Pogoda tutaj ma to do siebie, ze zmienia sie w sekunde - mielismy miec ladne slonce, a zamiast tego mamy sztorm.
Po przebudzeniu udalo mi sie wziac prysznic i dojsc do pokoju lekarza jeden poklad wyzej. Zdarzylem krzyknac 'good morning' i lecialem spowrotem na dol, zeby jak najszybciej znalezc sie w swojej koji. Nasz armenski lekarz zniosl mi kropelki na chorobe morska i powiedzial jak je stosowac. Od 5 rano czujemy sie jak na kolejce gorskiej. Buja konkretnie - tym razem Drake nie jest dla nas tak laskawy... Zbliza sie 12.30 i zaraz sprobuje podniesc sie po raz drugi dzisiaj, bo obiad czeka!
Tym razem bylo troche lepiej i nawet udalo mi sie cos przekasic. Po kolejnej drzemce poczulem sie na tyle dobrze, ze poszlismy na wyklad o historii polowan na wieloryby. Uff co za ulga. Wieczorem zaczalem pierwsze przygotowania tras trekkingow na najblizsze dni.
Wychodzi na to, ze wieksza czesc kwietnia spedzimy w parkach narodowych poludniowej Patagonii. Zeby tylko pogoda byla w miare znosna...
sobota, 26 marca 2011
W drodze do Ushuaii dzien II
Paradise Bay i awaria statku
Wczorajszy plan okazal sie strzalem w 10. Obudzilismy sie dzisiaj wypoczeci i w super formie, takze nie zmierzila nas pobudka o godz 6 rano. Od razu polecielismy na deck, gdzie po porcji oslodzonego kakao wyskoczylismy na poranna gimnastyke w mroznym antarktcznym powietrzu! To miejsce ma niepowtarzalny klimat. Ogromona ilosc lodowcow schodzacych do morza z okolicznych wierzcholkow - tak w skrocie mozna by opisac przesmyki i kanaly (pomiedzy polwyspem a wyspami) w ktore zabierali nas dzisiaj nasi kapitanowie.
O 9 po sniadaniu pojechalismy na przejazdzke na pontonach do Rajskiej Zatoki (Paradise Bay). Tam w otoczeniu ogromnych serakow chylacych sie do wody na przestrzeni kilku kilometrow (z kazdej strony, bo to wkoncu zatoka :) plywalismy na pontonach. Po raz kolejny zaniemowilismy z zachwytu! Troche przemarzlismy, bo zbyt duze obciazenie dziobu pontonu spowodowalo, ze cala podloga tonela w wodzie.
Potm znowu postawilismy stopy na ziemi Antarktydy, w miejscu w ktorym miesci sie argentynska letnia baza (Stacja Browna) . W obecnym czasie jest ona juz opuszczona. Krotki spacerek na wzgorze pozwolil nam popatrzec na to miejsce z ladnej perspektwy.
Po powrocie na statek czekal juz na nas przygotowany wczesniej grill. Pyszne kielbaski!
Teraz siedzimy w salonie czekajac na popoludniowa przejazdzke na pontonach i nagle dowiedzielismy sie, ze jeden z silnikow statku przestal pracowac z powodu awarii przekladni. Oznacza to dla nas wczesniejszy powrot do domu. Wlasciwie w tej chwili skonczyla sie dla nas ta wycieczka. Zaczynamy powrot do portu. Sytuacja jest na tyle niebezpieczna, ze na 26 zapowiadana jest kiepska pogoda w ciesninie Drake'a. Troche to kiepska perspektywa dla nas, ale trudno - take rzeczy sie zdarzaja.
Wlasnie zaczelo znowu bujac bo przechodzimy przez mini Drake'a czyli ciesnine Bransfield. Wracamy w mozliwie jak najprostrzej linii do kanalu Beagle gdzie statek bedzie bezpieczny.
W momencie ogloszenia informacji o awarii powiedziano nam, ze podjeto dzialania naprawcze, jednak my podejrzewalismy juz wczesniej, ze organizator nie bedzie chcial brac odpowiedzialnosci za 65 osob na pokladzie i bedziemy jak najszybciej szukac bezpiecznego schronienia.
I tak zgodnie z planem zaczelismy wracac na polnoc juz wczoraj wieczorem. Przed nami mialy byc jeszcze 2 dni spedzone na plywaniu i chodzeniu po okolicznych wyspach. To co mielismy zobaczyc udalo nam sie z nawiazka. Jestesmy syci Antarktdy (na tyle ile byl to mozliwe).
Petermann's Island i stacja Vernadsky
Ciezko sie dzisiaj wstawalo (szczegolnie po wczorajszej baraninie na kolacje ;). Pierwsza mysla, ktora przeszla przez nasze glowy, to ze nie chcemy stad wracac! Przyzwyczailismy sie do zycia na statku, a moze bardziej do otaczajacych nas widokow, ktore powoduja ze kazdy dzien jest wspanialym przezyciem.
Wyspy Argentynskie byly naszym pierwszym celem dzisiaj. Od rana na zewnatrz panowala idealna pogoda. Niebo prawie bezchmurne i bardzo cieplo jak na to miejsce. Po przybyciu na wyspe o nazwie Petermann (polozona w pld kocu Kanalu Lemaire'a) zrobilismy 2 krotkie wedrowki na okoliczne wzniesienia, ktore byly bardzo dobrymi punktami widokowymi na Polwysep Antarktyczny. W czystym powietrzu widocznosc byla doskonala. Calosc wraz z ciesninami, lodowcami i wysokimi szczytami w tle stanowila przepiekny obraz.
Naszym drugim miejscem docelowym byla ukrainska stacja badawcza Vernadsky. Wczesniej nalezala do brytyjczykow i od 1985 roku miesci sie w niej Aparat Dobsona, ktory mierzy grubosc warstwy ozonowej. Oprocz pomiarow meteorolgicznych prowadzone sa tam rowniez badania hydrologiczne (widzielismy wykres fali tsunami, ktora dotarla tutaj po 20h i miala 1m wysokosci) oraz badania jonosfery, ktorej ruchy zaklocaja dzialania satelit (systemu gps), co jest bardzo wazne dla lotnictwa. Ukrainscy naukowcy po roku pracy, za 8 dni wracaja do domu (oprocz lekarza on siedzi tu 2 lata), a na ich miejsce przyjezdzaja nowi.
Bardzo blisko, na sasiedniej wysepce (Winter Island) miesci sie Wordie House, w ktorym zalozone zostalo pierwsze obserwatorium meteorologiczne przez jednego z uczestnikow wyprawy Shackletone'a - Jamesa Wordie. Teraz miesci sie tam swego rodzaju muzeum, gdzie mozna zobaczyc jak ludzie zyli w tym miejscu. Nam najbardziej utkwila w pamieci ksiazka kucharska (Fid to Fit), w ktorej bylo ponad 200 przepisow potraw z pingwina, mewy czy foki (od mozdzkow, przez pasztety, flaczki itd).
Po powrocie na statek poszlismy na najwyzszy poklad dalej rozkoszowac sie widokami (srednio robimy tutaj ponad 100 zdjec dziennie). Z pierwszym od dawna piwkiem w reku patrzylismy na zachodzace slonce...
Zrezygnowalismy dzis ze wspolnej kolacji, ktora podaja na tyle pozno, ze wszyscy chwile po niej klada sie spac. Porcje jedzeniowe sa ogromne, a desery takie ze az trudno sobie odmowic.
W drodze na Antarktyde
Dzisiaj od rana nic sie nie dzieje. Na horyzoncie nie ma nic, tylko chmury. Wszyscy sie snuja lub zipaja na kanapach i czekaja na to samo - zeby zobaczyc wysnione gory lodowe i kolonie pingwinow. Atmosfera na statku jest kameralna. Sa zaledwie 64 osoby. Mamy do dyspozycji 6 wielkich pontonow, ktorymi bedziemy przewozeni na lad. Serwuja nam tu 4 posilki, napoje w postaci kawy, herbaty czy wody mamy na okraglo included. Miedzy posilkami organizuja nam czas w formie wykladow i filmow o Antarktydzie. Dzis mielismy na przyklad lekcje o ptakach, czyli o albatrosach, rybitwach, mewach i kormoranach. Potem wraz z prowadzaca moglismy wyjsc na deck i rozpoznawac je wsrod tych ktore lataja wokol statku. Wieczorem ma byc film o wyprawie Shakeltona...
Pierwsze kroki na kontynencie
Uff... Dzisiejszy dzien byl meczacy, ale czujemy to dopiero teraz kladac sie do spania. Wstalismy dzis wyjatkowo wczesnie, bo o 4 rano i nie moglismy wytrzymac dlugo w lozku - pierwsze co polecielismy na mostek kapitanski sprawdzic, czy pojawily sie w okolicy jakies gory lodowe. Dookola tylko ciemna noc i zacinajacy mocno snieg w swietle bardzo mocnego szperacza ustawionego jakies 100m w przod dziobu. Sternik i pilot w pelnej gotowosci. Po pol godzinie wrocilismy na dalsza drzemke.
Nie trwala ona zbyt dlugo, bo dzisiaj zeszlismy na lad pierwszy raz o godzinie 9 rano. Wyspa Cuverville'a (na pln koncu Kanalu Errera), na ktorej sie znalezlismy jest najwieksza kolonia pingwina Gentoo w tej czesci Antarktydy (okolo 5 tys par w okresie legowym). Widzielismy tutaj tez pingwina bialego (nie albinosa). Widoki dookola byly powalajace - ogromne gory lodowe w wiekszosci zanurzone pod woda mialy soczyscie blekitny kolor. Po obu stronach widzielismy polwysep, z ktorego schodzily do wody wielkie lodowce. Czasami odrywal sie od nich potezny serak, ktory z ogromnym hukiem wpadal do wody, tworzac wysoka fale.
Na koniec wsiedlismy do pontonu i udalismy sie na 30 min przejazdzke po zatoce, mogac z bardzo bliska ogladac to, co widzielismy wczesniej z brzegu.
Po powrocie na statek nie bylo nam dane dlugo odpoczac, bo po obiedzie i krotkiej sjescie, wskoczylismy spowrotem do pontonow, zeby wyladowac po raz pierwszy na wlasciwym ladzie Antarktyki (Neko Harbour na Ziemi Grahama). Tam w otoczeniu pingwinow zroblismy krotki trek na jeden z pobliskich wierzcholkow (120m npm). Ze szczytu rozposcieral sie nieprawdopodoby widok na zatoke, do ktorej ze wszystkich stron schodzily lodowce. Czegos takiego nie widzielismy nawet w Himalajach! Seraki wielkosci naszego statku pochylaly sie niebezpiecznie w strone wody, ogromne szczeliny i niesamowita cisza! Coz za spektakl! Mozna bylo stac i patrzyc sie na ten cud natury godzinami. Po powrocie na statek wciaz bylo nam malo, dlatego zlapalismy lunch i poszlismy go jesc na poklad. Siedzielismy na laweczce popijajac popludniowa herbatke i gapilismy sie na widoki przed nami. Tak spedzilismy okolo 4 godzin przy zerowej temperaturze. Kiedy mielismy juz wracac na kolacje wyszlo slonce i kapitan zdecydowal sie poplynac waskim przesmykiem (Neumayera) u wyjscia z ciesniny Gerlacha. Co to byly za widoki! Wszedzie kra, gory lodowe, lodowce, chmury i od czasu do czasu wyskakujace z wody pingwiny albo foki wypoczywajace na krach... Szkoda bylo schodzic pod poklad, ale powoli zaczynalo sie robic ciemno, a nam powoli zaczelo dokuczac zimno!
Chwile spedzone tutaj sa tak niepowtarzalne i znowu nie mozemy sie doczekac kolejnego dnia...
Wyspy Szetlandzkie
W przeciwienstwie do wielu osob tutaj, bardzo dobrze nam sie spi - srednio po 10-11 godzin. Pogoda podczas przejscia Drake'a byla dla nas wyjatkowo laskawa i tylko w polowie drogi troche nas pobujalo (troche oznacza przechyly ok 20-30 stopni ;) - wszystko lezy na podlodze). Nie mamy problemu z choroba morska i nie bierzemy tabletek przeciwko tej przypadlosci.
Bylismy dzis na mostku kapitanskim, gdzie moglismy popatrzec jak odbywa sie nawigowanie okretem. Bomba! Teraz bedziemy tam stalymi bywalcami, bo na tym statku jest polityka otwartych drzwi, co oznacza, ze mozemy wejsc na mostek o kazdej porze, wziac lornetke i popatrzyc na horyzont :).
O 14.00 mielismy obowiazkowa odprawe dotyczaca procedury zejscia na lad, bo okazalo sie, ze kolo godziny 5 po poludniu przybijemy do Wysp Szetlandzkich i bedziemy mogli pospacerowac po jednej z nich (Wyspa Roberta). Dostalismy w tym celu specjalne gumowe kalosze ktore trzeba czyscic w specjalnych basenikach z woda przed i po spacerze aby nie przenosic bakterii. Przeprawa na pontonach (zodiaki) przez wzburzone morze (prady sa tu niesamowicie silne) dostarczyla nam prawie tyle wrazen co ta pod wodospadami Iguazu. Grubo ubrani (i tak wymarzlismy strasznie, bo nagle zmienila sie pogoda i zacinalo mocno sniegiem) spacerowalismy wsrod pingwinow i fok. Tutejsze zwierzeta jednak nie sa dla nas tak wielka atrakcja. Najwieksze wrazenie robia na nas widoki. Osniezone wierzcholki, schodzace do wody lodowce, ciemny blekit morza i wszechobecna cisza to najbardziej rusza nasze serca. A to dopiero poczatek, gdyz dzisiaj w nocy kolo godziny 2 bedziemy przeplywac wsrod pierwszych gor lodowych... Od jutra bedziemy codziennie dwukrotnie schodzic na Polwysep Antarktyczny - najpierw rano tuz po sniadaniu a potem popoludniu, po lunchu.






