Witajcie Kochani! Jestesmy juz po pierwszym dniu drogi do Uyuni. Wystartowalismy wczesnie rano. Na granicy z Boliwia dostalismy prowizoryczne sniadanko. Byly to zwykle biale buly z serem zoltym i tlustym miesem. Nie pogardzil tym jednak malenki rudy lisek, ktory po cichu skradal sie do stolu z jedzeniem. Potem przez kolejne 6 godzin jechalismy przez wyzyne pokryta kamieniami i zwirem. Po drodze zatrzymalismy sie w kilku punktach, aby obejrzec tutejsze kolorowe laguny (jeziora). Pierwsza z nich nazywala sie Laguna Blanca, miala prawie bialy kolor, w ktorym odbijaly sie delikatnie osniezone pagorki. Nastepna, polozona nieznacznie dalej miala kolor turkusowy i nazywala sie Laguna Verde. Na jej tylach wznosil sie Vulcan Likankabur. Wokol tego jeziora rozposcierala sie biala, kamienista plaza. Najwieksze wrazenie zrobil na nas krater, z ktorego bulgotalo gorace bloto. Nastepne miejsce to taka atrakcja turystyczna, troche zrobiona na sile: maly, okragly basenik do ktorego doprowadzone bylo rura gorace zrodelko. To takie tutejsze wody termalne; w sumie bez rewelacji. Przy naszych ukochanych zrodlach w Besanovej, nie chcialo nam sie nawet wkladac tam reki... Po godzinie dotarlismy do refugio, w ktorym dostalismy spanie w 6-cio osobowym pomieszczeniu, poniewaz razem z nami jedzie jeszcze trojka Anglikow i jedna Kanadyjka. Szybki lunch i ostatnia atrakcja tego dnia - Laguna Colorada - miejsce w ktorym skupiaja sie setki rozowych flamingow. Jezioro ma niezwykly kolor - jest czerwone z powodu alg, ktore tam rosna. Udalo nam sie zobaczyc flamingi, choc nie jest to najlepszy okres na ich obserwacje. Tym bardziej, ze dzis niebo przykryly chmury, wiec barwy nie byly tak klarowne jak to ma miejsce podczas slonecznego dnia. Wieczorem rozwinelismy nasze spiworki i poszlismy spac.
24.04
Noc byla koszmarna poniewaz z San Pedro (2450 m.n.p.m.) wznieslismy sie az na 4300 m.n.p.m. Jest to dosc drastyczna zmiana wysokosci, z ktora organizm nie daje sobie latwo rady. Serce bilo nam jak po kilku mocnych espresso. Wcale nie chcialo nam sie spac, a dodatkowo ciezko sie oddychalo i bardzo bolaly nas glowy. Jednak to nie my czulismy sie tej nocy najgorzej. Caly czas slyszelismy jak jeden z naszych wspollokatorow sapie ledwo nabierajac tchu. Czul sie bardzo zle i byl zaskoczony, ze zmiana wysokosci moze spowodowac takie samopoczucie. Dalismy mu tabletke diuramidu i poczul sie z czasem lepiej.
Tymczasem Ania rano takze obudzila sie z bolem glowy i lekkimi mdlosciami. Potem Piotr dolaczyl z bolem miesni i gardla...
Nasz stan nie pozwolil nam sie wpelni cieszyc atrakcjami tego dnia. Nalezaly do nich kolejne 4 laguny, a takze pustynia na ktorej znajdowaly sie niesamowite pojedyncze formacje skalne, bedace pozostalosciami tutejszych gor osadowych. Jedna z nich nazywala sie skala Salvadora Dali (cale miejsce ma taka nazwe), bo wygladala jak 'wyjeta' z obrazu tego malarza.
Po poludniu dojechalismy do naszego drugiego noclegu. Mala wies o nazwie Culpina K sprawia bardzo przygnebiajace wrazenie. Zalozona prawdopodobnie z powodu bliskosci kopalni siarki, przypomina nam inne, podobne, upadle osrodki gornicze, ktore widzielismy na dalekiej polnocy Rosji. Widzielismy jak 6-8 letnie dzieci chcialy kupic alkohol w tutejszym sklepie. Mieszkancy przypominaja troche zombie, z rysami twarzy zniszczonymi przez ta uzywke. Wszystko jest brudne i baaardzo nieciekawe. Na szczescie jutro rano juz wyjezdzamy stad.
25.04
Wystartowaismy o 8.00 rano tutejszego czasu (6 godz. do tylu od czasu pl). Tuz przed Uyuni zatrzymalismy sie w pewnym smutnym miejscu. To to Cmentarzysko Pociagow - miejsce w ktorym pozostawiono ku smierci naturalnej wiele starodawnych pociagow parowych. Stoja one pordzewiale samotnie na pustyni i ukazuja historie tego miejsca.. Niewatpliwie byly to bardzo przygnebiajace miejsce, tym bardziej ze wokol tego miejsca rozposcieralo sie morze smieci...
Naszym celem tego dnia bylo dotarcie na Salar. Po drodze zostawilismy graty w biurze turystycznym w Uyuni. Salar zrobil na nas ogromne wrazenie. Jest to niesamowite miejsce: ogromny obszar, bedacy kiedys wielkim jeziorem, obecnie pokryty wylacznie skrystalizowana sola, ktora siega az po sam horyzont. Wszedzie jest bialo. W niektorych miejscach pracowali mieszkancy pobliskiej wioski.Zakryci szczelnie przed sloncem, ktore operuje tutaj bardzo silnie, usypywali charakterystyczne stozki z soli, ktore potem schly na sloncu. Nastepnie zebrane sluza celom spozywczym. Jednak to nie jedyne przeznaczenie tego mineralu: z soli zmieszanej z cementem sa zbudowane tutaj niektore domy oraz rozne wyroby rzemiosla artystycznego. Spedzilismy tam troche czasu, aby zapamietac to wyjatkowe miejsce. Wybralismy sie takze na godzinny spacer po salarze - bylo niesamowicie, bo z powodu braku punktow odniesienia czulismy sie jak na bezkresnej przestrzeni.
W Uyuni pozegnalismy naszych wspoltowarzyszy i podjelismy decyzje, ze jedziemy tego dnia do La Paz. Uyuni to kolejna wioska posrod niczego. Spalona sloncem i pokryta pylem z pustyni. Tu takze nie asfaltu. Wszystko jest podobne do siebie i w podobnym kolorze. Pojawily sie na ulicach starsze babeczki typowe dla regionu. Maja ciemne twarze, male oczka i szerokie nosy. Nosza dlugie czarne warkocze i meloniki na glowach. Przepasane sa kolorowym szalem w gesto marszczonych spodnicach do kolan. Do tego grube rajsopy i czarne lakierki.
Z La Paz chcemy ruszyc dalej i poszukac kolejnego miejsca w ktorym bedziemy mogli sie zatrzymac i cieszyc wolnym czasem. Napewno bedzie to rejon Titicaca. Zwiedzanie miast nie nalezy do naszych ulubionych zajec, dlatego odpuscilismy Potosi i Sucre - miasta na pld-wsch od Uyuni. Wybor przewoznika jak zwykle napawal nas stresem, ale po wielu konsultacjach w koncu udalo nam sie wykupil bilety na przyzwoity atobus za rozsadna cene. Wazne, ze nie jestesmy jedynymi gringos w autokarze...
A propos przewoznikow i tour-operatorow. Z wyborem tutaj trzeba sie troche powstrzymac. Nie zadko trafia sie na pijanych kierowcow bowiem alkohol pije sie tu o kazdej porze dnia. Zanim wyruszylismy w trase do Uyuni, niejednokrotnie slyszelismy o tym, ze kierowca jeepa nie byl w stanie prowadzic samochodu. Raz nawet uczestnik wyprawy musial prowadzic jeepa sam, bo kierowca byl zbyt pijany. W historii tej trasy rysuje sie rowniez wiele wypadkow. Glowna przeslanka ktory zaprowadzila nas do biura Cordillera Travel bylo to, ze nie odnotowywali zadnych wypadkow i maja kierowcow ktorzy nie pija. Nie przylapalismy naszego kierowcy na piciu, natomiast mozemy ponarzekac troche na jego lenistwo. Nie chcialo mu sie specjalnie zawozic nas w jakies ciekawsze, trudniej dostepne miejsca... Ze wzgledu na nasza podroz z Chile do Boliwii nie dane nam bylo poczuc Swiat Wielkanocy. W San Pedro kwitl przemysl turystyczny. Na ulicach pokazalo sie mnostwo osob, ktore przyjechaly sie polansowac jak to na wakacjach. Potem bylismy juz na pustyni zupelnie odcieci od swiata...
Teraz ciag dalszy naszej wyprawy przez Boliwie. Jedziemy autkarem zwirowa droga (nie ma tu asfaltowych drog), na ktorej powierzchni zrobila sie 'tarka'. Jazda po takiej drodze przypomina troche siedzenie na pralce podczas wirowania: trzesie potwornie! Wyruszylismy z Uyuni o 20.00 a w La Paz mamy byc ok 6.30-7.00. Czasem cos nam pod nosem zalatuje spalenizna, ale mamy nadzieje, ze to nie autobus sie pali... W koncu troche sie nasluchalismy o niesprawnych srodkach transportu...
Dojechalismy szczesliwie do La Paz. Nasze wrazenia opiszemy pewnie wieczorem :)









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz