piątek, 29 kwietnia 2011

Sezon motocyklowy 2011 rozpoczety!

28.04

No i wykrakalismy! Wczoraj pisalismy, ze nasze zoladki tak dobrze daja sobie rade, a dzisiejszy poranek rozpoczal sie od ostrych sensacji u Piotra! Nawet zastanawialismy sie nad odwolaniem wycieczki motocyklowej, ale wkoncu pojechalismy.
Kiedy dojechalismy na miejsce, dostalismy ochraniacze (buzzer, kolana i lokcie), kaski i kurtki, i wybralismy sobie motocykle. Potem zrobilismy krotka przejazdzke, zeby je wyczuc. Ani nie podeszla pierwsza maszyna i dopiero po zmianie na Honde XR pojechalismy na tour (Piotr 'latal' na Hondzie CRF).
Z naszym lokalnym przewodnikiem wybralismy sie w gore Doliny Ksiezycowej. Na poczatku asfaltowa droga, z wieloma serpentynami prowadzila nas wsrod przepieknych formacji skalnych, ktore wygladaly jak wieze - jedne wielkie, a wokol nich mniejsze. Przejezdzalismy przez male wioski, w ktorych na poboczu pasly sie swinki i owieczki. Z kazda chwila krajobraz stawal sie coraz bardziej malowniczy. W koncu przyszla pora na zjazd z asfaltu na nieutwardzona nawierzchnie. Jechalismy po zwirze i kamieniach, czasami po ubitej ziemi. Zdarzylo sie po drodze kilka malych potoczkow jednak bardzo plytkich. Kiedy wjechalismy na gore kanionu, w ktorym lezy La Paz zrobilismy tam przerwe. Widok na miasto z tego miejsca byl niesamowity!!! Porobilismy zdjecia i ruszylismy na dol. Najpierw jednak musielismy przejechac przez wioske polozona na gorze. To juz zupelnie inne La Paz, w porownaniu do wczorajszej bogatej dzielnicy. Tutejsi ludzie zyja w strasznym ubostwie, ktore widac na kazdym kroku. Po drodze musielismy 'uciekac' przed kilkoma psami, ktore przyciagal wyglad i warkot naszych maszyn. Droga na dol dostarczyla nam ogromnej zabawy, ale tez wzruszen - wyczulismy juz motocykle i w pieknym sloncu lecielismy serpentynkami majac przed soba wielkie, osniezone szczyty Andow. Przypomnielismy sobie jak niesamowite jest podrozowanie na motocyklach... Zatesknilismy bardzo za tym uczuciem i za naszymi maszynami, ktore stoja sobie w garazu i czekaja na nasz powrot...
Teraz jest juz wieczor, z brzuchem Piotra jest lepiej. Pakujemy plecaki, bo jutro o 8 rano mamy autobus do Copacabany nad jeziorem Titicaca.
To byl kolejny piekny dzien!

czwartek, 28 kwietnia 2011

La Paz, dzien 2

Witajcie Kochani! Spedzilismy dzis kolejny cudowny dzien w La Paz. Caly czas to miasto zaskakuje nas swoja czystoscia i nowoczesnoscia (bylismy mocno uprzedzeni). Jest to miejsce w ktorym postep styka sie ze stara kultura przejawiajaca sie w ludowych strojach kobiet. Stare pokolenie jest wciaz przywiazane do tradycji jednak postep cywilizacji spycha je na margines i pozwala im jedynie na zarabianie na ulicy. To sa te osoby, ktore sprzedaja drobiazgi w malych kramikach lub nawet zebrza o kilka bolivianos (tutejsza waluta). Poza tymi wyjatkami boliwijczycy maja juz rysy twarzy zblizone do europejskich, nosza modne, markowe ubrania i wygladaja bardzo przyjaznie. Czujemy sie w tym miejscu bardzo dobrze i po calym czasie spedzonym tutaj - bezpiecznie. Dziwia nas rozne negatywne informacje o kradzierzach czy napadach. Tutaj jest naprawde pieknie i ciekawie.
Odwiedzilismy dzis rowniez jedna z bardziej luksusowych dzielnic tzw Zona Sur. Oczy nam sie swiecily na widok pieknych galerii sztuki z fantastycznymi rzezbami, wazonami czy innymi przedmiotami. Z checia przywiezlibysmy to wszystko do domu. Byla tam rowniez piekna, artystyczna bizuteria oraz niepowtarzalne ubrania. Niestety moglismy tylko popatrzec, bo trzymamy sie okrutnej zasady - zadnych pamiatek. Nasze plecaki sa zaladowane na full i nie ma miejsca na nic wiecej.
Chcielismy takze zdementowac plotke jakoby woda z karnu byla tu szkodliwa. Zarowno salata jak i pomidory czy szklanka wody podana do espesso, nie wywolaly (jeszcze;) spustoszenia w naszych organizmach.
Jestesmy pod ogromnym wrazeniem La Paz i bedziemy to miejsce milo wspominac.
Juto czeka nas nowa atrakcja - jedziemy na krotki tour motocyklowy po Dolinie Ksiezycowej (to nie jest ta sama co kolo San Pedro de Atacama). Wrocimy kolo 15.00 naszego czasu. Napiszemy pewnie wieczorem. Mamy jednak po powrocie troche spraw do zalatwienia: miedzy innymi bilety na autobus do Copacabany (miescina na brzegu jeziora Titicaca) na nastepny dzien. Calujemy mocno! Do uslyszenia!

P.S. przesylamy Wam link do naszego hitu ktory towarzyszy nam caly czas tutaj na miejscu. Posluchajcie go do konca i poczujcie klimat tego miejsca!

PS. Mamy juz hit tego wyjazdu: Miranda, Perfecta (szczegolnie wpada w ucho refren). Ten kawalek ciagnie sie za nami przez pol Am Pld:

http://m.youtube.com/watch?gl=US&hl=en&client=mv-google&v=jQJxn_c3Qpw

środa, 27 kwietnia 2011

La Paz wita nas!

26.04

Do La Paz dojechalismy okolo 7 rano. Moment, w ktorym zjezdza sie z El Alto (przedmiescia polozone na wzgorzach) do doliny stolicy Boliwii robi ogromne wrazenie: mnostwo czerwonych dachow domow polozonych po obu stronach doliny, w ktorej ujsciu widnieja osniezone, 6 tys. szczyty.
Po przyjezdzie na dworzec, nasze bagaze wygladaly jakby byly ciagniete na sznurku za autobusem po tej szutrowej drodze... Zorganizowalismy transport i ruszylismy w poszukiwaniu miejsca do spania. Pierwsza proba - wszystko zajete. Drugie miejsce i mamy pokoj! Jestesmy w typowym hostelu dla backpackersow (czyli miejscu, ktorego unikalismy jak ognia, od poczatku wyprawy). Trudno - przezyjemy jakos te 3 noce, tym bardziej ze w ciagu dnia nie ma nas na terenie hostelu...
Okolo poludnia doszlismy do siebie i postanowilismy ruszyc na miasto. La Paz zaskoczylo nas bardzo pozytywnie (przez 8 lat od wizyty Piotra bardzo duzo sie tu zmienilo). Przez 7 godzin spacerowalismy po centrum i jego okolicy. Jest tu nowoczesne (jak na Boliwie ;) downtown, stare miasto (bardziej skupiska kolonialnych budynkow) oraz dosc ladny miejski park. Ogolne wrazenie znacznie powyzej naszych wyobrazen.
Zaplanowalismy nasze kolejne dni: jutro dalej szwedamy sie po La Paz, pojutrze udajemy sie do Doliny Ksiezycowej (to juz nasz druga, ciekawe ile ich jest w Am Pld ? ;), gdzie maja czekac na nas 2 motocykle enduro (250 cc dla Ani i 400 cc dla Piotra) i wreszcie bedzie nam dane pojezdzic razem na tym kontnencie :). Zastanawialimy sie tez nad wejsciem na szczyt Huyana Potosi (pow 6. tys m, nasz hostal organizuje taka wyprawe z bardzo znanym wspinaczem jako przewodnikiem), ale doszlismy do wniosku, ze wciaz jestesmy jeszcze za slabo zaaklimatyzowani, zeby porywac sie na takie wyzwania. W piatek rano ruszamy nad jezioro Titicaca, gdzie zrobimy sobie trek po Wyspie Slonca (jedno lub dwu dniowy). Po powrocie przedostaniemy sie na peruwianska strone jeziora Titicaca (Puno), gdzie chcemy zobaczyc miejscowe plemie, ktore od wiekow zyje na wyspach na jeziorze. Wyspy i wszystko na nich zbudowane jest z trzciny, ktora porasta brzegi.
To tyle na dzisiaj!

