Dzisiejszy poranek rozpoczelismy rownie magicznie co wczorajszy wieczor. Potem pojechalismy w kierunku jeziora Taupo. Po drodze zrobilismy pierwsze podejscie do wymiany wszelkich plynow w camperze, co dostarczylo nam nie lada wrazen, potem shopping i wybralismy sie pod Huka Falls. Wygladaja one bardziej jak przelom w rwacej rzece, ale naprawde robia wrazenie (220 ton wody na minute). Rzeka jest prawie przezroczysta i w miejscu przelomu pieni sie tak instensywnie, ze cale jeziorko pod nim jest zupelnie biale. Tutaj mozna pobawic sie biorac udzial w tzw Super Jet czyli podplynac motorowa pod sam wodospad, zmoczyc sie, zrobic kilka koleczeczek i miec z tego duzo fun'u. My zrobilismy to pod Iguazu Falls w Argentynie i wiemy co to znaczy. Zrobilismy spacer wzdluz rzeki i ruszylismy w dalsza droge.
Dojechalismy do Tarangiri National Park, a dokladnie do Turangi. Tam po 4 dniach wloczegi zatrzymalismy sie na Campingu / CarParku. Wreszcie moglismy, podlaczyc sie do pradu, zrobic pranie i ogromny obiad. Wykupilismy takze bilety na jutrzejszy treking Tangariri Alpine Crossing. Jest to jedno z najpiekniejszych miejsc wartych odwiedzenia, przynajmniej na polnocnej wyspie, tak wiec jutro czeka na pobudka o 6.00. Dobranoc...
sobota, 18 czerwca 2011
Taupo i wodospady Huka
Osada hobbitow - na planie filmowym
Obudzilismy sie pare minut przed 5.00 rano. Zjedlismy sniadanie w naszym 'wszystko majacym' pojezdzie i ruszylismy spowrotem do Otorohanga. Zaparkowalismy przed supermaketem i wystartowalismy na krotki jogging. Miasteczko bylo na tyle niewielkie, ze w ciagu 35 min zdarzylismy przebiec cale dookola - dwukrotnie. Bieglismy wzdluz jeziorek pelnych przedziwnych, czarnych kaczek z czerwonymi glowami, wsrod gestych drzew. Wioska dopiero budzila sie do zycia. Powietrze mialo nieskazitelnie czysty zapach, ktory mieszal sie z zapachem swiezo wypiekanego chleba. Wszyscy ludzie witali sie z nami z usmiechem na twarzy. Slychac bylo spiew setek roznorodnych ptakow. Wszystko spowite niska, gesta mgla... Dzien zaczal sie nam naprawde wyjatkowo, a my moglismy tak biec i biec.
Z Otorohanga udalismy sie na wschod w okolice Matamata, a dokladniej do miejsca w ktorym kreca film 'Wladca Pierscieni'. Miejsce to nazywa sie Hobbiton poniewaz tutaj zamieszkiwali filmowi Hobbici, Gandalf i inni o ktorych pamietaja jedynie wierni fani tej basni ;) Cala plan filmowy i zwiazane z nim informacje sa objete tajemnica, w zwiazku z tym na samym wstepie kazdy uczestnik wycieczki musi podpisac oswiadczenie, ze nie opublikuje nigdzie zdjec, video ani informacji z tego miejsca. Tak samo restrykcyjnie traktuja pilotow samolotow przelatujacych nad tym terenem. Generalnie, jest to zabronione do 5000 m.n.p.m. w obawie przed wyciekiem tajnych informacji. Sprawa zdjec wydaje sie byc bardzo ciekawa bowiem zauwazamy, ze jest to w wielu miejscach jest to bardzo ograniczone. Podczas poprzedniej wycieczki bylo to zabronione calkowicie, dzis - moglismy robic zdjecia ale nie mozemy ich potem uzyc na np. bloga, youtube czy inne portale. Ostatnia atrakcja tego miejsca bylo tradycyjne dla tego regionu 'golenie owiec'. W zwiazku z tym, ze caly kraj pokrywa piekna trawa, maja tu doskonale warunki do hodowli zarowno owiec jak i bydla. Nawet jadac wzdluz pol mozna dostrzec jak te zwierzeta sa szczesliwe majac takie srodowisko ;). Sa czyste i zadbane. Podczas pokazu bezzebny, usmiechniety farmer ogolil owce w 2 minuty, tak sprawnie, ze nawet sie nie zorientowala.
Potem wyruszylismy w strone Rotorua. Poczatkowo chcielismy wykapac sie w spa, w basenach blotnych i siarkowych, ktorych jest tu od groma ale cena takiej przyjemnosci zbila nas z nog.
Znalezlismy jednak wspaniala miejscowke na nocleg. Kilka metrow od jeziora Rotorua. Tam polozylismy sie wczesnie spac majac w planie poranna przebiezke.
Dzisiejszy dzien byl dla nas pierwszym, w ktorym tak naprawde doswiadczylismy Nowej Zelandii. Od samego poczatku, na kazdym kroku widok zapieral nam dech w piersiach. Jest to miejsce o ktorym sie marzy, zielone, wspaniale. Jest tak pieknie, ze az wzrusza. Lzy kreca sie w oku i czlowiek zadaje sobie pytanie dlaczego oni zyja tu w takim cudownym miejscu, maja wszystko, sa niewiarygodnie mili i uprzejmi. Dlaczego my nie zyjemy w takim miejscu i dlaczego nasz narod nie potrafi zagospodarowac naszego kraju tak, aby zylo sie w nim lepiej. Tak wiec jechalismy podziwiajac widoki niczym z filmu (kazdy kto ogladal 'Lord of Rings' lub 'Braveheart' wie o czym mowa) podczas jednej z najpiekniejszych jesieni naszego zycia...
Gejzery w Orakeikorako
Na dlugo przed wschodem slonca zjedlismy lekki posilek i poszlismy pobiegac. Rzeski wiatr od jeziora dmuchal w nas podczas calego treningu. Bylo dosc zimno - ok 6C. Kiedy wzeszlo slonce odkrylo sie przed nami piekno tego miejsca (wiemy, ze to slowo coraz czesciej sie powtarza, ale brak slow aby opisac nasz zachwyt i radosc, ze mamy mozliwosc przebywac w tym tak bogatym scenicznie kraju). Bieglismy wzdluz jeziora o przezroczystej wodzie. Rownolegle z nami, po wodnej tafli dryfowaly czarne labedzie i kilkadziesiat czarnych kaczek, ktore bezradnie uczyly sie latac... Po drugiej stronie sciezki, tuz za gigantycznymi drzewami rozposcieral sie teren do gry w golfa - jednej z najbardziej popularnych tutaj dyscyplin sportu (obok rugby). Poswiecilismy troche czasu na trening na powietrzu i wrocilismy na sniadanie - tym razem o wlasciwej porze - 9.00 rano.
Poniewaz ten kraj nie jest duzy i kolejne atrakcje (a jest ich wiele o czym napiszemy pozniej) nie sa od siebie bardzo oddalone, postanowilismy zwiedzac jak najwiecej sie da. Poswiecamy duzo czasu na przegladanie 'guide'ow' i decydujemy z czego musimy rezygnowac (bo warto tak naprawde zobaczyc tu wszystko).
Pierwszym miejscem jakie dzis odwiedzilismy to park Kiwi. Kiwi to takie male zwierzatko (wielkosci kury), a wlasciwie ptaszek ktory nie ma ogonka, ani skrzydelek i jest narodowym symbolem Nowej Zelandii. Ma bardzo dlugi dziubek i nim wlasnie wygrzebuje robaczki z ziemi. Bylo to kolejne miejsce, ktore moglismy ogladac, a nie moglismy robic zdjec. Dlatego mamy jedynie zdjecie wypchanego Kiwi z wystawy. Potem w ramach biletu wstepu przeszlismy caly park pelen kolorowych ptakow, wielkich na metr pstragow i zielonych gekonow. Jako ciekawostka - mozna bylo zobaczyc tu biale labedzie (tak, tak, te same co u nas w Polsce). Naleza tutaj do zadkosci i sa pod szczegolna ochrona. Wszyscy sie nimi zachwycali i robili im zdjecia, bo tutaj wystepuja naturalnie jedynie czarne labedzie z czerwonym upierzeniem na czubku glowy.
Stamtad pojechalismy nad najbadziej okazale gorace zrodla na polnocnej wyspie. Nazywaja sie Orakeikorako . Tutaj, posrod bujnej zieleni, wsrod drzew (jedne przypominaja palmy a inne brzozy), mchu i paproci wyplywa z gejzerow - blotna lawa w bialym kolorze. W tym miejscu oprocz mieszanki wrazen z dyszacych wulkanicznych otworow i duszacego siarkowego zapachu, mozna jeszcze pogubic sie w grze kolorow otaczajacych krajobrazow. Wszystko to bedziecie mogli obejrzec na zdjeciach, ktorych poszlo tu ponad 300!
Miejsce bylo tak magiczne a parking swietnie polozony, ze postanowilismy zostac tu na noc. Przygotowalismy kolacje pelna warzyw, z winkiem i ustawilismy naszego kampera w kierunku niepowtarzalnego widoku. Tak, az do zmroku spedzilismy ten kolejny, wyjatkowy wieczor. Teraz dochodzi 19.00, zmeczenie powoli dopada, pora wiec spac...














