Rano oddalismy samochod i przenieslismy sie do skromnego motelu niedaleko CBD (Central Bussines District). Po generalnym praniu wybralismy sie na wieczorne zwiedzanie Cairns. Miasto o niskiej zabudowie polozone nad sama woda przyciaga tlumy turystow z calej Australii i calego swiata. Jest tu mnostwo sklepow i kawiarni. Na placach odbywaja sie pokazy uliczne. W centrum, obok glownego deptaka zbudowano sztuczna lagune, w ktorej mozna sie bezpiecznie kapac. Jest podswietlana po zmroku, w ciagu dnia natomiast jest osloniona od slonca baldachimami, zeby nie bylo za goraco. Miasto sprawia bardzo przyjemne wrazenie, jednak takie kurorty nie koniecznie sa naszymi ulubionymi miejscami. Jak to w wiekszych miastach, oprocz zwyklych ludzi, jest tu troche marginesu spolecznego... Niestesty sa to glownie sa to rodowici mieszkancy Australii - Aborygeni, ktorzy nie dostosowali sie do realiow. Widac jak bardzo te dwie kultury: bialych i natywnych odcinaja sie od siebie...
Dzis robimy drugie podejscie do zwiedzania. Jutro wsiadamy na 'lajbe' i bedziemy nurkowac dwa dni na rafie koralowej.
Trzymajcie sie!
sobota, 30 lipca 2011
Cairns
Misssion Beach
Te dwa krotkie dni spedzilismy w jednym z caravanparkow w wiosce Rollingstone. Mimo, ze miejscowosc ta polozona jest nad samym morzem, a od plazy dzielila nas zaledwie waska uliczka - caly dzien przelezelismy na lezakach przy basenie. Na plazy nie bylo zbyt wiele miejsca do lezenia - duzo kamieni. Woda miala bury kolor. Obowiazywal zakaz kapieli z powodu przebywajacych tu krokodyli.
Camping byl naprawde bardzo przyjemny, bo mial wszystko lacznie z barbeque i ogolnodostepna kuchnia z wielkim plazmowym telewizorem. Wieczorem zbierali sie przy nim starsi kampowicze i przy winku spedzali na wesolo caly wieczor.
Jedno co przykulo nasza uwage, a bylo to absolutnie nie do pomyslenia w Nowej Zelandii: na campingach nocuje mnostwo ludzi w swoich wlasnych przyczepach i motorhome'ach i tutaj kazde z nich ma odprowadzona rure, ktora plyna pomyje pod wlasny 'dom' - na trawe. W Nowej Zelandii oczywista sprawa bylo, ze takie rzeczy spuszcza sie w specjalnych studzienkach kanalizacyjnych. Nie da sie ukryc, ze wiele Australijczykow jest mniej wrazliwych ekologicznie niz ich sasiedzi z NZ.
28.07
Dzis takze zostalismy na campingu pod namiotem (ostatnio slabiej spimy wiedzac, ze czasami krokodyle wychodza z wody na spacer ;). Tym razem w wiosce Mission Beach znanej z przepieknej tropikalnej plazy i turkusowego morza. W rzeczywistosci wiekszosc palm zostalo ogoloconych ze wszelkich lisci po lutowym cyklonie i teren byl bardziej przygnebiajacy niz myslelismy. Z ziemi wystawaly jedynie kikuty swiadczace o tym ze kiedys cos tu bylo...
Polozylismy sie wczesnie spac, bo rano trzeba wstac, aby zdazyc na czas z oddaniem samochodu w Cairns.
Rano kilka minut po wyjechaniu z campingu udalo nam sie spotkac ptaka, ktory nazywa sie cassowary (przypomina troche strusia) i jest niestety wymierajacym gatunkiem...
Cape Hillsborough National Park
Od rana ciagniemy sie bezkresna droga polnocnej Austarlii. Tutaj, jak kazdego dnia, swieci palace slonce, ktore wysusza rozlegle tereny. Mimo, ze aktualnie panuje tu zima, jest okolo 22C. W cieniu jest chlodno, za to w sloncu bywa nie do wytrzymania. Mnostwo ludzi ma slady po poparzeniach, bo w lato Australia zamienia sie w pustynie. Zreszta do tego dochodzi petlaca sie nad kontynentem dziura ozonowa, wiec osob z rakiem skory jest tutaj najwiecej na swiecie.
Przejechalismy dzis ponad 300km, zeby zblizyc sie do rafy koralowej i bajecznych plaz z bialym piaskiem. Nie mamy niestety za duzo czasu na plazowanie, bo musimy nadrabiac kilometry w ciagu dnia. Wszyscy ostrzegaja nas jak niebezpieczne jest podrozowanie w nocy ze wzgledu na przekraczajace droge kangury. Sa na tyle duze ze zazwyczaj wypadki te koncza sie smiertelnie dla obu stron. Jadac autostrada widzielismy kilkadziesiat martwych zwierzat... i wiele krzyzykow...Podroz samochodem konczylismy patrzac na pomaranczowy horyzont wsrod bezowej sawanny, czyli tak jak wyobrazalismy sobie Australie bedac jeszcze w Polsce. Australia pod znakiem Emu.
Slowo o wczorajszym spostrzezeniu. Konczac nasz szalony, poprzedni dzien wdalismy sie w rozmowe z sprzedawca ze sklepu monopolowego. Widzac jak zabiegany lata miedzy jakims samochodem, noszac torby z zakupami i dokonujac transakcje na kasie, zapytalismy czemu tak sie dzieje. Pan zrobil ogromne oczy i ze zdziwieniem zapytal: 'skad wy jestescie?? U was tak nie ma??' Wyjasnil potem, ze to sa tzw 'Liquor Store Drive Thru' czyli sklepy monopolowe gdzie jak w McDonaldzie - zamawiasz i placisz nawet nie wychodzac z samochodu. Sarkastycznie dodal przy tym, ze to po to aby grubaskom zylo sie latwiej i zeby ludzie nie musieli sie za duzo ruszac - w koncu to ma sluzyc wygodzie... Nie da sie ukryc, ze im dalej od wielkich miast tym bardziej widzimy inny styl zycia mieszkancow. Tu nikt juz nie biega, za to kuchnie maja 'och, pozal sie Boze'... Dwukrotnie skusilismy sie na australijskie dania, dla odmiany od 'tajskiej', i za kazdym razem byl to wielki blad. Za pierwszym razem byly to grillowane kalmary, ktore okazaly sie wielka porcja panierki z ktorej kapal stary olej. Za drugim razem sprobowalismy slynnego 'meat pie'a' czyli babki z kruchego ciasta nadziewanej miesem. Ten przysmak wzbudzil nasza watpliwosc, czy to co jest w srodku, to aby napewno to co zamowilismy, bo ze srodka wylewal sie gesty i tlusty, szary sos z marchewka i groszkiem...
25.07
Odwiedzilismy dzis Cape Hillsborough National Park okolo 40km na polnoc od Mackay. W tym miejscu po raz pierwszy spotkalismy dziko zyjace kangury. Wsrod wielu z nich wypatrzylismy matke, u ktorej z brzucha wystawala mala mordka jej dziecka. Zrobilismy spacer wzdluz plazy, na ktorej wyrysowane byly tajemnicze slady malenkich krabow i przy drewnianym plocie sfotografowalismy jednego z wielu zyjacych tutaj ciekawych ptakow. Byl bardzo sympatyczny, bo nawet nie drgnal gdy podchodzilismy do niego na odleglosc metra. Bardzo jestesmy ciekawi co to za ptak :)
Poki co, dalej przemierzamy kolejne kilometry odbierajac Australie jako kraj nudny, bez specjalnych atrakcji (pani celnik na lotnisku w NZ miala racje: w Australii nie ma nic ciekawego ;). Droga wyglada caly czas tak samo i nie jest to warte nawet jednego zdjecia. Czujemy, ze jedynie surfing przyniosl nam wiele radosci i ze nurkowanie na rafie koralowej w Cairns bedzie wspanialym zakonczeniem naszego pobytu w tym kraju. Czekamy jeszcze, aby pojawic sie na jednej z setek piaszczystych plaz choc i tak nie mamy gwarancji, ze dane nam bedzie wykapac sie w morzu ze wzgledu na rekiny, krokodyle zyjace w slonej wodzie i tzw 'stingers' czyli smiertelnie toksyczne meduzy...
Noosa Heads
Dzis byl szalony dzien ale o tym pozniej :) Wczoraj (22.07) zrobilismy pierwsze 150 km w kierunku Fraser Island - wielkiej wyspy z samego piasku. Jest ona wpisana na liste swiatowego dziedzictwa Unesco. Mozna sie dostac na nia wykupujac tour z przewodnikiem albo wypozyczajac terenowke z napedem na 4 kola. Niestety jak wszystko tutaj jest to bolesnie drogie i postanowilismy dac sobie chwile do namyslu... Po poludniu wyladowalismy w nadmorskim kurorcie Noosa Heads, skad udalismy sie na spacer po parku narodowym. Tutejszy rainforest rozni sie od tego w Nowej Zelandii, jednak czas spedzony nad oceanem byl bardzo przyjemny i odswiezajacy. Wieczorem w biegu zlapalismy tradycyjnie po tajskiej zupce i dojechalismy do campervan parku gdzie zostalismy na noc w wielkiej przyczepie campingowej.
Cieply klimat stanu Queensland (23.07) bywa czasem nuzacy i sprawia ze czlowiek czuje sie senny... Jednak nic nie budzi lepiej jak poranna przebiezka, dlatego wybralismy sie na godzinny jogging po okolicy. Tereny przypominaja nasze polskie gospodarstwa polozone na pagorkach, z ta roznica ze tutaj zamiast ptakow slychac i widac wszechobecne papugi. Oprocz takich malych, bajecznie kolorowych czesto mozna wypatrzyc biale papugi Ara z zoltymi 'irokezami' na czubku glowy. Sa wielkie na ponad pol metra i robia strasznie duzo halasu. Jest ich duzo w miastach, a takze w malutkich wsiach.
Ze wzgledu na koszty i to, ze jeszcze kilka pieknych wysp przed nami, zrezygnowalismy z Fraser Island. Wybralismy inne miejsce ktore mialo nam je choc troche zastapic - Great Sandy National Park. Gdy przyjechalismy na miejsce, specjalnie nie bylo wyboru spacerow. Wszystkie zajmowaly od 5-6h i zeby je przejsc powinnismy trafic na odplyw. Akurat w tym czasie morze bylo w najwyzszym punkcie i droga przez plaze byla zamknieta. Jednak Piotr - prawdziwy inicjator wszelkich szalonych aktywnosci - wypatrzyl lekcje surfingu! To byla wspaniala alternatywa dla kolejnego dnia trekowania. Bawilismy sie rewelacyjnie! Choc dla Ani byl to pierwszy raz - udalo sie jej stanac na fali juz za 3 podejsciem! Piotr majac wczesniejsze doswiadczenie smigal na falach jak profesjonalista ;) Warunki do plywania byly bardzo trudne - byl bardzo silny prad i mocny wiatr. Po kazdym udanym surfingu musielismy wracac 200 metrow po plazy w miejsce startu - tak bardzo znosilo morze tego dnia. Po kilku godzinach plywania i walczenia z falami bylismy wypruci z sil. Jednak oboje czulismy sie jak male dzieci bawiace sie wsrod morskiej piany. Plywanie na desce, podobnie jak snowboarding, czy jazda na deskorolce dostarcza takich wrazen, ze czlowiek czuje sie w sposob, ktory ciezko opisac. Jest to radosc z pokonania wlasnych slabosci, wykonania technicznie trudnego zadania i fizycznego zmeczenia. Po skonczonym plywaniu siedzielismy chwile na plazy i patrzac na zachod slonca kontemplowalismy te chwile. Coz to byl za wspanialy dzien!
Po podwieczorku z kalamarow i jew fish ruszylismy na polnoc w kierunku Marlborough. Droga przypominala nam programy o Australii, ktore ogladalismy przed wyjazdem: ogromne przestrzenie z purpurowymi chmurami na horyzoncie. Miejscami przejezdzalismy przez zielony busz. To bylo piekne zakonczenie tego szczesliwego dnia.
Na koniec zameldowalismy sie w jednym z moteli w Marlboroug i poszlismy do pub'u :) Po raz kolejny doswiadczylismy goscinnosci australijczykow, kiedy gosc, z ktorym Piotr rozmawial chwilke o gatunkach piwa, postawil nam po najlepszym lokalnym browarze. Przyniosla nam je kelnerka, po tym jak on juz wyszedl i nawet nie moglismy mu podziekowac.
Przed snem obejrzelismy w tv cala serie 'Lord of the Rings' z lezka w oku wspominajac cudowne pejzaze z Nowej Zelandii...
piątek, 22 lipca 2011
Brisbane
Ostatnie 2 dni spedzone w Brisbane sprawily, ze inaczej patrzymy na Australie niz wczesniej. Mimo ze jest to 3 pod wzgledem wielkosci miasto w tym kraju i bardzo dynamicznie sie rozwija to zachowalo swoj wyluzowany charakter. Mieszkancy sa otwaci na ludzi - z kazdym da sie pogadac, wszyscy sa pomocni i sie usmiechaja. Tego nam brakowalo w bezosobowym Sydney po przylocie ze wspanialej NZ.
Wiekszosc atrakcji turystycznych polozona jest w samym centrum (CBD - central business district) i glownie tutaj spacerowalismy. Piekna sloneczna pogoda i duza ilosc parkow, ogrodow, sciezek widokowych powoduje, ze mnostwo mieszkancow uprawia sport. Ogromna ilosc ludzi biega z plecakiem do pracy lub z pracy do domu. Trenuja aerobiki i boks na trawnikach przy drodze. Jezdza na rowerach, hulajnogach i deskorolkach. Gdzie sie nie spojrzy, tam ktos jakos sie rusza.
Tuz przed zachodem slonca wjechalismy na ogromna karuzele, z ktorej moglismy ogladac cala panorame miasta. Obok niej znajdowala sie specjalnie usypana biala plaza nad rzeka. Specjalnie zagospodarowana tak aby mozna bylo poczuc sie jak na rajskiej plazy nad morzem - z palmami i ratownikiem.
Zaraz ruszamy po odbior auta i jedziemy na polnoc! Buziaki!
wtorek, 19 lipca 2011
Sydney cd
W niedziele (17.07) wspielismy sie na najslynniejszy most w Australii. Trwalo to kilka godzin, bo oprocz samego spaceru na najwyzszy punkt konstrukcji, mielismy jeszcze solidna odprawe. Najpierw wypelnilismy kwestionariusz zdrowotny, potem zostalismy przebadani alkomatem, a nastepnie zostalismy ubrani w kombinezony i zawiazani w uprzeze. Przeszlismy przez bramke wykrywacza metalu - po to aby nie przemycic zadnego aparatu fotograficznego. Z mostu mielismy widok na zatoke, po ktorej zeglowaly jachty American Cup, opere i dom Johna Travolty ;). Pod naszymi nogami poruszaly sie samochody i pociagi. Na ten sam most wchodzily przed nami holywood'skie gwiazdy, ktore byly upamietnione na pamiatkowej tablicy.
Na koniec dnia poszlismy do sklepu po owoce i warzywa. Miny nam zrzedly gdy zobaczylismy cene bananow. Jak do tej pory byly to najtansze produkty. Tutaj kosztowaly prawie 14$ australijskich tj ok 40zl za kg! Piotr jeszcze sie upewnil pytajac obsluge czy w cenie nie ma przypadkiem bledu, ale uslyszal w odpwiedzi ze ten sklep ma tansze banany od innych o 3 dolary! Przyczyna jest taka, ze cyklon zniszczyl duza czesc australijskich plantacji i postanowiono nie importowac tych owocow z zagranicy (Am pld) aby wspomoc rodowitych producentow. Cena jablek to ok 9zl/kg, chleb - 8zl, spanie - ok 250zl. Lepiej szybko stad uciekac... A ponoc w Japonii ma byc jeszcze drozej...
18.07
Po leniwym poranku dotarlismy na zaplanowany seans w najwiekszym Imax'ie na swiecie. 'Transformers'i w wydaniu 3D naprawde wydawali sie jak prawdziwi, a najwiekszy ekran na swiecie byl tak ogromny ze trudno bylo ogarnac wszystko wzrokiem. Wrazenie jedyne w swoim rodzaju - pelen odlot i to bez zadnych uzywek. Strach pomyslec jak bedzie wygladala rozrywka za 15 lat... Popatrzylismy chwile na Darling Harbour - deptak wzdluz wybrzeza po ktorym tlocza sie tlumy o kazdej porze dnia i nocy. Wieczorem przeszlismy po raz kolejny najbardziej zatloczona trasa w strone Chinatown. Po tej ulicy (George St) oprocz niewiarygodnej liczby przemieszczajacych sie ludzi zawsze znajdzie sie kilku smialkow ktorzy uprawiaja jogging. Da sie rozpoznac, ze maja na to malo czasu, bo kazdy z nich sapie i dyszy i strasznie szybko biegnie. Droga do Chinatown z kazdym nastepnym krokiem wzbogaca sie o nowe, wielkie neony z chinskimi literkami. Z kazdym metrem coraz wiecej tez skosnookich. Jest tu ich tak duzo ze trudno wypatrzyc jakiegos 'bialego'. Troche przygotowuje nas na zderzenie z rzeczywistoscia Tokio, czy Hong Kongu, tym bardziej ze kazdego wieczoru wciagamy wielka miche noodle soup w przydroznym barze. Wrocilismy do naszego ulubionego angielskiego pubu i patrzymy na wielke skrzyzowanie World Square, po ktorym na kazdych swiatlach przechodzi conajmniej sto piecdziesiat osob. Trudno to opisac...
Poki co Australia troche nas przytloczyla. Ludzie sa poddenerwowani, spieci i skupieni na sobie. Duzo jest tez cpunow dla ktorych specjalnie przygotowano kosze na zuzyte strzykawki. Dramat... Na ulicach widac, ze rozne rasy nie mieszaja sie ze soba, ze istnieje pewien dystans. Z gazet wyczytalismy, ze Australijczycy nie specjalnie lubia sie z Europejczykami, a takze z rodowitmi Aborygenami. Jest to dluga historia jednak ma miejsce i odciska pietno na obecnych relacjach. Niestety da sie to wyczuc. To sprawia, ze tym bardziej tesknimy za Nowa Zelandia - krajem rajem, w ktorym wszyscy sa dla wszyskich jak przyjaciele... Bez cienia watpliwosci mozemy juz teraz powiedziec, ze najbliszym krajem naszemu sercu (oprocz naszej ojczyzny) jest NZ i jej mieszkancy! ...No i szkoda, ze wciaz jest tak daleko od domu...
19.07
Od rana planujemy jak spedzic pozostaly czas w Australii... Porownujemy oferty i sprawdzamy najlepsze opcje. Mamy juz zarezerwowany dwudniowy cruise nurkowy posrod rafy koralowej niedaleko Cairns. Bedziemy mieli 7 zejsc pod wode w tym jedno nocne. Bajka! To wypada nam 31 lipca. Do tego czasu miedzy Brisbane a Cairns bedziemy podrozowac malym, wypozyczonym samochodzikiem - Toyota Corolla. Jutro rano lecimy do Brisbane samolotem i tam zostaniemy dwie noce.