Z San Pedro do Uyuni cd

Z San Pedro do Uyuni

23.04

Witajcie Kochani! Jestesmy juz po pierwszym dniu drogi do Uyuni. Wystartowalismy wczesnie rano. Na granicy z Boliwia dostalismy prowizoryczne sniadanko. Byly to zwykle biale buly z serem zoltym i tlustym miesem. Nie pogardzil tym jednak malenki rudy lisek, ktory po cichu skradal sie do stolu z jedzeniem. Potem przez kolejne 6 godzin jechalismy przez wyzyne pokryta kamieniami i zwirem. Po drodze zatrzymalismy sie w kilku punktach, aby obejrzec tutejsze kolorowe laguny (jeziora). Pierwsza z nich nazywala sie Laguna Blanca, miala prawie bialy kolor, w ktorym odbijaly sie delikatnie osniezone pagorki. Nastepna, polozona nieznacznie dalej miala kolor turkusowy i nazywala sie Laguna Verde. Na jej tylach wznosil sie Vulcan Likankabur. Wokol tego jeziora rozposcierala sie biala, kamienista plaza. Najwieksze wrazenie zrobil na nas krater, z ktorego bulgotalo gorace bloto. Nastepne miejsce to taka atrakcja turystyczna, troche zrobiona na sile: maly, okragly basenik do ktorego doprowadzone bylo rura gorace zrodelko. To takie tutejsze wody termalne; w sumie bez rewelacji. Przy naszych ukochanych zrodlach w Besanovej, nie chcialo nam sie nawet wkladac tam reki... Po godzinie dotarlismy do refugio, w ktorym dostalismy spanie w 6-cio osobowym pomieszczeniu, poniewaz razem z nami jedzie jeszcze trojka Anglikow i jedna Kanadyjka. Szybki lunch i ostatnia atrakcja tego dnia - Laguna Colorada - miejsce w ktorym skupiaja sie setki rozowych flamingow. Jezioro ma niezwykly kolor - jest czerwone z powodu alg, ktore tam rosna. Udalo nam sie zobaczyc flamingi, choc nie jest to najlepszy okres na ich obserwacje. Tym bardziej, ze dzis niebo przykryly chmury, wiec barwy nie byly tak klarowne jak to ma miejsce podczas slonecznego dnia. Wieczorem rozwinelismy nasze spiworki i poszlismy spac.

24.04

Noc byla koszmarna poniewaz z San Pedro (2450 m.n.p.m.) wznieslismy sie az na 4300 m.n.p.m. Jest to dosc drastyczna zmiana wysokosci, z ktora organizm nie daje sobie latwo rady. Serce bilo nam jak po kilku mocnych espresso. Wcale nie chcialo nam sie spac, a dodatkowo ciezko sie oddychalo i bardzo bolaly nas glowy. Jednak to nie my czulismy sie tej nocy najgorzej. Caly czas slyszelismy jak jeden z naszych wspollokatorow sapie ledwo nabierajac tchu. Czul sie bardzo zle i byl zaskoczony, ze zmiana wysokosci moze spowodowac takie samopoczucie. Dalismy mu tabletke diuramidu i poczul sie z czasem lepiej.
Tymczasem Ania rano takze obudzila sie z bolem glowy i lekkimi mdlosciami. Potem Piotr dolaczyl z bolem miesni i gardla...
Nasz stan nie pozwolil nam sie wpelni cieszyc atrakcjami tego dnia. Nalezaly do nich kolejne 4 laguny, a takze pustynia na ktorej znajdowaly sie niesamowite pojedyncze formacje skalne, bedace pozostalosciami tutejszych gor osadowych. Jedna z nich nazywala sie skala Salvadora Dali (cale miejsce ma taka nazwe), bo wygladala jak 'wyjeta' z obrazu tego malarza.
Po poludniu dojechalismy do naszego drugiego noclegu. Mala wies o nazwie Culpina K sprawia bardzo przygnebiajace wrazenie. Zalozona prawdopodobnie z powodu bliskosci kopalni siarki, przypomina nam inne, podobne, upadle osrodki gornicze, ktore widzielismy na dalekiej polnocy Rosji. Widzielismy jak 6-8 letnie dzieci chcialy kupic alkohol w tutejszym sklepie. Mieszkancy przypominaja troche zombie, z rysami twarzy zniszczonymi przez ta uzywke. Wszystko jest brudne i baaardzo nieciekawe. Na szczescie jutro rano juz wyjezdzamy stad.

25.04

Wystartowaismy o 8.00 rano tutejszego czasu (6 godz. do tylu od czasu pl). Tuz przed Uyuni zatrzymalismy sie w pewnym smutnym miejscu. To to Cmentarzysko Pociagow - miejsce w ktorym pozostawiono ku smierci naturalnej wiele starodawnych pociagow parowych. Stoja one pordzewiale samotnie na pustyni i ukazuja historie tego miejsca.. Niewatpliwie byly to bardzo przygnebiajace miejsce, tym bardziej ze wokol tego miejsca rozposcieralo sie morze smieci...
Naszym celem tego dnia bylo dotarcie na Salar. Po drodze zostawilismy graty w biurze turystycznym w Uyuni. Salar zrobil na nas ogromne wrazenie. Jest to niesamowite miejsce: ogromny obszar, bedacy kiedys wielkim jeziorem, obecnie pokryty wylacznie skrystalizowana sola, ktora siega az po sam horyzont. Wszedzie jest bialo. W niektorych miejscach pracowali mieszkancy pobliskiej wioski.Zakryci szczelnie przed sloncem, ktore operuje tutaj bardzo silnie, usypywali charakterystyczne stozki z soli, ktore potem schly na sloncu. Nastepnie zebrane sluza celom spozywczym. Jednak to nie jedyne przeznaczenie tego mineralu: z soli zmieszanej z cementem sa zbudowane tutaj niektore domy oraz rozne wyroby rzemiosla artystycznego. Spedzilismy tam troche czasu, aby zapamietac to wyjatkowe miejsce. Wybralismy sie takze na godzinny spacer po salarze - bylo niesamowicie, bo z powodu braku punktow odniesienia czulismy sie jak na bezkresnej przestrzeni.
W Uyuni pozegnalismy naszych wspoltowarzyszy i podjelismy decyzje, ze jedziemy tego dnia do La Paz. Uyuni to kolejna wioska posrod niczego. Spalona sloncem i pokryta pylem z pustyni. Tu takze nie asfaltu. Wszystko jest podobne do siebie i w podobnym kolorze. Pojawily sie na ulicach starsze babeczki typowe dla regionu. Maja ciemne twarze, male oczka i szerokie nosy. Nosza dlugie czarne warkocze i meloniki na glowach. Przepasane sa kolorowym szalem w gesto marszczonych spodnicach do kolan. Do tego grube rajsopy i czarne lakierki.
Z La Paz chcemy ruszyc dalej i poszukac kolejnego miejsca w ktorym bedziemy mogli sie zatrzymac i cieszyc wolnym czasem. Napewno bedzie to rejon Titicaca. Zwiedzanie miast nie nalezy do naszych ulubionych zajec, dlatego odpuscilismy Potosi i Sucre - miasta na pld-wsch od Uyuni. Wybor przewoznika jak zwykle napawal nas stresem, ale po wielu konsultacjach w koncu udalo nam sie wykupil bilety na przyzwoity atobus za rozsadna cene. Wazne, ze nie jestesmy jedynymi gringos w autokarze...
A propos przewoznikow i tour-operatorow. Z wyborem tutaj trzeba sie troche powstrzymac. Nie zadko trafia sie na pijanych kierowcow bowiem alkohol pije sie tu o kazdej porze dnia. Zanim wyruszylismy w trase do Uyuni, niejednokrotnie slyszelismy o tym, ze kierowca jeepa nie byl w stanie prowadzic samochodu. Raz nawet uczestnik wyprawy musial prowadzic jeepa sam, bo kierowca byl zbyt pijany. W historii tej trasy rysuje sie rowniez wiele wypadkow. Glowna przeslanka ktory zaprowadzila nas do biura Cordillera Travel bylo to, ze nie odnotowywali zadnych wypadkow i maja kierowcow ktorzy nie pija. Nie przylapalismy naszego kierowcy na piciu, natomiast mozemy ponarzekac troche na jego lenistwo. Nie chcialo mu sie specjalnie zawozic nas w jakies ciekawsze, trudniej dostepne miejsca... Ze wzgledu na nasza podroz z Chile do Boliwii nie dane nam bylo poczuc Swiat Wielkanocy. W San Pedro kwitl przemysl turystyczny. Na ulicach pokazalo sie mnostwo osob, ktore przyjechaly sie polansowac jak to na wakacjach. Potem bylismy juz na pustyni zupelnie odcieci od swiata...
Teraz ciag dalszy naszej wyprawy przez Boliwie. Jedziemy autkarem zwirowa droga (nie ma tu asfaltowych drog), na ktorej powierzchni zrobila sie 'tarka'. Jazda po takiej drodze przypomina troche siedzenie na pralce podczas wirowania: trzesie potwornie! Wyruszylismy z Uyuni o 20.00 a w La Paz mamy byc ok 6.30-7.00. Czasem cos nam pod nosem zalatuje spalenizna, ale mamy nadzieje, ze to nie autobus sie pali... W koncu troche sie nasluchalismy o niesprawnych srodkach transportu...

Dojechalismy szczesliwie do La Paz. Nasze wrazenia opiszemy pewnie wieczorem :)

piątek, 22 kwietnia 2011

Uwaga - oszust; jeszcze jeden dzien w SPdAtacama

22.04

Wszystko zaczelo sie od wczorajszej wizyty w spozywczaku. W trakcie naszych zakupow pojawil sie w nim koles, ktory sprzedal nam wycieczke do Boliwii. Kiedy wyszedl zapytalismy sie profilaktycznie sprzedawczyni (zdarzylismy ja poznac robiac tam czesto zakupy) co mysli o nim i jego firmie. Odpowiedz nie byla pozytywna. Dostalismy wtedy namiar na fime, ktora jest organizatorem, a nie posrednikiem tak jak ta, w ktorej kupilismy bilet. Kiedy poszlismy do ich biura, po raz kolejny uslyszelismy informacje, ze nie mozna przejechac przez Salar na Rybia Wyspe (ktora miesci sie na jego srodku), bo jest za duzo wody i ta trasa jest oficjalnie zamknieta przez rzad w Uyuni. Poszlismy jeszcze potwierdzic ta wiadomosc w punkcie informacji turystycznej i na policji. Jesli to prawda to zostalismy oszukani przy zakupie biletow. Zdecydowalismy sie na biuro Incahuasi tylko dlatego, ze jako jedyna firma jechala na Wyspe. A to okazalo sie niemozliwe!
Kiedy przyszlismy z reklamacja pan z Incahuasi bajerowal kolejne ofiary. Musielismy czekac, a kiedy skonczyl zaczal zamykac biuro i rzucil nam tekst: to do zobaczenia jutro, jak by sie cos mialo dziac bede do Was dzwonil. Zapewnial ze wszystko jest zgodnie z planem.
O nie z nami takie numery! Noga w drzwi i wchodzimy na rozmowe spowrotem do biura. Tam pan postraszony tym, ze sprawdzilismy ta informacje na policji mowi, ze teraz powie nam cala prawde. Okazalo sie, ze w piatek nie pojedziemy, bo nie ma innych chetnych oprocz nas! (Cwaniak chcial nas zbyc wczesniej i zadzwonilby do naszego hotelu o 10 wieczorem, kiedy wszystko byloby juz pozamykane i nie mielibysmy wyboru niz zgodzic sie na nastepny dzien!). Potem przyznal tez, ze nie wiadomo czy da rade pojechac na wyspe i zdradzil, ze z tego samego powodu wlasnie zrezygnowala para Francuzow zapisana na sobote (mielismy byc dolaczeni do nich). Pan zaoferowal nam zwrot kasy, albo duza znizke na wyjazd w sobote razem z 4 innymi ofiarami, ktore wlasnie weszly do biura. Odpowiedzielismy, ze musimy zjesc i wrocimy za godzine z decyzja! Po godzinnej naradzie zabralismy kase (zlapalismy go na tylu klamstwach, ze balismy sie co byloby dalej) i poszlismy poszukac kwatery na nastepna noc. Z tym jest problem, bo wszystko jest pobukowane na Swieta.

Wlasnie wstalismy, jjemy sniadanie i idziemy dalej w poszukiwaniu pokoju na dzisiejsza noc. Musimy tez jeszcze wykupic wycieczke w innym biurze, ktore ma oddzial w Uyuni, wiec jesli cos pojdzie nie tak bedziemy mogli reklamowac na miejscu.
Hehe, czas szybko mija... Mamy juz wykupiona wycieczke w sprawdzonym biurze, wiec jestesmy spokojni. Pokoj tez udalo sie nam znalezc. Znow mamy cudowny ogrod w ktorym pichcimy sobie pelne witamin salatki owocowe i warzywne. Znow nam tak dobrze, ze nie chcemy sie stad ruszac. No nic. Trzeba jednak ruszac dalej w droge bo czas leci. Jutro o 8.00 rano czyli o 13.00 polskiego czasu startujemy z San Pedro de Atacama. Po godzinie przekroczymy granice z Boliwia. Pierwsza noc spedzimy w refugio (tutejsze schronisko) w 6-cio osobowym pokoju. Po drodze obejrzymy kilka magicznych, niewiarygodnych miejsc o ktorych opowiemy Wam jak juz dotrzemy do Uyuni. W Uyuni zas bedziemy juz drugiej nocy. Ponoc bedzie tam wi-fi, ale nigdy nie ma tej pewnosci.
Obecnie wciaz zastanawiamy sie nad dalszym planem. Czy bedzie to La Paz czy moze Sucre. Sucre to dawna stolica Boliwii. Wszyscy zachecaja nas aby odwiedzic to miejsce bo podobno jest wyjatkowo piekne. Mamy tez pare pomyslow na to jak spedzic tam fajnie czas. Druga alternatywa to z La Paz do Soraty choc ten coraz dalej odbiega od rzeczywistych planow...
Odezwiemy sie niebawem!

Kratery, gejzery, doliny i jaskinia

20-21.04

Odkad przyjechalismy do San Pedro de Atacama mamy nareszcie czas i warunki, aby w pelni zregenerowac sie przed dalsza czescia podrozy. Spedzamy blogo i leniwie czas w ogrodzie naszego hostelu. Ogrod ten to jedynie stoly i lawy pod daszkiem, zeby mozna bylo schowac sie przed palacym sloncem. Jest tez kilka drzew, ktore czesto podlewaja, bo woda paruje momentalnie. Tak wiec odpoczywamy sobie w tym ogrodku, ktory mamy czesto caly dla siebie. Gotujemy sobie obiadki i goraca kawe z rana. Zaopatrujemy sie w produkty w pobliskim, o dziwo swietnie zaopatrzonym sklepie, robimy bogate salatki owocowe i warzywne. Nareszcie czujemy sie pelni sil, zdrowi i wypoczeci. Do tego przez dwa pelne dni nie robilismy praktycznie nic. Wczoraj zrobilismy pierwsza wycieczke do Doliny Ksiezycowej. Po poludniu wyjechalismy busem po drodze zwiedzajac jeszcze Jaskinie Solna i nietypowe formacje skalne zwane Tres Marias. Takie ich miejsce kultu. Przy zachodzacym sloncu dotarlismy do slynnej Valle de la Luna, skad moglismy doswiadczyc niezwyklego klimatu tutejszych pustynnych, ciemnobrazowych barw i obejrzec w pelni lancuch wulkanicznych stozkow ktore rozciagaja sie wzdluz horyzontu. Naprawde magiczne miejsce. A wydmy z czarnego piachu, na ktorych porozrzucane sa biale kamienie naprawde robia wrazenie. Mamy piekne zdjecia... Wykupilismy juz tez tour do Salar de Uyuni na jutro. Start o 8.00 rano. Wyprawa potrwa 3 dni. Bedac tu na miejscu zrobilismy duzy rekonesans wsrod agecji oferujacych taka wycieczke. Wiekszosc z nich nie jechala po samym jeziorze na wyspe Fish Island, jednak jeden pan tak. Cala zabawa jest przejechac wlasnie ta trasa. Dlatego mimo jego niepokojacego wygladu a la mafiozo (gruby brzuch, dlugie wlosy i mnostwo tatuazy (reczna robota ;), gadka polityka) zdecydowalismy sie na jego oferte. Zreszta trudno jest wybierac cos ze wszystkich ofert skoro kazda jedna pachnie sciema. Czuc przez skore, ze kazdy jeden tour-operator jest sprytniejszy od drugiego i tak naprawde cokolwiek by nie wybrac i tak wielce prawdopodobne, ze nie bedzie tak jak bylo w umowie. Ale do tego zdarzylismy sie juz toche przyzwyczaic... I nigdy nie ma sie pewnosci, ze inny agent zapewnilby nam cos lepszego. Sprawdzamy na forach, rozmawiamy z ludzmi, ale po trochu liczymy na szczescie.
Dzis mielismy pobudke o 3.45, bo o 4.00 mielismy ruszyc busikiem, aby zobaczyc jak budza sie do zycia gejzery wulkaniczne. Niestety po raz kolejny wiarygodnosc agencji nas zawiodla, bo autobus pojawil sie godzine pozniej. Przez 2,5h wloklismy sie po kamienistej drodze wsrod niewysokich wzniesien. Wszyscy uczestnicy denerwowali sie, ze jest juz za pozno na ladne widoki. Tymczasem dotarlismy na miejsce tuz po wschodzie slonca. Kiedy przyjechalismy widzielismy duzo podobnych autobusow i mnostwo wymarznietych ludzi owinietych kocami. Temperatura o tej godzinie i na tej wysokosci (ok 4350m.n.p.m.) spada znacznie ponizej zera. Zdjec nie dalo sie wtedy robic bo jeszcze bylo za ciemno. Widac nasz kierowca wiedzial co robi przyworzac nas tu o tej porze. W ciagu pol godziny przespacerowalismy sie wsrod buchajacych z ziemi gejzerow. Kiedy doline rozswietlilo slonce wszystko zrobilo jeszcze wieksze wrazenie. Z niektorych malenkich kraterow tryskala wrzaca woda, a w powietrzu unosil sie zapach przypominajacy odor siarkowych zrodel z Besanovej. Tu takze mozna bylo wykapac sie w tutejszym bajorku. Ale nas takie atrakcje czekaja jeszcze jutro w drodze do Uyuni wiec dzisiaj odpuscilismy sobie ta przyjemnosc. Po tym wyjatkowym poranku i mobilnym sniadanku z widokiem na doline gejzerow oraz wycieczka krajoznawcza w poszukiwaniu malych wiskaczy (takich zwierzatek podobnych do krolikow) ruszylismy w strone San Pedro. O ile plany sie nie zmienily, dzis czeka nas ostatni, komfortowy nocleg w hostelu z kolacja przy winie w ogrodzie...

To ostatni wpis na najblizsze 3 dni dlatego zyczymy Wam wszystkim wesolych i radosnych Swiat!

środa, 20 kwietnia 2011

San Pedro de Atacama

18-19.04

Lot Sky Airlines mial troche przerazajacy poczatek, bo dosc leciwy Boeing zaskoczyl nas odpadajacymi elementami wewnetrznego poszycia, ktore zobaczylismy po otwarciu lukow bagazowych nad glowami. Potem wylot sie opoznial, a na poklad wchodzili mechanicy. Najwidoczniej cos nie dzialalo. Przez chwile zastanawialismy sie, czy nie opuscic tego samolotu, poki jeszcze byla taka mozliwosc, ale wkoncu dolecielismy do Calamy bezpiecznie.
I tu szok! Jestesmy po srodku pustyni przy wschodzacym sloncu. Pierwsze skojarzenia to Egipt, tylko tutaj w tle widac osniezone wierzcholki wulkanow, ktorych wysokosc przekracza czasami 6 tys metrow. Wokol az po horyzont ciagnie sie sucha, ciemnobrazowa pustynia. Formacje skalne maja tutaj tak niesamowite ksztalty (duza erozja), ze czujemy sie jak na Ksiezycu. Wszystko to mielismy okazje obserwowac z mikrobusu, ktory zawiozl nas do San Pedro. Z samego poludnia Chile przenieslismy sie na sama polnoc. Cala podroz byla tak meczaca, ze kiedy wreszcie kolo 10 rano znalezlismy optymalna kwatere (koszt/jakosc- po dobrych negocjacjach placimy 1/3 ceny oficjalnej ;) padlismy na lozku i podnieslismy sie dopiero poznym popoludniem! Miasteczko jest cale ulepione z gliny, nie ma asfaltu ani drzew. Domy tworza jadno polaczone pasmo nie wyzsze niz 2,5m, maja drewniane drzwi i okiennice. Dachy czesto pokrywa trzcina albo inne suche galazki. Jest to najbardziej suche miejsce na ziemi, gdzie deszcz pada tylko dwa razy do roku. Na ulicach unosi sie rudy pyl. W ciagu dnia jest bardzo goraco, za to pod wieczor i w cieniu robi sie bardzo chlodno. Wieczorkiem zrobilismy pranie i poszlismy na spacer po wiosce. Ulice jak w calej Ameryce Poludniowej lacza sie pod katem prostym, a pasma domow tworza kwadry (przecznice). Wskazywanie miejsca docelowego brzmi zazwyczaj tak np: trzy kwadry do przodu i dwie i pol kwadry w lewo. Co drugie drzwi to jakas agencja turystyczna albo hostel. Tutaj wyglada to troche jak tak maly pustynny kurorcik. Poki co obcinamy mozliwie wszystkie atrakcje, bo potrzebujemy wypoczac. Za to jestesmy prawie pewni ze pojedziemy terenowka na 3 dniowy tour do Boliwii (Salar de Uyuni), ktory zawiera wlasciwie wszystko. No i zrobimy tez takie klasyki jak gejzery wybuchajace o wschodzie slonca czy Salar de Atacama i Dolina Ksiezycowa! Jestesmy w pustynnej oazie i jest nam tu bardzo dobrze! Dzisiejszy dzien spedzilismy na odpoczywaniu i przegladzie naszego gorskiego wyposazenia. Mamy w planach wspinaczke na jakis 6 tys. wulkan (moze byc aktywny ;), ale to juz w Peru albo Boliwii, bo musimy sie zaaklimatyzowac. Obecnie jestesmy na 2,5 tys metrow, a jeszcze 2 dni temu bylismy na poziomie morza. Gejzery na ktore jedziemy pojutrze polozone sa na wys. 4,2 tys metrow...

niedziela, 17 kwietnia 2011

Cerro Torre i Fitz Roy - treking

16.04

Jak zwykle problem z internetem sprawia, ze dostajecie kilka wiadomosci jednoczesnie, zatem przejrzyjcie poprzednie wpisy, zeby wszystko mialo 'rece i nogi'.
Za nami 3 dni spedzone w El Chalten. Wychodzac 1 dnia w gory wiedzielsmy, ze na przelomie 2 i 3 dnia ma dojsc do zalamania sie pogody i z tego powodu postanowilismy najpierw ruszyc pod Cerro Torre (dla nas najbardziej niesamowita gora ze wszystkich!). Szlismy w pieknym sloncu jesienna dolina powoli wchodzac na wysokosc. Przed soba caly czas mielismy Torre, ktora z kazda chwila robila sie coraz wieksza. Po lewej stronie w dolinie po bardzo stromej scianie schodzil mocno popekany, ogromny lodowiec! Trudno bylo sobie wymarzyc bardziej cudowny krajobraz! Czulismy sie niesamowicie.
Po kilku godzinach marszu doszlismy do Laguna Torre, czyli jeziora lodowcowego polozonego u podnoza gory. Na pobliskim obozowisku (De Agostini) rozbilismy namiot i ruszylismy z lzejszymi plecakami szczytem moreny lodowcowej, zeby znalezc sie jak najblizej tej wspanialej gory! Kiedy znalezlismy dogodne miejsce przyszedl czas na zrobienie kolacji. Byla to kuchnia z widokiem na Cerro Torre, podczas zachodzacego slonca. Granitowa sciana odbijala czerwone barwy. Czulismy, ze spelnia sie nasze kolejne marzenie. Przypominalismy sobie jak w Warszawie czytalismy o tej gorze. A teraz jestesmy u jej stop i mozemy podziwiac ja z bliska. Powoli zaczynalo robic sie ciemno i nadeszla pora, zeby skierowac sie w strone namiotu, bo temperatura spadla juz lekko ponizej zera. Rozgwiezdzone niebo zapowiadalo naprawde zimna noc...
Przed spaniem sprawdzilismy na gps'ie, ze slonce wstaje tutaj o 8.30 rano. Kiedy obudzilismy sie nastepnego dnia o 8.20 pierwsza mysl, ktora przeszla przez nasze glowy, to ze mamy jeszcze 10 minut do wschodu slonca. Momentalnie sie ubralismy, zlapalismy aparat, kamere i w niedokonca zawiazanych butach rozpoczelismy sprint w gore moreny, aby dotrzec na miejsce, z ktorego bedziemy mogli zrobic zdjecia. Oplacilo sie! Purpurowy wiercholek z obu stron otoczony byl chmurkami. Widok nie z tej ziemi! Po 5 minutach spektakl sie skonczyl, a my wrocilismy robic sniadanie. Zapowiadal sie kolejny cudowny dzien (choc te chmurki wokol wiezy byly lekko niepokojace). Poranek byl tak cieply i sloneczny, ze postanowilismy wogole nie spieszyc sie z wyjsciem do bazy pod Fitz Royem (kolejna bardzo ciekawa gora). Podczas pakowania gratow napawalismy nasze oczy widokiem na Cerro Tore w otoczeniu jesiennych kolorow. Dla nas to byla nagroda za trudy trekkingu w parku Torres del Paine sprzed kilku dni. W koncu tym razem wszystko od poczatku ukladalo sie pieknie i nawet nie bylo wiatru ;-)
Kiedy wychodzilismy kolo 13 caly wierzcholek byl juz w chmurach, ktorych gruba warstwa przelewala sie z zachodu na wschod ponad pasmem gorskim. Nie zapowiadalo to dobrych widokow na Fitz Roya... Po kilku godzinach trekingu przy coraz gorszej pogodzie znalezlismy sie przy wysokogorskich jeziorach. Tam majac lepszy widok, po wyjsciu z lasu zobaczylismy jak bardzo zmienila sie pogoda. Oczekiwane zalamanie warunkow atmosferycznych przyszlo wczesniej niz sie spodziewalismy. Kiedy dochodzilismy do naszego kolejnego obozowiska (Poicenot) powoli sie sciemnialo, a nad gorami wisiala ogromna ciemna czapa chmur, z ktorej zaczal padac snieg. Od kilku godzin towarzyszyl nam tez bardzo mocny i zimny wicher. Spojrzelismy po sobie i szybko (choc nie bylo to latwe) zdecydowalismy sie zawrocic i zejsc do miasta. Wiedzielismy, ze jutro i tak nic juz nie zobaczymy, a czekalaby nas bardzo ciezka noc pod namiotem. Decyzja o tak poznym zejsciu oznaczala marsz w ciemnym lesie przy swietle latarek. Na szczescie droga byla dosc latwa i szybko znalezlismy sie w rewelacyjnej restauracji (el Muro) nad talerzem z pieknie pachnaca poledwica wolowa z grilla (oczywiscie krwista ;)! Do tego dostalismy dwie ogromne salatki. Tak naprawde to od poczatku wyjazdu zadko mamy okazje zjesc cos zdrowego, wiec taka uczta byla jak balsam dla naszych organizmow... Ostatnie trekingi obfitowaly w mega ilosci czekolady, batonikow i krakersow. Pozatym jedyne jedzenie jakie jadamy to empanady czyli pierogi z kruchego ciasta nadziewane miesnym farszem. Do tego cola i kawa, kawa, kawa i czerwone wino ktore tutaj kosztuje 1/3 naszych cen sklepowych... Tym razem dobrze zjedlismy, popilismy i z radoscia wrocilismy do cieplego hosteliku. Bog nad nami czuwal i zawrocil nas we wlasciwym momencie. Pogoda pozniej byla juz bardzo brzydka i juz wiecej nie zobaczylismy zadnej z tych gor...

Witamy w El Chalten

14.04

Hej! Wlasnie ruszamy na krotki treking. Dzis bedziemy spac pod Cerro Torre, jutro pod Fitz Royem. Mamy cudowna pogode! Swiecie piekne slonce i na niebie nie ma ani jednej chmurki! Juz z samej wioski widac gory. Temperatura jest ok 5C ale dzieki sloncu wydaje sie byc znacznie cieplej. Najwazniejsze, ze nie ma wiatru... El Chalten to taka malenka miescina, ktora zostala zalzona jedynie na potrzeby turystyki. Jest dosc drogo mimo, ze jest koniec sezonu i wiekszosc mieszkancow pozamykala juz swoje hostele i wyniosla sie gdzies do wiekszych miast. Przez to w pozostalych - czynnych jeszcze schroniskach jest mnostwo ludzi i wszyscy siedza sobie na glowach w living roomach. Spanie dostepne jest jedynie w wieloosobowych dormitoriach ze wspolna lazienka. Miasto kiedy przyjechalismy wczoraj (ok 22.00) bylo kompletnie wymarle, wiec moglismy szukac wolnych miejsc do spania chodzac po samym srodku wielkiej avenidy (ulicy). W wiekszosci domow bylo juz ciemno. Udalo nam sie znalezc jakis dwuosobowy, skromny pokoik w przydroznym, bardzo mizernie wygladajacycm hostelu. Pewnie ze wzgledu na swoj wyglad i psy szczekajace przed wejsciem odstraszyl innych gosci, jednak z korzyscia dla nas. O tym jak bylo na trekkingu napiszemy juz w autokarze w drodze do El Calafate czyli 16 kwietnia wieczorem. Bedziemy mieli wtedy troche wiecej czasu. Na miejsce dojedziemy ok 21.30 i jak znajdziemy spanie z wi-fi to wrzucimy opis na bloga. Dzis z samego rana tez udalo nam sie kupic bilety na samolot do Santiago de Chile. Ogolnie wyszlo, ze przed nami teraz troche wiecej przemieszczania sie. A wiec sprawa wyglada tak: 16.04 wieczorem jedziemy do El Calafate. Stamtad rano 17.04 jedziemy do Puerto Natales skad znowu tego samego dnia popoludniu ruszymy do Punta Arenas. Prosto z dworca pojedziemy na lotnisko skad o 23.10 mamy samolot do Santiago de Chile. Tam wyladujemy o 2.40 nastepnego dnia i jak wszystko dobrze pojdzie to ok 9.00 wsiadziemy w 24 godzinna podroz autokarem do San Pedro de Atacama.
A wiec do uslyszenia za jakis czas! Ciao amigos!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Ania i Piotr vs Natura, czyli treking w Parku Torres del Paine!

12.04

Dlugo by opowiadac co wydarzylo sie przez ostatnie kilkanascie dni... Odkad policzylismy, ze wcale nie mamy tak duzo czasu (a ten plynie nam dosc szybko), wszystko dzieje sie w przyspieszonym tempie i ledwo znajdujemy chwile, aby cos napisac. Podczas naszej wedrowki w ostatnich dniach nie bylo szansy aby polaczyc sie z intenetem, ani nawet podladowac telefon, dlatego teraz w skrocie opowiemy Wam co wydarzylo sie w tym okresie. Zaczelismy pisac odrazu (11 kwietnia), gdy wsiedlismy w autobus powrotny do Puerto Natales, z ktorego wyjechalismy 2 kwietnia:

Wlasnie skonczylismy trekking w parku Torres del Paine i siedzimy w autobusie czekajac na powrot do Puerto Natales. To byla przygoda 'przez duze p'! Przez 11 dni przeszlismy ponad 130 km, walczylismy z huraganowymi wiatrami, przedzieralismy sie przez bagna, przeprawialismy sie przez rzeki i zdarzalo sie ze brnelismy w sniegu po pas. Wszystko to przez wiekszosc czasu w padajacym ulewnie deszczu i dosc niskich temperaturach (2-12 C)
Wrocmy do poczatku: 2 kwietnia w deszczowy poranek nasz busik dowiozl nas i 3 inne pary do bramy parku. Straznik, ktory odbieral papiery rejestrujace nasz pobyt, na wstepie powiedzial, ze wszystkie szlaki sa otwarte oprocz petli (przelecz zasypana sniegiem!). Pozostali zaczeli robic sobie zarty, ze nie beda mogli zrobic petli, nam natomiast wcale nie bylo do smiechu, bo nasz plan zakladal wlasnie przejscie ta trasa...
O nie! Tak latwo sie nie poddamy tym razem! Powiedzielismy straznikowi, ze jestesmy przygotowani na takie warunki i chcemy isc petla. Straznik probowal jeszcze wybic nam to z glowy mowiac o lawinach (choc z dolu wygladalo to calkiem przyzwoicie) itp jednak widzac nasz upor wyciagnal w koncu dokument, ktory musielismy podpisac przed wyruszeniem na szlak. Bylo to oswiadczenie, ze wiemy co robimy, a takze zwolnienie Conafu (cos jak nasz Gopr) z obowiazku przeprowadzenia akcji ratunkowej w razie wypadku. (Kochani rodzice - jak bedziecie to czytac, pamietajcie ze nie zrobilibysmy niczego glupiego: jesli okazaloby sie ze warunki sa za trudne, zakladalismy powrot ta samo droga, ktora przyszlismy!). Na koniec kiedy juz wszyscy wyszli straznik powiedzial, ze musial tak zrobic, zeby inni nie poszli w nasze slady i dodal, ze beda nas szukac jak cos sie stanie...
No i poszlismy! Pierwszego dnia zrobilismy 20km, glownie po plaskim terenie. Jedynym utrudnieniem byly przeprawy przez strumienie - czasami chodzilismy w gore i w dol szukajac dogodnego przejscia. Plecaki ciazyly, bo mimo zabrania tylko niezbednego minimum, mielismy ze soba jedzenie na 7-8 dni. Po drodze moglismy nacieszyc oczy towarzystwem latajacych nad naszymi glowami - kondorami. Widzielismy takze tutejsze zwierzatka jak Guanaco oraz... - skunksy :-) Wreszcie przy zachodzacym sloncu znalezlismy sie na pierwszym obozowisku - Seron. W nocy mocno wialo w naszym namiocie... Ale to dopiero poczatek znajmosci z tutejszym wiatrem (mielismy nadzieje ze bedzie lepiej niz na trekingu w Ushuaii).
Nastepnego dnia po przepieknym wschodzie slonca Ania gotowala sniadanie w opuszczonej szopie, a ja poszedlem po wode do strumienia. Kiedy bylem juz jakies 20 metrow od szopy - zamarlem! W nieduzej odleglosci od wejscia w nieswiadoma niczego Anulke wpatrywala sie przyczajona puma! Kurde, mialo tu nie byc zadnych duzych drapieznikow! Zdarzylem tylko krzyknac: 'zamykaj szybko drzwi!' i siegnac po kamere, lecz niestety kociak uciekl. Puma byla strasznie wychudzona, ale i tak robila niesamowite wrazenie...
Drugi dzien to troche podejscia (ok 400m) w poblizu turkusowego jeziora Paine. Straznik ostrzegal nas przed bardzo silnym i zimnym wiatrem schodzacym z lodowca w tym miejscu. Jego slowa sie sprawdzily - wiatr byl tak silny, ze jego podmuch potrafil przesunac czlowieka o kilka metrow (kiedy czytalem o tym w Polsce nie chcialo mi sie wierzyc, ze moze tak byc...). W koncu po blisko 19 km doszlismy do jeziora Dickson gdzie spedzilismy noc w poblizu schroniska. Z powodu zamknietego szlaku bylismy jednymi z niewielu ludzi w tej okolicy. W nocy rozpetalo sie pieklo: huraganowe podmuchy nie dawaly nam spac - huk i ryk budzily nas co kilka chwil. Jak sie pozniej okazalo to nie byla pierwsza taka noc... Za to poranek zapieral dech w piersiach. Niebo bylo jak wymalowane pastelami, blekit przeplatal sie z czerwienia. Na horyzoncie dostrzec mozna juz bylo pierwsze lodowce i osniezone szczyty. Niestety pozniej pogoda sie pogorszyla.
Trzeciego dnia w strugach deszczu ruszylismy w strone obozowiska Los Perros, ktore mialo byc naszym ostatnim noclegiem przed przejsciem przeleczy. Wiejacy wiatr byl dosc cieply i rozpuscil dosc duzo sniegu na okolicznych szczytach (moze nam sie uda pokonac ta przelecz?). Niestety oznaczalo to tez przeprawe przez bagna w gorskim lesie. Czasami wpadalismy ponad kostke w rozmyte torfowiska. Widoki zaczely byc coraz bardziej wysokogorskie: osniezone szczyty, lodowce coraz blizej nas. Lekko przemoknieci zjedlismy kolacje (zupki chinskie) i poszlismy spac.
Nastepnego dnia pobudka dosc wczesnie i ruszamy pod gore. Znow towarzyszy nam bagno. Potem po wyjsciu nad poziom lasu zaczynamy sie przedzierac przez laty sniegu. Ze wzgledu na wciaz padajacy deszcz jest ciezko - raz po raz zapadamy sie po pas. Trzeba wlozyc duzo sily, zeby spowrotem sie podzwignac. Przed nami widac juz przelecz. Technicznie to bardzo latwe przejscie, ale ta pogoda... Deszcz przybiera na sile i podobnie ma sie rzecz z wiatrem. Pod sniegiem plyna strumienie, ktorych nie widzimy, ale czujemy po tym jak nalewa nam sie woda do butow. Deszcz zacina tak mocno, ze struzki wody plyna nam po nogach. Mamy spodnie przeciw deszczowe, ale w tej sytuacji nie ma sensu juz ich zakladac. Ulewa zmoczyla nas tak szybko ze bylo juz za pozno, a wczesniej od ciepla ciala spodnie schly momentalnie. Ostatnie 100 metrow podejscia to dodatkowo zmaganie sie z niesamowicie silnym wiatrem. Idziemy mocno pochyleni ale i tak rzuca nami na wszystkie strony (mamy video ;). Widocznosc prawie zadna. Ogromny lodowiec Grey wyglada jak wzburzone morze w czasie sztormu. Droge w dol, do granicy drzew praktycznie biegniemy. Wszystko mamy mokre, woda chlupocze w butach. Jest przerazliwie zimno! Do obozowiska musimy jednak przejsc jeszcze ponad godzine, ktora strasznie sie nam dluzy. Droga biegnie zakosami przez blotnisty las, musimy tu szczegolnie uwazac, bo jest dosc slisko. To byla szkola charakteru...
Znajdujemy wiate i mimo ogolnego zakazu Piotr rozpala ognisko w znalezionym duzym garnku (dobrze ze mamy kuchenke na benzyne - ta ulatwia rozpalenie mokrego drewna ;) W koncu jest to - emergency. Do zachodu slonca suszymy tam mokre buty i ubrania... To wlasnie w takich chwilach czlowiek czuje ze zyje! Fakt, ze to co sie przezylo jest juz za nami przynosi ogromna satysfakcje i poczucie spelnienia niepodobne do zadnego uczucia, ktore doswiadczamy prowadzac normalne, spokojne zycie we wlasnym kraju... Po tej chwili pelnej przemyslen, szybko stawiamy czola kolejnym wyzwaniom, rozbijamy namiot i idziemy spac. W nocy znowu huragan...
Podbudowani faktem zdobycia przeleczy rozpoczynamy kolejny dzien. Buty nie wyschly, wiec na suche skarpetki zakladamy foliowe torby i w droge! Pogoda sie poprawila, zaczelo przeblyskiwac slonce. Wreszcie moglismy zachwycic sie lodowcem Grey! Jest olbrzymi! Co jakis czas obrywaja sie z niego ogromne kawalki lodu (wielkosci duzego domu) i wiatr znosi je na drugi brzeg jeziora. Po srodku lodowca sa dwa nunataki. Kiedy pojawila sie tecza stawalismy raz po raz, zeby nacieszyc nasze oczy tym wspanialym widokiem. Z tej strony przeleczy pogoda juz znacznie sie poprawila. Czesciej zza chmur wylanialo sie slonce i bylo znacznie cieplej. Pod wieczor doszlismy do schroniska Grey (refugio). Tam zafundowalismy sobie pierwszy prysznic od 5 dni i wyborna kolacje (trzy dania+wino) przed pojsciem spac w namiocie. Poczulismy wtedy ze najgorsze juz za nami.
Kolejny dzien uplynal nam na trekingu wzdluz jeziora Grey. Dobrze nam sie szlo i postanowilismy pociagnac dalej niz pierwotnie planowalismy. Juz po zachodzie slonca dotarlismy do obozowiska Italiano u wejscia do Doliny Francuzow. Pod koniec mielismy niesamowity widok na lodowiec Frances. Po pieknym dniu mielismy nadzieje na podobna noc. Plany popsul nam... wiatr. A raczej mega wicher. Kolejna nieprzespana noc. Korony drzew prawie kladly sie na ziemi przy najmocniejszych uderzeniach. Jak zwykle wszystkie sledzie i odciagi namiotu pozabezpieczlismy wielkimi kamieniami... Heh, ogolnie to weszlo nam juz w nawyk, ze kiedy kladziemy cos na ziemi, to przyciskamy to kamieniem, zeby nie odlecialo ;) mimo to pozegnalismy kilka drobiazgow na zawsze ;)
Slaby sen i duze zmeczenie nie pozwolily nam na dlugi marsz nastepnego dnia. Wicher w dalszym ciagu sie utrzymywal, co znacznie utrudnialo nam treking. Kiedy szlak prowadzil brzegiem jeziora wiatr rozpedzal sie nad jego tafla tak, ze podrywal ogromne ilosci wody. W swiecacym sloncu tworzyly sie cudowne tecze. Dla nas oznaczalo to walke o utrzymanie kierunku marszu. Wiatr byl na tyle silny, ze przy jednym z podmuchow zlamal sie kij trekingowy Ani, gdy probowala utrzymac sie w pionie. Wedrowka tym trudnym odcinkiem stala sie juz zbyt meczaca. Musielismy zmienic plany i tego dnia skonczylismy wczesniej i postanowilismy pierwszy raz przenocowac w schronisku zamiast pod namiotem. Okazalo sie to dobrym pomyslem, bo w nocy schronisko trzeszczalo pod naporem wichury i do tego lalo jak z cebra. Pole namiotowe (polozone malowniczo na brzegu jeziora) nastepnego poranka bylo obrazem nedzy i rozpaczy: polamane namioty i ludzie suszacy swoje rzeczy. Dziewiatego dnia ruszylismy w strone hotelu Las Torres. Rano wiatr byl juz znacznie mniejszy, jednak na tyle silny, ze kiedy przekraczalismy szeroki i dosc rwacy potok, zdmuchnal Anule z kamienia (mimo podpierania sie kijami) prosto do wody - po kolana. Inni ludzie bali sie przejsc i siedzieli na brzegu czekajac z nadzieja, ze moze sie cos zmieni. Poniewaz poprawila sie pogoda, postanowilismy powylegiwac sie na sloncu i wysuszyc buty. To bylo cos cudownego... Dawno nie czulismy chwili wytchnienia... Po dwoch godzinach slonca i wiatru wszystko bylo juz suche i moglismy ruszyc na dol. Po dojsciu na kemping okazalo sie, ze schronisko jest juz zamkniete (jest po sezonie i dzialaja tylko 2 w calym parku), co oznaczalo dla nas tyle, ze nie mamy gdzie zakupic prowiant na ostatni odcinek trekingu - do punktu widokowego pod same wieze (Torres del Paine). Dodatkowo znowu zaczal podac deszcz, co calkiem popsulo nam humory. Nie bylo widac wogole gor i kladlismy sie spac z mysla, ze moze juz pora wracac do Puerto Natales i odpuscic sobie ten ostatni odcinek (ktory nota bene jest wizytowka parku - najczesciej odwiedzana przez turystow). Bilismy sie z myslami...
Poranek nie przyniosl poprawy pogody. Wszystko mielismy wilgotne, bylismy bez jedzenia, a na niebie wisiala jedna wielka szara chmura. Nie poddalismy sie na poczatku, nie poddamy sie i teraz! Spakowalismy namiot i ruszylismy do hotelu, a tam prosto do kuchni (hotel jest bardzo luksusowy i moglibysmy w recepcji kupic nedzne lunch boxy (jablko+bulka) za 140 pln za sztuke). W kuchni blagalnym tonem oznajmilismy, ze jestesmy od 10 dni w gorach i skonczylo nam sie jedzenie i bardzo chcielibysmy kupic stary chleb albo jakies resztki makaronu, czy cos podobnego ;). Pani kucharka jak dobra wrozka pozwolila nam zjesc sniadanie w restauracji hotelowej z duza znizka (jedlismy juz po zamknieciu razem z obsluga) a potem zalatwila nam wielki bochen chleba i ciastka czekoladowe. Z pelnymi brzuchami ruszylismy pod gore na ostatnia czesc naszego trekingu. Po kilkuset metrach podejscia i kilku przeprawach przez strumienie znalezlismy sie w obozowisku Torres. Caly dzien lalo, ale mimo to Dolina ta okazala sie jedna z najpiekniejszych i gdybysmy odpuscili wejscie tutaj, bylaby to najwieksza szkoda... Patagonska jesien jest wspaniala... Szybko rozbilismy namiot, zabralismy aparat i ruszylismy dalej w gore do punktu widokowego, ktory miesci sie pod samymi szczytami (w dole ladne jeziorko lodowcowe). Tam grubo ubrani czekalismy, az wiatr przegoni chmury na tyle zeby zobaczyc wszystkie 3 wieze i zrobic im zdjecia. Udalo sie! Choc nie jest to zdjecie z pocztowki (malo swiatla). Juz po ciemku wrocilismy do namiotu. Wciaz padalo, wiec pospiesznie zrobilismy kolacje i wskoczylismy do spiworow. Noc byla koszmarna. Bylo wyjatkowo zimno, wilgotno a potem wietrznie. Pol nocy kapalo nam z drzewa na namiot co doprowadzalo nas do szewskiej pasji... Ale w glowach wedrowala mysl: to ostatnia noc.., to ostatnia noc...
Obudzilismy sie jeszcze jak bylo ciemno,aby szybko sie spakowac i zdarzyc na autobus do Puerto Natales. To miasto jawilo nam sie wtedy jako raj, w ktorym wypoczniemy wolni od meczacych wiatrow i nieznosnych deszczow. Bylismy bardzo wytesknieni wygody, wiec mielismy motywacje aby wszystko szybko ogarnac. Udalo nam sie to blyskawicznie, a potem pospiesznym krokiem ruszylismy w kierunku wybawczego autobusu...
Tak minal nam ten pelen wrazen czas spedzony w parku Torres del Paine. Czas ktory wzmocnil nasza psychike i przypomnial, ze nie nalezy sie zbytnio roztkliwiac nad soba... Trudne warunki ucza pokory, a to byla najlepsza szkola.
Spedzilismy juz jedna noc w P.Natales, popralismy brudne ubrania. Jutro czeka nas droga autobusem do El Chalten, skad planujemy ruszyc na kolejny 3 dniowy trek w poblizu Cerro Torre i Fitz Roy. Tym razem jednak ograniczymy sie jedynie do tras widokowych ;-) co zajmie nam okolo 3 dni.

Torres del Paine

2.04

Wczoraj o 20.30 przyjechalismy do Puerto Natales. Szybko znalezlismy spanie i pobieglismy do sklepu po prowiant na trekking.
Teraz jest 6.20 rano i za godzine wsiadamy w autobus, ktory nas zawiezie do parku narodowego (2,5h).
Zamierzamy przejsc cala petle wokol 'wiez' o odwiedzic 2 punkty widokowe - w sumie to troche ponad 110km trekkingu. Zajmie nam to okolo 8-10 dni i w tym czasie nie bedzie z nami zadnego kontaktu. Bedziemy wysylali wiadomosci ze SPOTA, jesli bedzie to mozliwe.
Idziemy na lekko (wszystkie zbedne rzeczy zostawiamy w hostelu Mirador w Puerto Natales).
Szkoda tylko, ze od rana pada deszcz...

piątek, 1 kwietnia 2011

Powrot do cywilizacji

29.03

Dzisiejsza noc troche przypominala wczorajsza. Wialo o polowe slabiej i tylko do 3 nad ranem. Spalismy bardzo dobrze - po raz kolejny wychwalalismy nasze spiwory, w ktorych musimy sie rozbierac bo jest nam za cieplo.
Pobudka o godzinie 8 z minutami (po 11h snu :) i postanawiamy zjesc sniadanie. Rzut oka na niebo i sprawa staje sie jasna - zanosi sie na deszcz. Jedzac zwijamy namiot i pakujemy plecaki. Juz wtedy zaczelo lekko siapic. Kiedy skonczylismy deszcz lal juz calkiem mocno. Rozpoczelismy zejscie na dol. Po ok. 2h przeprawy przez blotnisty szlak znalezlismy sie w dolinie. Tam, przetarlo sie niebo i przestalo padac. Znalezlismy sie nad urocza rzeczka, przy ktorej w promieniach slonca rozkoszowalismy sie widokami kolejne poltorej godzinki. Wcale nie chcial nam sie wracac do miasta...
Droga powrotna do Ushuaii wiedzie przez las, w ktorym jest mnostwo dzikich psow.Poprosilismy tubylca o podwozke i dotarlismy bezpiecznie do hostelu. Po gruntownym umyciu (heh, w ostatnim czasie z powodu przenikliwego zimna nie zdejmowalismy nawet czapek z glow przez ponad dobe) popedzilismy w poszukiwaniu restauracji, w ktorej serwuja owoce morza (celem byl krab krolewski ;), co mialo byc nasza nagroda za pierwszy udany treking.

Ehh ten kalendarz...

Bedzie krotko:
przeliczylismy sie z czasem do wylotu na Galapagos (26 maj) i znaczaco zmieniamy plan: jutro o 5 rano jedziemy 15h autobusem do Puerto Natales. Zostajemy tam na 1 noc i nastepnego dnia rano ruszamy na ok. 10 dniowy trekking w Parku Torres del Paine. Potem przedostajemy sie do El Chalten i spedzamy ok 5 dni w obrebie szczytu Fitz Roy. Potem jak najszybciej do San Diago de Chile i prawdopodobnie na Atacame, potem moze Salta (rafting/motocykle?) w Argentynie, Salar Uyuni w Boliwii, La Paz, jezioro Titicaca, moze kanion Colca (Peru), Machu Pichu, jakis trek (szlak Inca?), Huarascan (jakis trek/wspianaczka z przewodnikem?), Ekwador (trek), park Mindo?
Plan bedzie mocno napiety, zobaczymy co z tego uda sie zrealizowac.
Kurcze, poczucie ze mamy 3 mce na Am Pld okazalo sie zludne. Tutaj 6 miesiecy pewnie okazalby sie zbyt krotkm czasem.
Od jutra przyspieszamy ;)
Dobranoc - mamy 5h snu!