Dzisiaj wieczorem o 22.00 wsiadamy w autobus, ktory ma nas zawiezc do spowrotem do Limy.
Cieszymy sie, ze wreszcie opuscimy Huaraz, bo oprocz otaczajacych to miasto gor nie ma w nim nic ladnego. Nie ma tutaj tez nic ciekawego do roboty.
Jedynym miejscem, ktore na prawde bedziemy mil wspominac z Huaraz jest restauracja Flor de Sal. Zalozona przez hiszpana Luisa z Majorki, ktory przyjechal tu w 2005 roku, prowadzona jest przez niego i jego peruwianska zone Liliane. Ta niesamowicie mila para ujela nas od samego poczatku. Ich otwartosc i goscinnosc sprawila, ze od razu poczulismy sie jak w domu. Serwowali nam dania bedace polaczeniem lokalnej i hiszpanskiej kuchni. Spelniali nasze kazde zachcianki kulinarne, a po zakonczonej uczcie czestowali jeszcze nalewkami wlasnej produkcji (najlepsze jakie pilismy do tej pory!!!). Jesli chodzi o ceny jedzenia to sa one ciut nizsze od polskich, jednak jest tu pewien zwyczaj ktory bardzo nam odpowiada. W godzinach okoloobiadowych podaja tutaj tzw 'menu del dia' za wyjatkowo niska cene. Za 10 zl mamy porzadny obiad z przystawka, ogromna zupa, drugim daniem, deserem i kompotem...
Bedzie nam zal wyjezdzac z Huaraz jedynie ze wzgledu na Luisa, Liliane i ich restauracje. To niesamowici ludzie i cieszymy sie, ze moglismy ich poznac!
Teraz jest godzina 20.00 za 2 godziny wsiadamy do autobusu. Teraz siedzimy na pozegnalnej kolacji we Flor de Sal. Luis przygotowuje specjalne dania dla nas (tutaj zamawiamy to na co mamy ochote, a nie z menu). Przed posilkiem dostalismy po pisco sour (najlepsze jakie pilismy!!). Wyciagnal tez na bar wszystkie butelki z nalewkami. Boimy sie, ze bedziemy musieli sprobowac wszystkich... ;)
Z ostatniej chwili: ledwo zdarzylismy na autobus ;)
niedziela, 15 maja 2011
Flor de Sal - nasze miejsce w Huaraz
W lodowym swiecie - wspinaczka na Vallunaraju
Po przyjezdzie do Huaraz wczesnie rano padlismy nieprzytomni na lozku. Juz zdarzylismy sie nauczyc, ze po takich maratonach autobusowych musi minac troche czasu zanim dojdziemy do siebie.
Kolo poludnia wyszlismy na miasto w poszukiwaniu agencji turystycznej, z ktora moglibysmy zrobic wspinaczke na jeden z okolicznych szczytow. Zaczelismy od wizyty w Casa de Guias, czyli Stowarzyszeniu Przewodnikow Gorskich. Potem informacja turystyczna i kilkanascie agencji, ktore sa rekomendowane przez przewodniki lub internet. Mimo to ciezko zaufac ktoremukolwiek. Chyba w 8 biurze wlasciciel powiedzial nam, ze w drodze na Pisco (szczyt 5,7 tys m) otworzyla sie duza szczelina lodowcowa, ktorej nie mozna obejsc i dlatego nie wiadomo czy da rade wejsc na szczyt (jego przewodnik wchodzil z klientem wlasnie i wieczorem mialo sie wyjasnic). Inne agencje, mimo iz tez to wiedzialy, probowaly nam sprzedac ten szczyt... Tak to tutaj jest - kazdy chce nasza kase, niewazne czy potem wywiaze sie z umowy.
Znalezienie agencji zajelo nam 2 dni. Zdecydowalismy sie wziac od niej tylko przewodnika, transport i wyposazenie techniczne (uprzaz, raki i czekany), reszte mielismy swoja (spanie w namiocie i jedzenie). To znacznie obnizylo koszt tej wyprawy. Zamiast Pisco zdecydowalismy sie na szczyt Vallunaraju (5680 m npm).
Pierwszego dnia zostalismy zawiezieni kawalek za brame parku narodowego. Stamtad musielismy podejsc okolo 3h do obozu bazowego (4950 m npm). Droga byla dosc stroma i blotnista, a my nie wzielismy kijkow trekingowych (obnizenie ciezaru plecaka). Po dojsciu do bazy rozbilismy namiot i zabralismy sie za gotowanie obiadu, ale nasz przewodnik zaproponowal zebysmy poszli pocwiczyc wspinaczke lodowa. O tak! Od dawna tego chcielismy! Szybko zgasilismy kuchenke i poszlismy pod lodowiec. Sciana miala okolo 15 metrow wysokosci - najpierw dosc lagodna (70 stopni), im wyzej tym bardziej pionowa. Nasz przewodnik zalozyl punkty asekuracyjne, a my w tym czasie raki i uprzeze. No i zaczelismy wspinaczke! Najpierw Ania - po kilku metrach rozgrzewki szla w gore wbijajac czuby rakow i zeby czekanow w lod, jakby robila to cale zycie ;). Momentalnie znalazla sie na gorze lodowca. Potem przyszla kolej na Piotra; tez poradzil sobie calkiem niezle. Zabawa byla rewelacyjna, ale postanowilismy wracac do obozu, bo dochodzila juz 6 wieczorem (o tej porze robi sie ciemno), a takze chcielismy oszczedzac sily na wlasciwa wspinaczke (w ciagu 1 dnia z miasta Huaraz, ktore lezy na wysokosci 3,1 tys m znalezlismy sie prawie 2 tys m wyzej!).
Po kolacji okolo 20.00 szybko poszlismy spac, bo pobudka miala byc o 23.00. Nie mielismy duzo czasu na sen, szczegolnie ze zaczal padac snieg i po 2h musielismy zrzucic go ze scian namiotu. Nie zapowiadalo sie dobrze...
Nasz przewodnik dal nam pospac pol godziny dluzej i po sniadaniu (a raczej poznej kolacji), 30 min po polnocy rozpoczelismy wspinaczke. Pierwsze 100 m podejscia bylo po skalkach, ktore po opadach sniegu byly dosc sliskie. Potem doszlismy do lodowca, zalozylismy sprzet do wspinaczki, zwiazalismy sie we trojke lina i ruszylismy w gore. Noc byla bardzo ciemna, gdyz niebo zakrywaly chmury, z ktorych wilgoc osadzala sie na naszych ubraniach i plecakach w postaci szadzi. Wspinaczka byla dosc meczaca - miejscami podchodzilismy pod bardziej strome odcinki, gdzie trzeba bylo mocno wbijac zeby rakow w lodowa sciane. W swietle latarek czolowych widzielismy jak snieg skrzy sie jakby byl psypany pylem diamentowym...
Nasz przewodnik swietnie znal droge i prowadzil nas pomiedzy szczelinami lodowcowymi. Niektore z nich wygladaly jak wielkie przepascie. Noc byla bardzo zimna (okolo -10 stopni) i niestety po pewnym czasie zamarzla nam woda do picia, mimo ze pojemniki mielismy w plecakach). Lekkie zatrucie pokarmowe tez nie ulatwialo nam wspinaczki. Okolo godziny 5 rano znalezlismy sie przed nawisem snieznym, na ktory musielismy sie wspiac, aby ruszyc po nim na sam szczyt. To zajelo nam kolejne 20 minut. Wreszcie sukces! Jestesmy na gorze! Niesamowite uczucie - pelna cisza, dookola jeszcze noc. Przejasnilo sie i widzielismy piekne, rozgwiezdzone niebo. Mimo duzego zimna czekalismy na wschod slonca. 10 minut przed 6 powoli na horyzoncie zaczal sie pojawiac zolty kolor. Kolejne minuty przynosily nam coraz to inne, najpiekniejsze na swiecie widoki! Stalismy na szczycie ponad dywanem chmur, a przed nami rysowaly sie okoliczne ostre wierzcholki. Slonce zmienialo kolor nieba... Czulismy sie niesamowicie - spelnilo sie nasze kolejne marzenie! Mroz nie pozwolil nam zbyt dlugo rozkoszowac sie tymi widokami i kilka minut po 6 ruszylismy w dol. Dopiero w swietle dnia moglismy podziwiac piekno miejsca, w ktorym bylismy. Dookola czysta biel sniegu, ktorego powierzchnia zalamywala sie na peknieciach lodowca. W oddali widzielismy brazowe doliny i inne gory. Poezja! Kiedy wyszlo slonce zrobilo sie troche cieplej i razniej nam sie szlo do obozu. Czulismy sie strasznie zmeczeni i jeszcze nie dochodzilo do nas to co zrobilismy. Okolo 9 rano wrocilismy do namiotu. Czasu na odpoczynek nie bylo wogole, gdyz musielismy ugotowac sniadanie i posuszyc wszystkie rzeczy (z powodu duzej wilgoci wewnatrz namiotu, wciagu krotkiej nocy, ktora skroplila sie na scianach). Po jedzeniu i spakowaniu sie ruszylismy w dol doliny, gdzie czekal na nas samochod. Bylismy nieprzytomni - czulismy sie jak po 2 dniowej imprezie, mimo to uwaznie schodzilismy blotnistym szlakiem. Wreszcie kolo 3 po poludniu wrocilismy do hotelu. Po posilku polozylismy sie od razu spac. Bolaly nas glowy, twarze piekly jak zelazko, a nasze nosy i gardla cale byly zatkane od suchego powietrza. Nastepnego dnia rano wciaz czulismy ogromne zmeczenie, ale tez ogromna radosc z tego co przezylismy! To byla jedna z najwspanialszych chwil tego wyjazdu!










