niedziela, 17 kwietnia 2011

Cerro Torre i Fitz Roy - treking

16.04

Jak zwykle problem z internetem sprawia, ze dostajecie kilka wiadomosci jednoczesnie, zatem przejrzyjcie poprzednie wpisy, zeby wszystko mialo 'rece i nogi'.
Za nami 3 dni spedzone w El Chalten. Wychodzac 1 dnia w gory wiedzielsmy, ze na przelomie 2 i 3 dnia ma dojsc do zalamania sie pogody i z tego powodu postanowilismy najpierw ruszyc pod Cerro Torre (dla nas najbardziej niesamowita gora ze wszystkich!). Szlismy w pieknym sloncu jesienna dolina powoli wchodzac na wysokosc. Przed soba caly czas mielismy Torre, ktora z kazda chwila robila sie coraz wieksza. Po lewej stronie w dolinie po bardzo stromej scianie schodzil mocno popekany, ogromny lodowiec! Trudno bylo sobie wymarzyc bardziej cudowny krajobraz! Czulismy sie niesamowicie.
Po kilku godzinach marszu doszlismy do Laguna Torre, czyli jeziora lodowcowego polozonego u podnoza gory. Na pobliskim obozowisku (De Agostini) rozbilismy namiot i ruszylismy z lzejszymi plecakami szczytem moreny lodowcowej, zeby znalezc sie jak najblizej tej wspanialej gory! Kiedy znalezlismy dogodne miejsce przyszedl czas na zrobienie kolacji. Byla to kuchnia z widokiem na Cerro Torre, podczas zachodzacego slonca. Granitowa sciana odbijala czerwone barwy. Czulismy, ze spelnia sie nasze kolejne marzenie. Przypominalismy sobie jak w Warszawie czytalismy o tej gorze. A teraz jestesmy u jej stop i mozemy podziwiac ja z bliska. Powoli zaczynalo robic sie ciemno i nadeszla pora, zeby skierowac sie w strone namiotu, bo temperatura spadla juz lekko ponizej zera. Rozgwiezdzone niebo zapowiadalo naprawde zimna noc...
Przed spaniem sprawdzilismy na gps'ie, ze slonce wstaje tutaj o 8.30 rano. Kiedy obudzilismy sie nastepnego dnia o 8.20 pierwsza mysl, ktora przeszla przez nasze glowy, to ze mamy jeszcze 10 minut do wschodu slonca. Momentalnie sie ubralismy, zlapalismy aparat, kamere i w niedokonca zawiazanych butach rozpoczelismy sprint w gore moreny, aby dotrzec na miejsce, z ktorego bedziemy mogli zrobic zdjecia. Oplacilo sie! Purpurowy wiercholek z obu stron otoczony byl chmurkami. Widok nie z tej ziemi! Po 5 minutach spektakl sie skonczyl, a my wrocilismy robic sniadanie. Zapowiadal sie kolejny cudowny dzien (choc te chmurki wokol wiezy byly lekko niepokojace). Poranek byl tak cieply i sloneczny, ze postanowilismy wogole nie spieszyc sie z wyjsciem do bazy pod Fitz Royem (kolejna bardzo ciekawa gora). Podczas pakowania gratow napawalismy nasze oczy widokiem na Cerro Tore w otoczeniu jesiennych kolorow. Dla nas to byla nagroda za trudy trekkingu w parku Torres del Paine sprzed kilku dni. W koncu tym razem wszystko od poczatku ukladalo sie pieknie i nawet nie bylo wiatru ;-)
Kiedy wychodzilismy kolo 13 caly wierzcholek byl juz w chmurach, ktorych gruba warstwa przelewala sie z zachodu na wschod ponad pasmem gorskim. Nie zapowiadalo to dobrych widokow na Fitz Roya... Po kilku godzinach trekingu przy coraz gorszej pogodzie znalezlismy sie przy wysokogorskich jeziorach. Tam majac lepszy widok, po wyjsciu z lasu zobaczylismy jak bardzo zmienila sie pogoda. Oczekiwane zalamanie warunkow atmosferycznych przyszlo wczesniej niz sie spodziewalismy. Kiedy dochodzilismy do naszego kolejnego obozowiska (Poicenot) powoli sie sciemnialo, a nad gorami wisiala ogromna ciemna czapa chmur, z ktorej zaczal padac snieg. Od kilku godzin towarzyszyl nam tez bardzo mocny i zimny wicher. Spojrzelismy po sobie i szybko (choc nie bylo to latwe) zdecydowalismy sie zawrocic i zejsc do miasta. Wiedzielismy, ze jutro i tak nic juz nie zobaczymy, a czekalaby nas bardzo ciezka noc pod namiotem. Decyzja o tak poznym zejsciu oznaczala marsz w ciemnym lesie przy swietle latarek. Na szczescie droga byla dosc latwa i szybko znalezlismy sie w rewelacyjnej restauracji (el Muro) nad talerzem z pieknie pachnaca poledwica wolowa z grilla (oczywiscie krwista ;)! Do tego dostalismy dwie ogromne salatki. Tak naprawde to od poczatku wyjazdu zadko mamy okazje zjesc cos zdrowego, wiec taka uczta byla jak balsam dla naszych organizmow... Ostatnie trekingi obfitowaly w mega ilosci czekolady, batonikow i krakersow. Pozatym jedyne jedzenie jakie jadamy to empanady czyli pierogi z kruchego ciasta nadziewane miesnym farszem. Do tego cola i kawa, kawa, kawa i czerwone wino ktore tutaj kosztuje 1/3 naszych cen sklepowych... Tym razem dobrze zjedlismy, popilismy i z radoscia wrocilismy do cieplego hosteliku. Bog nad nami czuwal i zawrocil nas we wlasciwym momencie. Pogoda pozniej byla juz bardzo brzydka i juz wiecej nie zobaczylismy zadnej z tych gor...

Witamy w El Chalten

14.04

Hej! Wlasnie ruszamy na krotki treking. Dzis bedziemy spac pod Cerro Torre, jutro pod Fitz Royem. Mamy cudowna pogode! Swiecie piekne slonce i na niebie nie ma ani jednej chmurki! Juz z samej wioski widac gory. Temperatura jest ok 5C ale dzieki sloncu wydaje sie byc znacznie cieplej. Najwazniejsze, ze nie ma wiatru... El Chalten to taka malenka miescina, ktora zostala zalzona jedynie na potrzeby turystyki. Jest dosc drogo mimo, ze jest koniec sezonu i wiekszosc mieszkancow pozamykala juz swoje hostele i wyniosla sie gdzies do wiekszych miast. Przez to w pozostalych - czynnych jeszcze schroniskach jest mnostwo ludzi i wszyscy siedza sobie na glowach w living roomach. Spanie dostepne jest jedynie w wieloosobowych dormitoriach ze wspolna lazienka. Miasto kiedy przyjechalismy wczoraj (ok 22.00) bylo kompletnie wymarle, wiec moglismy szukac wolnych miejsc do spania chodzac po samym srodku wielkiej avenidy (ulicy). W wiekszosci domow bylo juz ciemno. Udalo nam sie znalezc jakis dwuosobowy, skromny pokoik w przydroznym, bardzo mizernie wygladajacycm hostelu. Pewnie ze wzgledu na swoj wyglad i psy szczekajace przed wejsciem odstraszyl innych gosci, jednak z korzyscia dla nas. O tym jak bylo na trekkingu napiszemy juz w autokarze w drodze do El Calafate czyli 16 kwietnia wieczorem. Bedziemy mieli wtedy troche wiecej czasu. Na miejsce dojedziemy ok 21.30 i jak znajdziemy spanie z wi-fi to wrzucimy opis na bloga. Dzis z samego rana tez udalo nam sie kupic bilety na samolot do Santiago de Chile. Ogolnie wyszlo, ze przed nami teraz troche wiecej przemieszczania sie. A wiec sprawa wyglada tak: 16.04 wieczorem jedziemy do El Calafate. Stamtad rano 17.04 jedziemy do Puerto Natales skad znowu tego samego dnia popoludniu ruszymy do Punta Arenas. Prosto z dworca pojedziemy na lotnisko skad o 23.10 mamy samolot do Santiago de Chile. Tam wyladujemy o 2.40 nastepnego dnia i jak wszystko dobrze pojdzie to ok 9.00 wsiadziemy w 24 godzinna podroz autokarem do San Pedro de Atacama.
A wiec do uslyszenia za jakis czas! Ciao amigos!