poniedziałek, 28 lutego 2011

Santa Teresa - eksplorowanie naszych rewirow

Nawiazujac do wczorajszego porownania dzielnicy Santa Teresa w Rio z Praga w Warszawie, to czesc tej pierwszej, w ktorej dzisiaj przebywalismy jest niesamowita mieszanka stylu kolonialnego. Jezdzace tramwaje przypominaja nam Lisbone i jej Alto Barro. Wszedzie przepiekne wille i kamienice. Nasza faworytka jest ta naprzeciw naszego hotelu. Z wygladu przypomina maly kosciol katolicki, z wiezyczka i witrazami. Ta w ktorej mieszkamy to duza hacjenda z wielkmi drzewami w ogrodzie. Mamy tez taras z basenem. Ktory co prawda nie pamieta kapiacych sie, ale jest. Nie jest tak tragicznie jak wczoraj sie wydawalo.
W trakcie dzisiejszego spaceru zjedlismy rewelacyjny kociolek owocow moza a la carioca (czyli wg przepisu mieszkancow Rio) z ryzem. Potem mrozony kokos z przydroznego straganu i dalej przed siebie. Lokalesi sa bardzo rozni - jedni nie mili jak pani w spozywczaku, inni jak policjant, z ktorym gadalem, przybijaja 5-tke. Ogolnie w porownaniu do mojej wizyty 8 lat temu maja juz troche dosyc turystow - sa nimi zmeczeni, i juz nie tak chetnie ucza portugalskiego;)
Jesli tylko pozwala sytuacja uzywam swojej mieszanki portugalskiej wymowy z ich ichniejszymi slowami, w to wplatam hiszpanskie i lacinskie... i jestem zrozumiany!!! Malo tego dzis uslyszlem ze moj portugalski jest na prawde dobry ;) Pytalem pana o to co znajduje sie tam, gdzie wymyslilismy sobie ze pojdziemy. Pan powiedzial ze tam nie wolno, bo to favele, ktore sa teraz na celowniku policji, ze duzo tam bandytow i mozna zostac zamordowanym. Tym razem podrozujemy bez Lonely Planet ;) Dzieki temu jestesmy dane nam jest wchodzic w wieksze interakcje z lokalesami.
Podsumowujac jest na prawde bardzo fajnie i udziela nam sie wyluzowany klimat tego miasta. Teraz pada popoludniowy tropikalny deszczyk, a my mamy sieste w naszym pokoju... Zwiedzanie przekladamy na jutro. pozdrawiamy :)

Poranek w 'Miescie Boga'

Za nami pierwsza noc w Rio. Wczorajszy karaluch skutecznie zmotywowal nas do zalozenia nad lozkiem i owiniecia go szczelnie - moskitiera. Trudno nam sie jeszcze przestawic z naszych codziennych, domowych warunkow na te backpack'erskie. Musimy zaczac godzic sie i co gorsza przyzwyczajac do wszechobecnosci robali, komarow, karaluchow i innych wiekszych stworzen, ktore moga nam towarzyszyc podczas porannej toalety czy w trakcie jedzenia.
Obudzilismy sie za wczesnie, co bylo do przewidzenia. Mamy tu przesuniecie 4 godz do tylu. Cierpliwie czekamy wiec az podadza sniadanie. Nie spiesza sie z tym zbytnio bo zrobia to dopiero za 2 godz czyli o 8.00. Spi sie ciezko. Pokoj jest maly - tak z 3x3 m2. Male okno jest zabite deskami i zabezpieczone krata tak ze nie wiadomo czy to jeszcze noc czy juz dzien... Jest kompletnie ciemno. I duszno. Okno chyba nigdy nie bylo otwierane. Nie ma tez oczywiscie klimy, za to mamy wiatrak ktory wydaje dziwne dzwieki niczym chrabaszcz... Obok pokoju mamy dosc schludna lazienke ktora charakteryzuje sie malym indyjskim akcentem... Ahh, no i jeszcze slowko o klimacie. Jest goraco. Pewnie bylo by bardziej znosnie gdyby nie padajacy od czasu do czasu deszcz. Jest parno wiec cala nasza skore przykrywa lepki, tlusty film. Kazdy kto byl w azji, napewno pamieta to uczucie...
Po sniadanku (a po wczorajszym tescie salatki owocowej zapowiada sie bardzo apetycznie) ruszymy zwiedzac miasto. Plan urodzi sie pewnie podczas picia porannej kawy wiec nic jeszcze nie mozemy zdradzic. Na zwiedzanie poswiecimy 3 dni, a w czwartek uciekamy na pobliska wyspe bo tu, tuz przed karnawalem zrobi sie napewno bardzo tloczno, gwarno i.. niebezpiecznie. Zatem, odezwiemy sie pewnie wieczorem! Aloha!!

Witamy w Rio!

Drugi dzien w samolocie...Jeszcze kilka godzin i wyladujemy w Rio. Wreszcie mamy czas, mozemy zwolnic...Zastanawiamy sie jaka bedzie ta podroz, co nam przyniesie. Z jakim nastawieniem powinnismy ja przezywac. Na razie jestesmy bialymi kartami, ktore z czasem bede sie wypelnialy przezyciami, dzieki ktorym zmieni sie nasze postrzeganie swiata i zycia. To jest odpowiedz na pytanie dlaczego podrozujemy.
Koncowka 9 godzinnego lotu tak nas wymeczyla, ze zgodnie stwierdzilismy, ze chcemy spowrotem do domu :)
Po dluzszym oczekiwaniu na bagaz, zalatwilismy taksowke i pomknelismy do Hotel Mango Mango. Okolica dzielnic Santa Teresa, w ktorej mieszkamy, troche rozni sie od Ipanemy. Mniej wiecej tak jak Zabkowska na Pradze rozni sie od Zoliborza. Stad mamy blisko do Sambodromu i jadac juz widzielismy proby i mase ludzi w poblizu. Widzielismy takze jak policja strzelala z pistoletu maszynowego do rzezimieszkow. Witamy w Rio!
Po zapaleniu swiatla w naszym pokoju przez pania recepcjonistke zbudzilismy slodko spiacego na poscieli wielkiego (5cm bez wasow) karalucha. Byl szybki, ale skonczyl zywot po 10 sekundach pod klapkiem tejze pani...

Chcemy do domu! ;)