poniedziałek, 28 lutego 2011

Poranek w 'Miescie Boga'

Za nami pierwsza noc w Rio. Wczorajszy karaluch skutecznie zmotywowal nas do zalozenia nad lozkiem i owiniecia go szczelnie - moskitiera. Trudno nam sie jeszcze przestawic z naszych codziennych, domowych warunkow na te backpack'erskie. Musimy zaczac godzic sie i co gorsza przyzwyczajac do wszechobecnosci robali, komarow, karaluchow i innych wiekszych stworzen, ktore moga nam towarzyszyc podczas porannej toalety czy w trakcie jedzenia.
Obudzilismy sie za wczesnie, co bylo do przewidzenia. Mamy tu przesuniecie 4 godz do tylu. Cierpliwie czekamy wiec az podadza sniadanie. Nie spiesza sie z tym zbytnio bo zrobia to dopiero za 2 godz czyli o 8.00. Spi sie ciezko. Pokoj jest maly - tak z 3x3 m2. Male okno jest zabite deskami i zabezpieczone krata tak ze nie wiadomo czy to jeszcze noc czy juz dzien... Jest kompletnie ciemno. I duszno. Okno chyba nigdy nie bylo otwierane. Nie ma tez oczywiscie klimy, za to mamy wiatrak ktory wydaje dziwne dzwieki niczym chrabaszcz... Obok pokoju mamy dosc schludna lazienke ktora charakteryzuje sie malym indyjskim akcentem... Ahh, no i jeszcze slowko o klimacie. Jest goraco. Pewnie bylo by bardziej znosnie gdyby nie padajacy od czasu do czasu deszcz. Jest parno wiec cala nasza skore przykrywa lepki, tlusty film. Kazdy kto byl w azji, napewno pamieta to uczucie...
Po sniadanku (a po wczorajszym tescie salatki owocowej zapowiada sie bardzo apetycznie) ruszymy zwiedzac miasto. Plan urodzi sie pewnie podczas picia porannej kawy wiec nic jeszcze nie mozemy zdradzic. Na zwiedzanie poswiecimy 3 dni, a w czwartek uciekamy na pobliska wyspe bo tu, tuz przed karnawalem zrobi sie napewno bardzo tloczno, gwarno i.. niebezpiecznie. Zatem, odezwiemy sie pewnie wieczorem! Aloha!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz