W niedziele (17.07) wspielismy sie na najslynniejszy most w Australii. Trwalo to kilka godzin, bo oprocz samego spaceru na najwyzszy punkt konstrukcji, mielismy jeszcze solidna odprawe. Najpierw wypelnilismy kwestionariusz zdrowotny, potem zostalismy przebadani alkomatem, a nastepnie zostalismy ubrani w kombinezony i zawiazani w uprzeze. Przeszlismy przez bramke wykrywacza metalu - po to aby nie przemycic zadnego aparatu fotograficznego. Z mostu mielismy widok na zatoke, po ktorej zeglowaly jachty American Cup, opere i dom Johna Travolty ;). Pod naszymi nogami poruszaly sie samochody i pociagi. Na ten sam most wchodzily przed nami holywood'skie gwiazdy, ktore byly upamietnione na pamiatkowej tablicy.
Na koniec dnia poszlismy do sklepu po owoce i warzywa. Miny nam zrzedly gdy zobaczylismy cene bananow. Jak do tej pory byly to najtansze produkty. Tutaj kosztowaly prawie 14$ australijskich tj ok 40zl za kg! Piotr jeszcze sie upewnil pytajac obsluge czy w cenie nie ma przypadkiem bledu, ale uslyszal w odpwiedzi ze ten sklep ma tansze banany od innych o 3 dolary! Przyczyna jest taka, ze cyklon zniszczyl duza czesc australijskich plantacji i postanowiono nie importowac tych owocow z zagranicy (Am pld) aby wspomoc rodowitych producentow. Cena jablek to ok 9zl/kg, chleb - 8zl, spanie - ok 250zl. Lepiej szybko stad uciekac... A ponoc w Japonii ma byc jeszcze drozej...
18.07
Po leniwym poranku dotarlismy na zaplanowany seans w najwiekszym Imax'ie na swiecie. 'Transformers'i w wydaniu 3D naprawde wydawali sie jak prawdziwi, a najwiekszy ekran na swiecie byl tak ogromny ze trudno bylo ogarnac wszystko wzrokiem. Wrazenie jedyne w swoim rodzaju - pelen odlot i to bez zadnych uzywek. Strach pomyslec jak bedzie wygladala rozrywka za 15 lat... Popatrzylismy chwile na Darling Harbour - deptak wzdluz wybrzeza po ktorym tlocza sie tlumy o kazdej porze dnia i nocy. Wieczorem przeszlismy po raz kolejny najbardziej zatloczona trasa w strone Chinatown. Po tej ulicy (George St) oprocz niewiarygodnej liczby przemieszczajacych sie ludzi zawsze znajdzie sie kilku smialkow ktorzy uprawiaja jogging. Da sie rozpoznac, ze maja na to malo czasu, bo kazdy z nich sapie i dyszy i strasznie szybko biegnie. Droga do Chinatown z kazdym nastepnym krokiem wzbogaca sie o nowe, wielkie neony z chinskimi literkami. Z kazdym metrem coraz wiecej tez skosnookich. Jest tu ich tak duzo ze trudno wypatrzyc jakiegos 'bialego'. Troche przygotowuje nas na zderzenie z rzeczywistoscia Tokio, czy Hong Kongu, tym bardziej ze kazdego wieczoru wciagamy wielka miche noodle soup w przydroznym barze. Wrocilismy do naszego ulubionego angielskiego pubu i patrzymy na wielke skrzyzowanie World Square, po ktorym na kazdych swiatlach przechodzi conajmniej sto piecdziesiat osob. Trudno to opisac...
Poki co Australia troche nas przytloczyla. Ludzie sa poddenerwowani, spieci i skupieni na sobie. Duzo jest tez cpunow dla ktorych specjalnie przygotowano kosze na zuzyte strzykawki. Dramat... Na ulicach widac, ze rozne rasy nie mieszaja sie ze soba, ze istnieje pewien dystans. Z gazet wyczytalismy, ze Australijczycy nie specjalnie lubia sie z Europejczykami, a takze z rodowitmi Aborygenami. Jest to dluga historia jednak ma miejsce i odciska pietno na obecnych relacjach. Niestety da sie to wyczuc. To sprawia, ze tym bardziej tesknimy za Nowa Zelandia - krajem rajem, w ktorym wszyscy sa dla wszyskich jak przyjaciele... Bez cienia watpliwosci mozemy juz teraz powiedziec, ze najbliszym krajem naszemu sercu (oprocz naszej ojczyzny) jest NZ i jej mieszkancy! ...No i szkoda, ze wciaz jest tak daleko od domu...
19.07
Od rana planujemy jak spedzic pozostaly czas w Australii... Porownujemy oferty i sprawdzamy najlepsze opcje. Mamy juz zarezerwowany dwudniowy cruise nurkowy posrod rafy koralowej niedaleko Cairns. Bedziemy mieli 7 zejsc pod wode w tym jedno nocne. Bajka! To wypada nam 31 lipca. Do tego czasu miedzy Brisbane a Cairns bedziemy podrozowac malym, wypozyczonym samochodzikiem - Toyota Corolla. Jutro rano lecimy do Brisbane samolotem i tam zostaniemy dwie noce.


