zabrac. Biegiem polecielismy po wiecej informacji. Efekt jest taki, ze... Plyniemy dzis na Antarktyde! Wracamy za 11 dni! Plan jest taki ze dwa dni statek plynie jedna strone, 6 dni spedzimy na samym kontynencie! sie To najwspanialszy prezent urodzinowy jaki mogam sobie wymarzyc!
Nie bedzie z nami zadnego kontaktu w tym czasie. Teraz mamy chwile oddechu czekajac na obiad, potem w pospiechu lecimy po plecaki i w drodze do portu musimy zaopatrzyc sie w niezbedne zakupy (miedzy innymi w monopolowym ;) bowiem szampan jest tutaj niewiarygodnie tani...
To wszystko stalo sie tak nagle, ze sami nie wierzymy jeszcze w to co nas czeka!!!Co za szalony dzien z niesamowitym finalem!

Pozegnanie z Buenos

16.03

Dzisiejszy dzien postanowlismy spedzic na luzie. Nie spieszylismy sie zbytnio z wyjsciem z domu, bo w planach mielismy zwiedzanie dzielnicy La Boca (robotnicza dzielnica z wloskimi emigrantami pelna niskich, kolorowych budynkow; tu znajduje sie slynny deptak Caminito). Chcielismy wsiasc tez w autobus turystczny jezdzacy dookola wszystkich wazniejszych punktow turystycznych.
Idac na przystanek, z ktorego odjezdza wspomniany wczesniej autobus musielismy przejsc przez cale San Telmo. Znowu oczarowal nas klimat tego miejsca i spedzilismy tam sporo czasu podziwiajac budynki i wystawy antykwariatow, w ktorych wypatrywalismy takie cudenka, ze az oczy nam sie swiecily ;). Na koniec odwiedzilismy bardzo znana restauracje w BA: San Juan, zeby ew. zarezerwowac stolik na wieczor (miesci sie w naszej dzielnicy).
Czekajac na przyjazd autobusu, ktory sie opoznial stwierdzilismy, ze jednak nie warto nim jechac, bo i tak juz obeszlismy wiekszosc tych miejsc. Szybka decyzja i wracamy do ristorante San Juan, zeby zjesc obiad. Nasz pobyt w BA zrobil sie kulinarny dosc ;). Nie bede sie rozpisywal o potrawach i napitkach, wspomne jedynie, ze byla to jedna z najlepszych restauracji, w ktorych bylismy. Kuchnia fusion przygotowana z niesamowita kreatywnoscia i potrawy, ktore z kazdym kesem mialy inna nute smaku to serwowal nam szef kuchni (deskorolkowiec ;). Bezapelacyjnie 5 gwiazdek! Byla nawet grappa ;)
Po tej uczcie ruszylismy do La Boca. Dotarlismy tutaj dosc pozno, ale jeszcze przed zachodem slonca. Wiekszosc kramow i sklepikow turystycznych juz sie zamykala, a okolica szybko pustoszala. Turystow juz nie bylo prawie wcale. Jest tu dosc niebezpiecznie i kilka razy bylismy przestrzegani zeby uwazac na aparat i kamere. Pospacerowalismy pomiedzy kolorowymi domkami, posiedzielismy na laweczce, zrobilismy kilka zdjec i wrocilismy do domu, zeby sie spakowac i przygotowac do lotu do Ushuaii (pobudka o 3.15 w nocy).
Od wlasciciela hotelu pozyczylismy przewodnik po Am Pld (LonelyPlanet) i przejrzelismy najbardziej interesujace nas miejsca. Troche daly nam do myslenia rozdzialy pt 'dangers and anoyances' w Peru, Ekwadorze i Boliwi... Znalezlismy tam takze informacje, ze statki na Antarktyde plywaja do polowy marca i prawdopodobnie bedziemy szukali mozliwosci dostania sie na ten kontnent. Moze nie jest jeszcze za pozno...

środa, 16 marca 2011

Recoleta, Palermo i Tango Show

Jest pol godziny po polnocy. Wlasnie skonczylem robic pranie w zlewie w lazience (proza zycia backpackersa ;).
Dzisiaj byl bardzo meczacy dzien. Wyszlismy z domu przed 9 rano i ruszylismy w strone dzielnicy Ricoleta, ktora wziela swoja nazwe od bosonogich mnichow 'Recoletos', ktorzy osiedlili sie w tej okolicy jako pierwsi, na poczatku XVIII wieku. Jest to jedna z najbardziej eleganckich dzielnic BA. Zabudowa ma miejscami charakter fancuski i wszedzie jest duzo zieleni. Naszym celem byl cmentarz Recoleta, na ktorym spoczywaja najbardziej znamienite osoby w historii Argentyny (troche jak warszawskie Powazki). Kazdy z grobow to dzielo sztuki. Dlugo spacerowalismy alejkami odczytujac nazwiska i podziwiajac kunszt architektow. Znalezlismy takze grobowiec Polakow. Atmosfere psuly tlko grupy amerykanskich turystow, ktorzy zachowywali sie czasami jak w wesolym miasteczku...
Potem udalismy sie na dalszy spacer po dzielnicy. Zagladalismy do fajnych sklepow i butikow (niestety nie mozemy nic kupic ze wzgledu na ograniczenie wagowe - w gorach kazdy zbedny kilogram to przeklenstwo).
Potem przejechalismy metrem do innej dzielnicy: Palermo. Jak nazwa wskazuje osiedlali sie w niej wloscy emigranci. Pelno tu pieknych willi, stylowych butikow, designerskich sklepow i klimatycznych restauracyjek. W jednej z nich zjedlismy najlepszy jak dotad obiad, skladajacy sie z kilku malych przystawek, grilowanej poledwicy, rewelacyjnego wina i pysznego musu czekoladowego. Wreszcie odzyskalismy wiare w tutejsza kuchnie (ten bar: Musels, z pierwszego dnia w BA to straszna wtopa byla). Cena za ta uczte to jedna trzecia tego co zaplacilibysmy w Warszawie. Zyc, nie umierac ;)
W drodze powrotnej wpadlem do fryzjera (krotszy wlos to krotsze suszenie w gorach ;) i padlismy na krotki odpoczynek w domu.
Po godzinie trzeba byl sie zbierac na pokaz tango. Przedstawienie bardzo sie nam podobalo, ale nas nie zachwycilo. Bardziej odpowiadalaby nam tanguera (czyli spektakl teatralny opowiedziany za pomoca tanga), jednak w zadnym teatrze nie jest on grany obecnie... No coz wszystko sie co raz bardziej komercjalizuje...
To byl bardzo udany. Martwi mnie tylko zdrowie Ani, bo prawdopodobie (odpukac w niemalowane - Wy tez! ;) zarazila sie tym wstretnym wirusem ode mnie. Jesli tak niestety bedzie to nasze wyjscie na szlak mocno sie opozni, a pogoda na Ziemi Ognistej robi sie coraz bardziej jesienna... Na szczescie nigdzie nam sie nie spieszy, a nasz ekwipunek zawiera wszystko co niezbedne zeby przetrwac nawet 20 stopniowe mrozy ;)

wtorek, 15 marca 2011

Microcentro

Dzisiejszy dzien spedzilismy spacerujac po mikrocentrum (tak nazywa sie tutejsze downtown). Na pasazu Florida przeciskalismy sie w tlumie ludzi, ktorzy wyszli na lunch z okolicznych biur. Tutaj w przepieknych kolnialnych budynkach mieszcza sie glowne instytucje finansowe i handlowe. Glownie spacerowalismy po obszarze wyznaczonym przez Av Corrientes i Av de Mayo. Bylismy takze pod Casa Rosada. Z balkonu tej obecnej siedziby rzadu kiedys przemawiala Eva Peron.
W tej dzielnicy mieszcza sie takze najwieksze i najbardziej znane teatry w BA: wielki na 3,5 tys.osob Colon i mniejszy San Martin. Jutro poznym wieczorem wybieramy sie na przedstawienie pt. Tango Porteno, ktore oczywiscie jest spektaktem slynnego argentynskiego tango.
Piotr cale szczescie powoli wraca do zdrowia, wiec czeka nas jutro bardzo fajny dzien :)

poniedziałek, 14 marca 2011

Targ staroci w San Telmo

Dzielnica, w ktorej mieszkamy jest znana z niedzielnego targu staroci, na ktory przychodzi mnostwo 'portenos' (mieszkancow BA). Mimo coraz gorszego samopoczucia Piotra postanowilismy ruszyc sie z domu (ze tez ta choroba nie mogla go rozlozyc na Ilha Grande, gdzie nie bylo nic ciekawego do roboty...).
Targ okazal sie bardzo ciekawy, bo oprocz antykow widzielismy starych spiewakow tanga, mimow, kukielki i inne rzeczy, ktore nadaja temu miejscu niesamowity klimat. O tak! Buenos jest boskie :). Postanowilismy chlonac atmosfere tego miejsca i usiedlismy w jednej z tamtejszych kafejek.
Stwierdzilismy, ze dobrze bedzie jesli przed wyjazdem w gory zobaczy Piotra lekarz, dlatego po poludniu wpadlismy do British Hospital (of course;). Diagnoza: grypa! No coz, trzeba szybko wracac do zdrowia, bo szkoda czasu na lezenie w lozku.
Potem wskoczylismy w autobus i pojechalismy pod budynek Kongresu, skad ruszylismy wolnym spacerkiem w kierunku Plaza de Mayo. Niestety sil starczylo tylko do polowy. Potem zakupy w spozywczaku, w metro i do domu.
Obydwoje czujemy wielk niedosyt i czekamy z niecierpliwoscia na jutrzejszy dzien i dalsze zwiedzanie tego niesamowiego miasta...

niedziela, 13 marca 2011

Buenos Aires dzien 1

Jestesmy w koncu w wyczekanym Buenos Aires. Jednak zmeczenie po calonocnej podrozy autokarem i choroba unieruchomila nas wczoraj w hotelu. Nie mielismy na nic sily. Jedyne co, to wyskoczylismy do knajpki niedaleko i do sklepu. Jedzenie narazie nas nie zachwycilo, ale to byla kwestia lokalu - bardziej kawiarni niz restauracji. Piotr zamowil lomo de strogonov, a dostal schab w mleku kokosowym a Ani kurczak w czosnku to byla piers kury plywajaca w oleistej zupie czosnkowej. Jak na razie jestesmy zgodni, ze kraje te specjalizuja sie glownie w 'postres' czyli w deserach. Ale to musimy sobie rozsadnie dozowac, bo latwo tu o nadmiarowe kilogramy ;-) A przed nami jeszcze proba slynnego argentynskiego steka :-). Ponoc sa tutaj najlepsze na swiecie!
Tak wiec wczoraj sobie odpoczywalismy, a dzisiaj planujemy ruszyc na miasto, polazic troche tu i tam. Jutro moze zajrzymy do jakiejs galerii sztuki i moze tez do teatru. Nie musimy sie spieszyc poniwaz mamy na to 4 dni. Bo... mamy juz wykupione bilety na samolot Ushuaii! Wylot wypada na 17 marca. Tego dnia bedziemy swietowac 25 urodziny Ani. Jest tam dosc chlodno, bo w nocy spada w okolice 0C i pada juz snieg. Ale po ostatnich upalach, juz zacieramy rece na mysl o spaniu w namiocie :-D.
Tu w BA takze jest troche chlodniej. Wczoraj nad miastem przeszla burza a po niej temperaturz spadla z 28C do 21C. Dzis swieci piekne slonce. Zaraz zjemy pyszne owoce na drugie sniadanko (bo u nas wciaz jest 4 godziny do tylu w stosunku do czasu polskiego) i zastanowimy sie jak spedzic dzisiejszy dzien.

Autokarem do Buenos

Jedziemy linia Singer, autobusem typu cama (czyli lozko), co znaczy ze jest ekstra wygodnie. W calym dwupietrowym pojezdzie sa tylko 24 miejsca i tylko dwa zajete (zgadnijcie przez kogo ;). Siedzimy na gorze przy samej przedniej szybie, skad mamy rewelacyjny widok na mijane okolicznosci przyrody. Z uwagi na duzy przemyt narkotykow z pogranicza Paragwaju i Brazylii cala droga do Buenos usiana jest posterunkami policji, na ktorych przechodzimy kontrole. Na jednej z nich wprowadzono do autobusu labradora, ktory napedzil nam stracha bo mielismy ze soba pyszne kanapeczki z wedlinka ;) Na szczescie zjedlismy je sami ogladajac bardzo fajne filmy w drodze do BA.
Dzisiejszy poranek okazal sie bardzo przygnebiajacy. Najpierw dostalismy smsa o trzesieniu ziemi w Japonii, potem maila z wieksza iloscia szczegolow, a na koncu jedzac obiad w knajpie widzielismy ta ogormna tragedie w przekazie telewizyjnym. Bardzo nas to poruszylo i dotknelo. Caly czas nie mozemy dojsc do siebie... To straszne co dzieje sie na swiecie. Tuz przed samym naszym wyjazdem powodz w Australii, trzesienie ziemi w Nowej Zelandii, potem w Chille i teraz w Japonii. We wszystkich tych miejscach zamierzalismy byc... Ogladajac ogromna fale tsunami na ekranie telewizora, przez nasze glowy przeszla mysl, ze przeciez gdybysmy tam teraz byli to nie wiadomo jak to by sie skonczylo dla nas.
Na razie jestesmy na wschodnim wybrzezu i tu jest bezpiecznie. Raczej na pewno zdecydujemy sie tez na przejazd do Ushuai (polozenie tego miasta pozwala zakladac, ze bedzie w tym rejonie bezpiecznie). Tam chcemy zrobic kilka trekingow w odlegle rejony (z namiotem i wlasnym prowiantem).
Natomiast jesli chodzi o dalsza czesc podrozy to po dzisiejszych wydarzeniach zastanawiamy sie, czy nie zmienic trasy naszej wyprawy. Mielismy w planach poruszac sie na polnoc, az do Ekwadoru, wzdluz pasma Andow. Boimy sie, ze przy takiej niestabilnosci sejsmicznej tego terenu, ryzyko moze byc zbyt duze.
Pierwsze miejsce, ktore przyszlo nam na mysl bez zastanowienia to Nepal :) Na razie jedziemy na poludnie skad bedziemy obserwowac sytuacje.
Do kiepskiego samopoczucia doklada sie takze rozwijajaca sie choroba Piotra (prawdopodobnie angina).

piątek, 11 marca 2011

Wodospady Iguazu

10.03

Buenas tardes! Coz za cudowny dzien za nami! W koncu zaczyna sie robic tak jak nam sie marzylo od poczatku! Wczoraj zwiedzilismy Cataratas Iguacu od strony brazyliskiej, dzis od strony argentynskiej. Wczoraj po meczacej podrozy autokarem, zdecydowalismy sie ruszyc jeszcze na zwiedzanie wodospadow. I choc ze strony brazylijskiej nie byly one tak imponujace, bylo warto, bo mielismy szerszy obraz tego jak wygladaja. Strona argentynska jest bardziej namacalna. Z bliska mozna obejrzec kazdy z wodospadow. Do tego jest juz bardziej turystyczna. Jest czysciutko, zbudowanych jest mnostwo kladek ktorymi mozna spacerowac wzdluz calego kompleksu. Tam mozna rowniez wybrac sie na przejazdzke wielkm pontonem, czego rzecz jasna nie moglismy sobie odmowic. Zabrali nas w kamizelkach ratunkowych pod sam wodospad i potrzymali nas chwile pod nurtem wody. Byly krzyki, bylo mokro i bardzo wesolo :-). Nie udalo nam sie jednak obejrzec z bliska najwiekszego z wodospadow Gargantua del Diablo, bo zamkneli dostep do niego tuz przed naszym nosem.
Wczorajszy wieczor spedzilismy wloczac sie po Puerto Iguazu. Trafilismy do super knajpki z dala od szlaku turystycznego, gdzie zjedlismy tzw picadas (kilka przekasek na jednym talerzu - taka nasza zagrycha ;) do tego male piwko. Bajka! Na koniec zamowilismy po kieliszeczku Ferneta (mocny likier ziolowy). Wlasciciel, z ktorym sobie milo rozmawialismy, postanowil nam zrobic niespodzianke i przyniosl nam dwie szklaneczki po 250 ml kazda - na jego koszt. Zrobil nam sie troche glupio, bo nie mielismy w planach pijanstwa i zostawilismy wiekszosc napitku.
W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na rewelacyjne lody, wlasnej produkcji. Jedzac je siedzielismy pod lodziarnia przy glownym skrzyzowaniu w miescie i patrzylismy jakimi zasadami kieruje sie tu ruch uliczny. Wyglada to tak: swiatla zmieniaja sie dla kazdego kierunku pojedynczo, zgodnie z zasada prawej strony. Umozliwia to bardzo latwy skret w lewo, bo nic nie jedzie z na przeciwka. Przez to mielismy na poczatku dylemat kiedy przechodzic przez droge, bo nie ma tu swiatel dla pieszych.

11.03

Hip hip hurray! Mamy w koncu dostep do internetu! Polaczenie jest bardzo kiepskie, wiec duzo czasu zajmuje nam wrzucenie jednego wpisu na blog. Dzis czeka nas kolejna dluga, bo 19 godzinna podroz autokarem do Buenos Aires. Tam zostaniemy ok 3-4 noce, a potem prawdopodobnie wsiadziemy w kolejny autokar do Ushuaii. Ta wyprawa bedzie chyba najdluzsza podczas calego naszego wyjazdu. Trwa 38 godzin...

Karnawal cd

6.03

Po wczorajszym melanzu nie ma juz sladu. Mimo iz muzyka niosla sie az do samego switu, rano wioska na nowo tetnila zyciem. Zmobilizowalismy sie do porannego joggingu widzac ze tutaj wdluz plazy biega kilka osob. Od rana mamy tez dosc przyjemna pogode. Jest ok 25C, nie pada i nie swieci slonce, wiec milo spedza sie czas na powietrzu. Meczaca jest jedynie duzo wilgoc ktora sprawa ze nic nie schnie a w pokoju kapie nam nawet z sufitu.
Wczorajsza impreza karnawalowa przybrala postac balu przebierancow, gdzie najwieksza frajde mialy z tego dzieci.. i mezczyzni. Faceci poprzebierali sie za rozowe baletnice - w komicznym wydaniu rzecz jasna. Wszyscy mieli takze rozowe badz platynowe blond peruki. Zebrani w grupe paradowali przez wioske zbierajac po drodze nowych uczestnikow. Ciagneli ze soba wielki wozek z agregatorem dzieki ktoremu mogli puszczac sambe i nawolywac przez mikrofon do wspolnej zabawy . Wielki wozek spelnial tez role mobilnej chlodziarki na alkohol, ktorego panom nie moglo zabraknac.
Z drugiej strony postawionej sceny ruszyla konkurencyjna grupa zapalencow samby. Bardziej grzeczna. Wsrod nich znalezli sie wszyscy poczawszy od malutkich dzieci na starszych mieszkancach wyspy skonczywszy... Mieli swoje bebenki, wspolne stroje i rowniez nawolywali do tanca. Na szczescie przestalo padac, wiec nic nie przeszkodzilo, aby wokol ustawionej sceny hucznie obchodzic koncowke karnawalu. Potrwa tu on jeszcze kilka dni.
Dzis mamy dzien luzu, zreszta jak wszystkie ostatnie dni ;-) . Zipamy sobie na hamaczku na drewnianym tarasie nad sama woda. Piotr sie rozciaga. Zaraz poszukamy miejsca gdzie bedziemy mogli wyslac ten wpis i wczorajszy. Wieczorem pojdziemy znow na plaze zobaczyc jak miejscowi bawia sie podczas karnawalu. Jutro chcemy jednak wyrwac sie stad mozliwie najwczesniej i zaczac prawdziwa podroz. Poki co, to jedno wielkie lenistwo ktore juz nas troche meczy... Tu nie ma nic do roboty, a wszyscy turysci (lacznie z nami) szwedaja sie z jednego konca plazy na drugi kilkakroc dla zabicia czasu. Taki baltycki kurorcik ;)
A wiec plan wyglada tak, ze jutro wracamy katamaranem do Anga dos Reis. Tam, zostajemy jedna noc. Potem o 8 rano jedziemy autopkiem do Rio, czekamy chwile na dworcu i w poludnie ruszamy autokarem do wodospadow Iguazu na granicy z Argentyna. Tam zostaniemy prawdopodobnie dwie noce, a nastepnie udamy sie takze autokarem prosto do Buenos Aires. Dalszy plan urodzi sie juz tam na miejscu...

Poczatek karnawalu

Udalo nam sie w koncu odnalezc miejsce z internetem, wiec uzupelnimy nasz blog o wpisy z dni kiedy nie moglismy tego zrobic.

5.03

Pierwszy dzien karnawalu rozpoczal sie nocna ulewa, ktora nie skonczyla sie do tej pory. Podobno ma tak byc do konca fiesty.
Wszyscy Brazylijczycy tutaj kursuja do sklepu i nosza zgrzewki piwa lub butelki wodki. Melanz zaczeli juz od rana, duzo osob spaceruje po Abraao z napojem alkoholowym w reku, mimo to widzielismy do tej pory tylko jednego lokalesa, ktory byl na ostrej bani. Na glownym placu juz wczoraj zostala ustawiona scena, teraz odbywaja sie ostatnie przygotowania i wieczorem start! Beda tez fajerwerki (dzisiaj rano byly probne wystrzaly i zastanawialismy sie czy to przyadkiem nie jakies zamieszki ;)
Ciekawi jestesmy czy padajacy deszcz nie ostudzi zapalu Canarinos do zabawy...

Angra/w drodze do Iguacu

8.03

Kolejny dzien bez internetu. Piszemy, aby pamietac kazdy dzien, lecz wielka szkoda ze nie mozemy na biezaco dzielic sie z Wami naszymi wrazeniami. Jestesmy teraz w drodze z Rio do Foz do Iguazu. Przejazd trwa w sumie cala dobe a za nami dopiero 1/5. Jednak podroz nie jest bardzo uciazliwa. Autokar ma duzo miejsca. Sa wygodne fotele, ktore rozkladaja sie prawie do poziomu i do tego jeszcze sa wygodne podnozki. Autobus staje co 4 godziny na przerwe w wypasionych kompleksach z mega iloscia lazienek, ogromna jadalnia (obsluga wlasna) i wielkim sklepem w ktorym jest wszystko, a w szczegolnosci akcesoria do uprzyjemniania podrozy. Najwieksza popularnoscia ciesza sie tu poduszki. Praktycznie kazdy podozujacy brazylijczyk lub argentynczyk wozi ze soba swoja wlasna, wielka poduszke. Mozna to bylo zaobserwowac rowniez na katamaranie ktorym plynelismy na Ihla Grande. Tak jest tez i teraz. I my takze nabylismy dzis swoja poduszeczke na droge.
Odetchnelismy juz troche, ze wyrwalismy sie z tej nudnej wyspy. Z ulga tez zegnamy sie z Brazylia w karnawale i jej mieszkancami, ktorzy od samego poczatku nie dawali nam spac. Najbardziej dalo nam sie to we znaki dzisiejszej nocy, kiedy to pod oknem naszego pokoju do samego switu krzyczeli, spiewali, trabili i Bog wie co jeszcze. Masakra. W oddali dochodzil tradycyjnie dzwiek bebnow, do tego fajerwerki, a z korytarza lomot trzaskajacych drzwi. W naszym pokoju panowala temperatura i wilgotnosc podobna do sauny tuz po podlaniu zarzacych kamieni. Okien otwierac raczej nie wolno, bo wokol wisi niebezpieczenstwo zarazenia denga (goraczka krwotoczna roznoszona poprzez komary). Mielismy nadzieje, ze uda nam sie w koncu usnac ale.., niestety wtedy trzeba bylo juz wstawac. Tak minela nam noc w Angra dos Rios. Zamowiona dzien wczesniej taksowka nie przyjechala co wzbudzilo w nas uzasadniony niepokoj. Mielismy w koncu wykupione bilety na dwa kolejne polaczenia. Na szczescie dzieki indyjskiej lekcji, teraz zawsze zostawiamy sobie margines czasowy. Wtedy to w Kilong (Himalaje) bieglismy o 4 rano z ciezkimi plecakami pod gore, zeby zdarzyc na jeepa (bo umowiony wieczor wczesniej transport nie przyjechal...).
Tak wiec, jestesmy juz z dala od tego koszmaru. Mamy nadzieje, ze w koncu zblizymy sie do naszych ukochanych gor wsrod ktorych czujemy sie najlepiej i gdzie nie bedzie juz takiego zgielku. Gdzie bedzie nam dane uslyszec wymarzona cisze i odetchnac pelna piersia...
Pogoda nas niestety nie rozpieszcza. Od poczatku wyjazdu mielismy tylko dwa sloneczne dni. Pozatym na ogol pada deszcz. Ciekawe co czeka nas na poludniu...

piątek, 4 marca 2011

Lezymy sobie na plazy Lopez Mendez na Ilha Grande. Dotarlismy na wyspe
wczoraj o 17. Najpierw 2,5h autobusem z Rio do Angra dos Reis, potem
45 min katamaranem (dostalismy dobra cene - plywa tez zwykly prom ale
2 razy dluzej).
Jadac tutaj mielismy nadzieje, ze uciekniemy przed tlumami w Rio.
Okazalo sie jednak, ze karnawal tu tez jest hucznie obchodzony i nie
ma wolnych pokoi, a jesli sa to trzeba wykupic pakiet 5 dniowy za 3
tys. pln. Bylismy nawet na kilku kempingach, ale tutaj tez wszystko
pozajmowane (brak miejsca na nasz maly namiocik) i cena z kosmosu:
1tys pln za 5 dni pod namiotem... Mielismy juz w planach nocleg na
dziko na jednej z tutejszych plaz, ale wkoncu udalo nam sie znalezc
spanie na 2 noce (niewiarygodnie tanio - 150 pln), a potem przenosimy
sie do innej posady, gdzie po znajomosci dostalismy pokoik na kolejne
2 noce.
Sama wyspa nie przypomina tej z przed 8 lat. Zrobilo sie tu strasznie
tlumnie i komercyjnie. Do zatoki wplywaja ogromne statki turystyczne
(cruizery), z ktorych wysypuja ogromne ilosci halasliwych
Argentynczykow.
Dzisiaj zaczelismy poranek od 40 min przebiezki z rozciaganiem w
zagajniku eukaliptusowym, potem pyszne owocowe sniadanie i ruszylismy
na godzinny treking przez las tropikalny na druga czesc wyspy. Wysoka
temperatura, podejscie pod gore i wilgotnosc bliska 100% sprawila, ze
na plaze doszlismy mokrzy. Bylo warto bo Lopez Mendez uwazana jest za
jedna z najpiekniejszych plaz Brazyli.
Wczoraj caly dzien lalo jak z cebra. Dzisiaj za to mielismy sloneczny
poranek, ale popoludniu pogoda sie popsula i pewnie spadnie niedlugo
deszcz. Na razie oddajemy sie blogiemu lenistwu. Niestety nie jest nam
dane wyluzowac sie do konca, dlatego ze ostatnio caly czas planujemy
logistyke na najblizsze dni (przejazdy, noclegi itd), a ze wzgledu na
oblozenie karnawalowe wymaga to duzego wysilku.
Kiepsko tu z internetem, dlatego nie bedziemy za czesto sie odzywac.
Obydwoje z utesknieniem czekamy az zrobi sie troche chlodniej posrod
lodowcow Patagonii, a tam z internetem bedzie bardzo krucho, takze
przyzwyczajajcie sie :).

czwartek, 3 marca 2011

Ostatni dzien w Rio

Wczorajszy dzien spedzilismy szwedajac sie po Rio. Pogoda zweryfikowala nasze zacne plany wjechania na gore z posagiem Jezusa Chrystusa. Bylo pochmurno i padal deszcz. Gora byla owinieta tak, ze nawet u podnozy nie bylo go widac (na zdjeciu gora w tle to wlasnie ta). Podjechalismy jedynie pod sama kolejke gdzie pani z kasy powiedziala, ze dzis taka wycieczka nie ma sensu. Copacabana w takich warunkach tez nie bylaby niczym ciekawym. Pozostaje nam zatem w pamieci widok z Pao de Acucar (Glowy Cukru).
Rio jest piekne. Tutejsze downtown jest pelne ogromnych drzew i roslin tropikalnych. Wszedzie jest mnostwo zieleni a nad miastem wznosza sie czarne, gladkie skaly... Mieszkancy, oprocz koloru skory przypominaja europejczykow. Na drodze panuje porzadek i spokoj. Miasto nie przypomina tego, ktore widzielismy pierwszego dnia z okna taksowki. Teraz podoba nam sie tu juz znacznie bardziej. Mamy juz swoja ulubiona knajpke, deser z maracuji. Ludzie okazali sie troche bardziej przyjazni i nasz malenki pokoj, po udanej probie otwarcia okna, stal sie bardziej przytulny. Po karaluchach tez nie ma juz sladu. Tylko pogoda jest taka.. nijaka. Wczoraj siapil deszcz, dzis od rana takze. Prognoza mowi, ze przez kolejne dni bedzie tak samo. Dzis o 11.00 mamy autokar do Angra dos Reis skad przepromujemy sie na wyspe. Tam bedziemy mogli oddac sie blogiemu lenistwu a moze nawet uda nam sie ponurkowac... Zatem do uslyszenia pewnie na miejscu, o ile bedzie tam dostep do internetu :-) Ciao!

środa, 2 marca 2011

Rio cd

(to jest wpis ktory mial pojawic sie wczoraj ale mielismy maly problem zalacznikami wiec pojawia sie dzis): Witajcie Kochani! Za nami owocny dzien w pelni tego slowa znaczeniu.
Obudzilismy sie tradycyjnie duzo, duzo za wczesnie, bo ponad dwie
godziny przed sniadaniem. Sniadanko cudowne... - pelne swiezych owocow
egzotycznych. Papaja, mango, karambola, melon i inne. Do tego sok ze
swiezo wycisnietych owocow, lekki jogurt i granola z prazonych platkow
owsianych z czekolada. Kawe soczylismy juz w naszym tropikalnym
ogrodzie, gdzie towarzyszyla nam rodzinka malenkich malpek... Chwile
czekalismy, az ktos z naszej rodziny pojawi sie na skypie ale chyba
jednak nie tym razem. W koncu zabralismy manatki i ruszylismy zwiedzac
Rio. Sporo czasu zajelo nam kupno biletow autobusowych do wodospadow
Iguazu (400 reali) oraz do Angra dos Reis (2,5h - 39 reali), skad
przepromujemy sie na wyspe Ihla Grande. Droga do wodospadow wypada nam
8 marca i potrwa 23 godziny. W centrum miasta, gdzie kupilismy bilety,
skosztowalismy lokalnego shake'a z owocow acai z dodatkiem guarany.
Bardzo soczyscie owocowe. Zreszta jak wszystko tutaj, smakuje 100kroc
bardziej niz w naszym zmarznietym kraju...
Mimo leniwego nastroju, dotarlismy na szczyt Pao de Acucar (Glowa
Cukru). Cudowna wycieczka. Piekny widok z gory na cale Rio de Janeiro.
Mielismy szczescie, bo pogoda nam dzis dopisala. Nie bylo zbyt goraco,
nie padal deszcz. Nie bylo tez zbyt wiele turystow... Wyprawe na
posag Jezusa Chrystusa przelozylismy na jutro ;-).
Wracajac do hostelu zatrzymalismy sie w naszej zaznajomionej knajpie
niedaleko aby skosztowac morskich specjalow kuchni brazylijskiej.
Wracajac, ku naszemu zdziwieniu, wypatrzylismy knajpke w stylu
niemieckim, z naszym ulubionym trunkiem - odtruwaczem - Underbergiem.
Tu natomiast ciekawostka - podali nam Brasildenberg czyli to samo
produkcji brazylijskiej. Jeden z trzech niemieckich zalozycieli firmy
wyemigrowal do Brazyli w 1932. Jednak nie tylko to umilalo nam czas...
To tez dobre duchy przywiezione z polski rozweselaja nam kazdy wieczor
:)