niedziela, 17 lipca 2011
Sydney
Po wyladowaniu w Sydney troche czasu zajelo nam zorganizowanie spania i rozeznanie sie w realiach. Na lotnisku znowu wzieli nas za przestepcow, bo mielismy ze soba dwa banany, a to jest kolejne miejsce do ktorego nie mozna wwozic owocow. Wpisali nas do systemu i puscili dalej. O 21.00 (Polska +8h) dojechalismy kolejka do promu w Sydney Cove, ktorym przeplynelismy na druga strone zatoki - do Manly - tam gdzie obecnie spimy. Z pokladu mielismy niesamowity widok na budynek opery i most - dwie ikony tego miasta. Dopiero wtedy doszlo do nas gdzie jestesmy. Do tamtego czasu znalismy je tylko z filmow i tv... Powolutku (dawno nie chodzilismy z pelnymi plecakami ;), razem z mieszkancami Sydney wracalismy ciemnymi ulicami przedmiescia i patrzylismy jak miasto kladzie sie do snu...
Piatek (15.07) przywital nas ulewa, ktora trwala caly dzien. Do tego bylo bardzo zimno - ok 6C. Mimo to ruszylismy wczesnie rano na zwiedzanie miasta, ktore skonczylismy dopiero wieczorem.
W sumie spedzimy tu ponad tydzien: w niedziele idziemy na 4h wspinaczke na najwyzszy punkt na slynnym moscie, a w poniedzialek wybieramy sie do Imaxa na Transformers 3D ;) (najwiekszy ekran kinowy na swiecie), 3. sierpnia idziemy do opery na Le Boheme (zastanawiamy sie czy zalozyc buty trekingowe czy do biegania w terenie ;). To tylko niektore atrakcje, ktore juz zabukowalismy.
Udalo nam sie tez wreszcie zaplanowac dalszy czas w Australii: w srode (20.07) lecimy do Brisbane, gdzie wypozyczymy auto i jedziemy do Cairns, skad wracamy samolotem do Sydney (3.08), zeby nastepnego dnia wsiasc w samolot do Tokio.
16.07
Dzis rano przebieglismy sie wybrzezem Manly. Biegalismy posrod setek innych ludzi, bowiem panuje tutaj kult ciala podobnie jak w Brazylii. Wszyscy cwicza, biegaja albo surfuja. W morzu, wsrod fal bylo czarno od surferow. Zartuje sie, ze Sydney updabnia sie troche do Californi, bo mnostwo tu wymuskanych ludzi (glownie kobiet) w stylu 'plastic fantastic'. Po spokojnej, mocno wyluzowanej Nowej Zelandii troche nas to przytloczylo. Ale taka widac jest Australia. Tu juz ludzie nie sa tacy mili i usmiechnieci. Wszyscy sie spiesza i lepiej nie wchodzic im w doge.
Popoludnie spedzilismy w centrum Sydney. Dzis jest weekend, wiec po miescie poruszalismy sie w tlumie turystow z calego swiata. Po ogladaniu najslynniejszej opery poszlismy na spacer do ogrodow botanicznych. Wieczor spedzilismy wloczac sie po 'chinatown' i popijajac piwko w angielskim pubie. Czas lecial nam tak szybko, ze ledwo zdarzylismy na ostatni prom do naszej dzielnicy.
czwartek, 14 lipca 2011
środa, 13 lipca 2011
Ostatnie dni w NZ
Nie udalo nam sie zrobic helisnowboardingu. Zbyt silny wiatr uniemozliwil loty helikopterem. Mielismy nadzieje, ze moze chociaz pojezdzimy na deskach na Mt Hutt, ktora znana jest z super tras na calym swiecie. Zameldowalismy sie w Methven w biurze osrodka o 8 rano, zeby sie dowiedziec, ze z powodu zamieci snieznej decyzja o tym czy osrodek zostanie otwarty bedzie ogloszona o 10. Warunki nie byly zle - w Polsce czy na Slowacji na pewno by otworzyli: wiatr ustal, ale niskie chmury ograniczaly widocznosc. Nasz optymizm zaprowadzil nas do wypozyczalni desek, gdzie oboje skompletowalismy sobie fajne zestawy do jazdy: (bardzo miekie deski, wiazania i buty do freestylu oraz kompletne stroje snowboardowe). Wiedzielismy, ze na Mt Hutt jest ponad pol metra swiezego puchu! Wymarzone warunki. Bylismy na to gotowi - w myslach juz widzielismy siebie, jak prujemy niczym motorowki w tumanach mieciutkiego sniegu, bawiac sie trikami jak male dzieci. O 10 piekne marzenia sie skonczyly - osrodek sie nie otworzyl. Przez nastepne 2 dni mielismy skwaszone miny... Kiedys tu jeszcze wrocimy w zime i zrobimy ten helisnowboarding!
Szykujac sie na stok zjedlismy porzadne drugie sniadanie i nadmiar energii spozytkowalismy biegajac w Rakaia po sciezce widokowej ciagnacej sie wzdluz rzeki. W oddali widzielismy piekne gory, na ktorych lezacy snieg odbijal promienie sloneczne. Potem ruszylismy w droge w strone Christchurch.
Ostatni dzien w naszym camperku spedzilismy obok Makarora Rail Train (dawna linia kolejowa zamieniona na szlak dydaktczny). Zwiedzilismy ja wczesnie rano biegajac (jakze by inaczej ;). Potem spakowalismy sie do plecakow i przygotowalismy sie do oddania campera. Bylo nam smutno, bo przez ponad miesiac i 5 tys przebytych kilometrow, byl on naszym wiernym towarzyszem w drodze i tez naszym domem.
Juz z plecakami zameldowalismy sie w hostelu i od razu ruszylismy na zwiedzanie miasta. I tu szok! Wiedzielismy, ze bylo tu kilka trzesien ziemi (ostatnio miesiac temu), ale niespodziewalismy sie, ze centrum miasta jest az tak zniszczone. Ogromny obszar, samo centrum miasta - wyludnione, odgrodzone dla bezpieczenstwa, z zawalonymi budynkami dookola sprawialo wrazenie jakby byla tu wojna. W niektorych sklepach przez potluczone szyby widac bylo porozrzucane na podlodze produkty, ubrania... Domy wygladaly tak jakby jeszcze przed chwila ktos tu mieszkal. Ogromnie nas to przygnebilo. Jaka to tragedia dla tych ludzi musiec opuscic miejsce, w ktorym spedzilo sie cale zycie... Przez ponad godzine, do zachodu slonca szwedalismy sie po tej wymarlej okolicy.
13. rano ruszylismy autobusem do Queenstown. Byla to podroz wspomnien, bo juz raz pokonalismy ta trase naszym camperem. Jadac pokazywalismy sobie rozne miejsca i mowilismy: 'o, zobacz tu stanelismy zrobic nalesniki' albo 'o! tu spalismy'. Bardzo zmienila sie tylko sceneria. Zima na dobre zagoscila sie w NZ. Gory przez, ktore wczesniej przejezdzalismy, teraz cale pokryte sa sniegiem i na drogach panuja dosc ciezkie warunki.
sobota, 9 lipca 2011
Ostatnich kilka dni
Tego dnia postanowilismy wykorzystac ladna pogode i zrobilismy dlugi spacer wzdluz alpejskiego jeziora w Te Anau. Po poludniu ruszylismy w droge widokowa trasa i zostalismy na noc przy pieknej plazy, jakies 80km przed Invercargill. Ogromne fale wraz z czarnym piaskiem tworzyly zlowrogi klimat, na ktory moglismy spogladac z wysokiej skarpy. Noc niestety byla juz bardzo zimna, ale niebo rozwietlaly tysiace gwiazd, na ktore mozna bylo patrzec sie bez konca...
3.07
Poranek zaczelismy od godzinnej sesji fotograficznej. Jezdzilismy po okolicy wioski Orepuki pelnej drzew nienaturalnie powykrzywianych przez 'ryczace czterdziestki' wiejace z poludniowego zachodu. Potem biegalismy wzdluz wioski The Rocks w okolicy Riverton, na ktorej gniezdzily sie setki kormoranow. Tam, na plazy, morskie fale naniosly mnostwo muszelek. Jest to doskonale miejsce do spacerow z rodzina i szukania slynnych 'paua' czyli muszli wypelnionych masa perlowa. Nastepnie pojechalismy dalej trasa widokowa o nazwie Southern Scenic Route, przy ktorej polozone sa nowozelandzkie wodospady Niagara. Bylismy bardzo ciekawi jak wygladaja i specjalnie zboczylismy z drogi, aby je obejrzec. Jak sie okazalo, osoba ktora tak je nazwala, postanowila sobie zazartowac, bo wodospady mialy moze 50 cm wysokosci i znajdowaly sie na wolno plynacej, waskiej rzeczce. Lekko zawiedzeni postanowilismy nie zwiedzac juz zadnych innych wodospadow tego dnia. Zamiast tego widzielismy jeszcze skamienialy las (180 mln lat) na plazy w Zatoce Curio (Curio Bay). Na spanie wybralismy nocleg na przedmiesciach Dunedin, kolo boiska do gry w pilke nozna.
4.07
Obudzily nas czerwone promienie wschodzacego slonca. Przy takim widoku mozna bylo saczyc goraca kawe godzinami. Jednak w koncu trzeba bylo ruszac do centrum Dunedin. Sliskie pagorki od porannego szronu dostarczyly nam wiele emocji w trakcie jazdy kamperkiem w poszukiwaniu odpowiedniego parku do biegania. Bylo wciaz bardzo zimno, a trawa byla biala od krysztalkow lodu. Potem ruszylismy na zwiedzanie tego miasta, ktore ma bardzo angielski klimat. Na kazdej uliczce staly starodawne, wiktorianskie domy. Do tego obrazu brakowalo jedynie powozow z koniami i mezczyzn z fajka w ustach. Obejrzelismy zabytkowy dworzec kolejowy i zrezygnowalismy z wizyty w fabryce czekolady Cudbury. Ogladanie kilkunastometrowej fontanny czekolady bez mozliwosci skosztowania jej, moglo byc bardzo bolesnym doswiadczeniem dla naszej czekoholiczki Ani ;) Na koniec wspielismy sie jeszcze na najbardziej stroma uliczke na swiecie, ktora nawet zostala wpisana do Ksiegi Rekordow Guinessa. Popoludniu widzielismy okragle kamienie w Mouraki (powstaly w podobny sposob do perel, nawarstwiajac sie przez tysiace lat). Wygladaja jak ogromne kamienne jaja porozrzucane na plazy. Naprawde zadziwiajacy widok. Ostatnia planowana atrakcja tego dnia miala byc obserwacja najmniejszych pingwinkow na swiecie tzw Blue Pinguins w miescie Oamaru. Mozna je zobaczyc dopiero po zmroku dlatego zaparkowalismy kampera przy nadbrzezu i wypatrywalismy tych pociesznych zwierzatek. Udalo nam sie zobaczyc tylko jednego za to tak uroczego, ze wystarczyl nam za wszystkie. Byl niewiele wiekszy niz dlon, mial granatowy grzbiet i dreptal sobie wzdluz ulicy. Oamaru obejrzelismy przejazdem jednak bylo to chyba najladniejsze miasto, ktore widzielismy bo zachowalo swoj staroangielski charakter zupelnie nienaruszony. Byly elegancje hotele z debowym wystrojem, w ktorych graly szafy grajace, staly okazale pianina, a gosci obslugiwal kamerdyner w pasiastej kamizelce, z ktorej wystawal zegarek na zlotym lancuszku. Ulice oswietlaly latarnie przypominajace lampy naftowe. Na jednym z rogow stala odrestaurowana, podswietlona ciuchcia parowa. Dalsza droga prowadzila przez farmy pelne krow i owiec.
Wieczorem wykrecajac na polnej szosie, sliska trawa i malutka gorka spowodowaly, ze utknelismy nasza ciezarowka na dobre. Dopiero pomoc okolicznych farmerow i ich terenowka wybawily nas z opresji (teraz wozimy 20kg zwiru ze soba - na wszelki wypadek ;)
5.07
Okreznymi, widokowymi drogami dojechalismy do Mount Cook. Przejechalismy przez najwyzej polozona farme lososi na swiecie i nabylismy 1kg surowej ryby, ktora pochlonelismy w dwa dni w postaci sashimi (na surowo, z chrzanem wasabi i sosem sojowym - pychota). Farma ta slynie takze z tego, ze ich ryby plywaja w nieskazitelnie czystej, lodowcowej wodzie i sa nadzwyczaj bogate w omega 3.
Po poludniu na slonecznym niebie pojawily sie nietypowe chmury soczewkowe - znak zblizajacej sie ostrej zmiany pogody. Zaczal lac deszcz i cala noc naszego kamperka kolysal mocny wiatr. Czuc, ze nadchodzi zima...
6.07
Mimo fatalnej pogody wybralismy sie kilkugodzinny spacer w doline Hookera. Gory z lodowcami we mgle i deszczu sprawialy zlowrogie wrazenie, ale nasz pozytywny nastroj rownowazyl te szarosci. Popoludnie spedzilismy w muzeum Edmunda Hilarego przypominajac sobie jego podroznicze osiagniecia. Teraz zasypiamy na punkcie widokowym majac przed soba jezioro Pukaki, w ktorym odbijaja sie gory, ktore z zalem opuscilismy...
7.07
Od rana lalo a widocznosc ograniczyla sie do polowy jeziora. Ciezko by nawet stwierdzic, ze dookola sa jakiekolwiek gory. Chociaz jest szansa, ze gdzies tam wysoko pada snieg i uda nam sie wyjechac na desce na nowozelandzkie Alpy. Zaczal wiac silny, mrozny wiatr, ktory sprawia, ze wszelkie zdjecia robimy nie wychodzac z cieplego auta. Choc pogoda pod psem, kolory tutejszej ziemi wciaz wprawiaja nas w zachwyt. Roznorodnosc gatunkow roslin i zwierzat wynagradza ten ponury krajobraz. W Lake Tekapo stanelismy zerknac na bajecznie polozony malenki kosciolek, do ktorego zjezdzaja mlodzi z calego kraju aby wziac tam slub. Kapliczka stoi na samym brzegu turkusowego jeziora Tekapo, a w tle rozposciera sie pasmo delikatnie osniezonych szczytow... Pewnie przy ladnej pogodzie byloby to niezapomniane miejsce.
Od rana docieraja nas nowe informacje o trzesieniach ziemi ktore zdarzaja sie tu coraz czesciej. Dzis ok 7.00 mialo miejsce trzecie z kolei podczas naszego pobytu. Pierwsze zniszczylo czesc budynkow w Christchurch, podczas gdy my bylismy na polnocnej wyspie. Nastepne - w okolicy Wellington kiedy my ucieklismy juz na poludnie. Dzis zatrzeslo ziemia na morzu, jednak skutki tego byly odczuwalne w postaci niewielkiego tsunami na wschodnim wybrzezu North Island. Sytuacja robi sie troche niepokojaca, choc my jeszcze nie przekonalismy sie o tym na wlasnej skorze. Omijamy najbardziej podatne tereny i wierzymy ze oszczedzi nas ta watpliwa przyjemnosc :)
8.07
Cala noc lalo niemilosiernie i bardzo sie zdziwilismy kiedy przywitalo nas blekitne niebo ze sloncem. Namierzylismy fajne miejsce do biegania i skorzystalismy z pieknego poranka.
Po poludniu dojechalismy do Hanmer Springs - najbardziej znanych zrodel termalnych na pld wyspie. 2 godzinki moczylismy sie w kilku basenach, korzystajac z masazy i biczy wodnych. Bylo zimno, niedaleko byly biale od sniegu gory. Super klimat, ale i tak Besenova rzadzi!
9.07
Piekna widokowa droga, wsrod alpejskich wierzcholkow dojechalismy nad Pacyfik. Pokonywanie oblodzonych wzniesien nasza ciezarowka stalo sie juz chlebem powszednim - luzik ;)
Kolo poludnia zameldowalismy sie na kempingu. Wkoncu musimy poprac wszystko przez wylotem do Australii, a to jest ostatni moment.
Nasz plan na najblizsze dni wyglada tak: jutro jedziemy znowu na poludnie w kierunku Methven (ogromny osrodek nariarski przy Mt Hutt) i tez jutro wieczorem sie okaze, czy w poniedzialek beda odpowiednie warunki na helisnowboarding. Po ostatnich opadach deszczu, w gorach powinno byc okolo 1,5 metra swiezego puchu i jesli beda tylko odpowiednie warunki na lot helikopterem to LECIMY (wpisalismy sie na liste oczekujacych juz 3 dni temu)! Czeka nas caly dzien na jazdy na deskach w dziewiczych miejscach i bardzo sie tym ekscytujemy, jednak nie chcemy zapeszac, bo moze sie okazac, ze nasz plan legnie w gruzach z powodu pogody.
We wtorek kolo poludnia musimy oddac kampera w Christchurch i znalezc spanie na jedna noc. Potem zwiedzamy miasto i oblewamy koniec pobytu w NZ (i moze udany heliboarding ;). W srode 13.07 o 8.30 mamy autobus do Queenstown. Na miejscu bedziemy o 16.30 i nastepnego dnia o godzinie 16 z minutami wylatujemy do Sydney!
Fiordland cd, siodlo Gertrudy
Dzisiaj zrozumielismy co jest tak niesamowitego w przyrodzie i krajobrazie Nowej Zelandii. To niepowtarzalny las deszczowy, ktory istnieje tutaj z powodu polozenia wyspy - trafiaja nad nia wilgotne chmury, ktore przechodza z zachodu na wschod przez pasmo gorskie i skraplaja sie. W ten sposob dostarczana jest zyciodajna woda. Mimo zimowej pory i spadkow temperatury ponizej zera, tutejsze tereny sa w 95% zielone. Fiordland pokryty jest drzewami, ktore niezmienily sie od milionow lat. Mnostwo w nim endemicznych gatunkow. Oprocz drzew sa rosliny poszycia, ktorych tez nie ma w zadnym innym miejscu na ziemi. Wchodzac do lasu, w ktorym cale drzewa - od pnia do korony porosniete sa zielonymi roslinkami, przypominajacymi mech, mamy wrazenie, ze przenosimy sie do bajkowej krainy, niczym z filmu 'Wladca pierscieni'.
Gory, fiordy, lodowce, klify i plaze, mniej lub bardziej podobne do nowozelandzkich, sa na calym swiecie. To co jest niepowtarzalnego na tej wyspie to wlasnie DESZCZOWY LAS, ktory znajduje sie w kazdym krajobrazie.
Dzisiejsza wspinaczka na siodlo Gertrudy okazala sie zbyt trudna do dokonczenia. Zima rozgoscila sie na dobre. Ostatnie 150 metrow podejscia okazaly sie ryzykowne bez rakow i czekana. Mimo to widok spod grani w dawnym, ogromnym kotle lodowcowym na doline byl wspanialy. Piekna sloneczna pogoda, niebieskie niebo, biel sniegu, czern granitu i wszechobecna cisza przerywana przez charakterystyczne 'kiiijaaa' wykrzyczane przez jedyna gorska papuge na swiecie - taka sceneria byla naszym otoczeniem.
Po poludniu pogoda pogoda zalamala sie doslownie w 3 minuty. Chmury zakryly slonce. Zrobilo sie zimno i groznie.
Nasze wczesniejsze plany pojscia na spacer w inne sceniczne miejsca zamienilismy na wizyte w kinie. Krajobrazowy film o fiordach, krecony w calosci z helikoptera do konca 'rozmiekczy nasze serca'. What a wonderful world!











































