Nie udalo nam sie zrobic helisnowboardingu. Zbyt silny wiatr uniemozliwil loty helikopterem. Mielismy nadzieje, ze moze chociaz pojezdzimy na deskach na Mt Hutt, ktora znana jest z super tras na calym swiecie. Zameldowalismy sie w Methven w biurze osrodka o 8 rano, zeby sie dowiedziec, ze z powodu zamieci snieznej decyzja o tym czy osrodek zostanie otwarty bedzie ogloszona o 10. Warunki nie byly zle - w Polsce czy na Slowacji na pewno by otworzyli: wiatr ustal, ale niskie chmury ograniczaly widocznosc. Nasz optymizm zaprowadzil nas do wypozyczalni desek, gdzie oboje skompletowalismy sobie fajne zestawy do jazdy: (bardzo miekie deski, wiazania i buty do freestylu oraz kompletne stroje snowboardowe). Wiedzielismy, ze na Mt Hutt jest ponad pol metra swiezego puchu! Wymarzone warunki. Bylismy na to gotowi - w myslach juz widzielismy siebie, jak prujemy niczym motorowki w tumanach mieciutkiego sniegu, bawiac sie trikami jak male dzieci. O 10 piekne marzenia sie skonczyly - osrodek sie nie otworzyl. Przez nastepne 2 dni mielismy skwaszone miny... Kiedys tu jeszcze wrocimy w zime i zrobimy ten helisnowboarding!
Szykujac sie na stok zjedlismy porzadne drugie sniadanie i nadmiar energii spozytkowalismy biegajac w Rakaia po sciezce widokowej ciagnacej sie wzdluz rzeki. W oddali widzielismy piekne gory, na ktorych lezacy snieg odbijal promienie sloneczne. Potem ruszylismy w droge w strone Christchurch.
Ostatni dzien w naszym camperku spedzilismy obok Makarora Rail Train (dawna linia kolejowa zamieniona na szlak dydaktczny). Zwiedzilismy ja wczesnie rano biegajac (jakze by inaczej ;). Potem spakowalismy sie do plecakow i przygotowalismy sie do oddania campera. Bylo nam smutno, bo przez ponad miesiac i 5 tys przebytych kilometrow, byl on naszym wiernym towarzyszem w drodze i tez naszym domem.
Juz z plecakami zameldowalismy sie w hostelu i od razu ruszylismy na zwiedzanie miasta. I tu szok! Wiedzielismy, ze bylo tu kilka trzesien ziemi (ostatnio miesiac temu), ale niespodziewalismy sie, ze centrum miasta jest az tak zniszczone. Ogromny obszar, samo centrum miasta - wyludnione, odgrodzone dla bezpieczenstwa, z zawalonymi budynkami dookola sprawialo wrazenie jakby byla tu wojna. W niektorych sklepach przez potluczone szyby widac bylo porozrzucane na podlodze produkty, ubrania... Domy wygladaly tak jakby jeszcze przed chwila ktos tu mieszkal. Ogromnie nas to przygnebilo. Jaka to tragedia dla tych ludzi musiec opuscic miejsce, w ktorym spedzilo sie cale zycie... Przez ponad godzine, do zachodu slonca szwedalismy sie po tej wymarlej okolicy.
13. rano ruszylismy autobusem do Queenstown. Byla to podroz wspomnien, bo juz raz pokonalismy ta trase naszym camperem. Jadac pokazywalismy sobie rozne miejsca i mowilismy: 'o, zobacz tu stanelismy zrobic nalesniki' albo 'o! tu spalismy'. Bardzo zmienila sie tylko sceneria. Zima na dobre zagoscila sie w NZ. Gory przez, ktore wczesniej przejezdzalismy, teraz cale pokryte sa sniegiem i na drogach panuja dosc ciezkie warunki.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz