Z ulga na sercu przenieslismy swoje graty do naszego nowego 'apartmani'. Zaczelismy dzien bardzo aktywnie, bo juz chwile po przebudzeniu udalismy sie na tzw 'wycieczke biegowa'. Podreptalismy wzdluz wybrzeza az do rezerwatu zolwi. Tam, tuz za ogrodzeniem moglismy przebiec sie miedzy legowiskami slynnych zolwi olbrzymich oraz legwanow. Byla 7.00 rano wiec oprocz nas byla tam jedynie garstka innych turystow.
Kolo poludnia zjedlismy ogromna salatke z soczystych owocow, wypilismy po kawce i ruszylismy na plaze, ktora wyglada jak z raju: piaszczysta, oddzielona od turkusowego morza czarnymi, wulkanicznymi skalami. Na wodzie bujaja sie nieskazitelnie czyste, biale, luksusowe jachty i tzw cruisery. Niebo, rownie blekitne, po ktorym szybuja ogromne ptaszyska. Piotr odrazu sie wykapal w tej cieplutkiej wodzie i wiemy juz, ze musimy wypozyczyc na caly nasz pobyt rurki i maski do nurkowania bo jest co ogladac!
:D
sobota, 28 maja 2011
Galapagos dzien 2
piątek, 27 maja 2011
Galapagos dzien 1
Jestesmy na Galapagos! Dokladnie w Puerto Ayora na wyspie Santa Cruz. Po przylocie (przez Guayaquil) musielismy wsiasc w autobus, potem przepromowac sie z wyspy Baltra na Santa Cruz i kolejnym autobusem dojechalismy na miejsce.
Po szybkim zakwaterowaniu sie ruszylismy w pueblo (z hiszp. wioska) poszukac jakiegos fajnego miejsca do spania (Puerto Ayora bedzie nasza baza wypadowa). Po dlugiej wycieczce udalo sie znalezc to czego szukalismy: mamy dla siebie cale mieszkanie z salonem, kuchnia i sypialnia. Udalo sie wynegocjowac bardzo dobra cene :), takze jutro z rana przenosimy sie z naszej obskurnej kwatery. Reszte dnia spedzilismy szukajac informacji w biurach turystycznych i centrach nurkowych (mamy juz wstepny zarys tego jak spedzimy reszte pobytu).
Pierwsze wrazenia z Galapagos sa niesamowite! Po pierwsze jestesmy w tropikach - jest goraco, dosc wilgotno, wszedzie duzo zieleni dookola blekitny ocean, z ktorego wygladaja wulkaniczne skaly. No i przede wszystkim zwierzeta, ktore sa tutaj wszedzie! Widzielismy juz dzisiaj duze jaszczurki wygrzewajace sie na kamieniach, ogromne pelikany szykujace sie do snu na drzewach, polujace na ryby zimorodki (albo cos bardzo do nich podobnego) i bawiace sie w morzu lwy morskie. Nawet nie wypatrywalismy tych wszystkich zwierzakow. One tu po prostu sa i na dodatek wcale nie boja sie ludzi! Pelikany zas sa tak ogromne, ze gdy lataja wygladaja jak pterodaktyle z Juarasic Parku!
czwartek, 26 maja 2011
Quito
Zegnamy sie dzis z Quito, jak rowniez powoli z Ameryka Poludniowa. Osiagnelismy dzis najwyzszy punkt na tym kontynencie. Oddalilismy sie o 20km na polnoc od Quito, aby stanac jedna dwiema nogami na obu polkulach. To miejsce znajdujace sie dokladnie na rowniku nosi nazwe Mitad del Mundo i jest pelne butikow z pamiatkami. Tak naprawde to jest jedynie symbol, bo prawdziwy punkt w ktorym laczy sie polnoc z poludniem jest oddalony od pomnika o 300m na polnoc. Tak przynajmniej twierdzi GPS. Nie moglismy sobie odmowic dotarcia w to miejsce, ktore w rzeczywistosci skrywalo sie pod niepozornym budynkiem z betonowej plyty. Uparty straznik nie chcial nas wpuscic, ale my rownie uparcie nie chcielismy ustapic twierdzac ze GPS napewno sie nie myli. Po chwili biegiem znalezlismy sie po drugiej stronie rownika.
Dalsza czesc dnia spedzilismy w starej, zabytkowej czesci miasta. Jako pierwsza mielismy okazje obejrzec wspaniala budowle - katedre, w ktorej w 1985 roku byl nasz papiez. Jest ogromna i okazala. Byla tez chyba najpiekniejszym elementem miasta, ktory dane nam bylo dzisiaj zobaczyc. Pozostale budowle byly w wiekszosci niedostepne dla zwiedzajacych z powodu remontu. Jeden ze slynnych kosciolow - bazylika, byla zamknieta poniewaz na jej dziedzincu bylo dzis obchodzone swieto.
W miedzy czasie wstapilismy na pyszna kawe (plantacje na duzej wysokosci npm) i wraz z nia dostalismy tutejsze typowe ciastko. Nazywa sie quimbolito, i jest zawiniete w lisc actliro, a potem gotowane chwile w wodzie.
Teraz kladziemy sie spac, bo jutro rano wylatujemy na Galapagos. Na miejscu zorientujemy sie w ofertach i zaplanujemy sobie kolejne 10 dni na miejscu.
Ale juz dzis mozemy przeslac naszym cudownym mamom zyczenia wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki! Duzo zdrowka i dobrego humoru! Juz niedlugo wracamy ;-)
środa, 25 maja 2011
Relaks w Banos
Czas spedzony w Banos minal nam bardzo szybko. To idealne miejsce, ktore pozwala poznac wszystkie aktrakcje, ktore oferuje Ekwador.
Spacerowalismy po okolicznych wzgorzach, szlismy kanionem, spuszczalismy sie na linach z wodospadow i kapalismy sie w tutejszych termach (58 C). No i odpoczywalismy! Jedna z fajniejszych rzeczy byla wizyta w tutejszym spa. Zaczelismy od wytracenia negatywnych emocji chodzac boso po tutejszym parku pelnym zieleni, kwiatow, owocowych krzewow i porozwieszanych sentencji. Po 5 godzinach zabiegow (bano de cajon - rewelacja!) czulismy sie tak zrelaksowani, ze prawie zasnelismy na lawce w oczekiwaniu na taksowke ;) Wszelkie zabiegi odnowy biologicznej zainspirowaly nas do rozpoczecia na nowo treningow biegowych. Taki plan udalo sie zrealizowac dzis Piotrowi. Anie tymczasem dopadla krotkotrwala goraczka po lodowatej wodzie z wodospadow. Ale co szybko przyszlo, rownie szybko minelo. Teraz jestesmy w drodze do Quito i czujemy sie szczesliwi, ze zbliza sie nowy etap naszej podrozy...
sobota, 21 maja 2011
Wspinaczka na Chimborazo
Piotra wykonczyla choroba wysokosciowa - zawroty glowy i ostre nudnosci, ktore sa jej objawem, byly jasnym sygnalem do odwrotu. Zmeczenie z powodu ciaglej podrozy i bardzo trudne warunki na trasie wspinaczki tez na pewno mialy w tym swoj udzial. Gdybysmy poszli jeszcze 100 m w gore, Piotr prawdopodobnie nie dalby rady zejsc o wlasnych silach...
Razem z nami wyruszylo 6 innych osob. Wszyscy podzieleni na dwuosobowe grupy plus certyfikowany przewodnik. Kazdy powiazany lina. Nikt nie dotarl na szczyt. Tym razem to bylo ponad ludzkie sily. Wyruszylismy z refugio o 23.00 i wspinalismy sie przeszlo 6h po stromych zboczach az w koncu po lodowej grani. Lod byl tak twardy, ze nie dalo sie wbic metalowych rakow ani czekanow. Nad glowami swiecily gwiazdy, daleko na horyzoncie iskrzyly swiatla wiosek przypominajace widok z samolotu, a nad nami unosil sie srogi wierzcholek dawnego wulkanu. Pelni wiary, ze uda nam sie dokonczyc to co zaczelismy - dotarlismy najwyzej ze wszystkich grup - na wysokosc 5750 m.n.p.m.
Chimborazo jest dosc trudna gora - najwieksze wyzwanie stanowi zrobienie wciagu jednego podejscia ponad 1300 m wysokosci, przejscie lodowej grani, a potem osniezonego siodla. Cala wspinaczke nalezy zakonczyc (wrocic do base campu) przed godzina 9 rano, zanim slonce nagrzeje stok, z ktorego schodza niebezpieczne lodowo-kamieniste lawiny. W naszym przypadku aklimatyzacja, ktora mielismy, nie okazala sie wystarczajaca.
Najwyzszy szczyt Ekwadoru nie byl dla nas laskawy, jednak przedstawil nam nowa strone wspinaczki wysokogorskiej. Jest to dla nas kolejne, nowe i bardzo pouczajace doswiadczenie i mimo, iz bylo bardzo ciezko, juz nie mozemy doczekac sie jak wrocimy w kolejne gory. Jedno jest pewne. Po powrocie do Polski chcemy szkolic sie w tym kierunku i poznawac nowe, ciekawe miejsca w Europie. I bez watpienia wrocimy do naszego kochanego Strbskiego Plesa :D !
Szczyt na zdjeciu, na zblizeniu nie jest wlasciwym - to ten po lewej na zdjeciu z daleka.
I jeszcze ciekawostka: Chimborazu jest najwyzszym punktem na kuli ziemskiej mierzac odleglosc od jadra ziemi.
czwartek, 19 maja 2011
Banos
Autobus, ktorym dojechalismy do Banos zupelnie nie przypominal tego, ktorym jechalismy do Guayaquil - maly, strasznie smierdzialo z toalety9 i kierowca caly czas zabieral pasazerow i ladunki 'na lewo'. Szofer wygladal jak po 3 dniowej balandze, a przed nami byla cala noc jazdy po gorskich drogach. Niezbyt fajna atmosfere potegowaly filmy sensacyjne katgorii C (albo nawet E) z lat 80'. Jak to dobrze, ze to juz ostatnie przejazdy autobusami w Ameryce Pld...
Dojechalismy znacznie przed czasem (o 5 rano, a nie o 7), dlatego niespieszac sie zjedlismy krakersowe sniadanie na dworcu i poszlismy szukac spania. Po odwiedzeniu kilku 'hospedaje' trafilismy na ideal: mieszkamy przy glownym placu (mamy 2 przeszklone sciany i przepiekny widok na park i gory), a pod nami jest bank (mamy ochrone z ostra bronia ;). Jest czysciutko, przytulnie i baaardzo tanio. Oprocz nas nie ma tu zadnych innych turystow (o przyczynie napisze nizej ;) i wlasciciele sa bardzo mili - pozwalaja nam korzystac z wlasnej kuchni.
Miejscowosc Banos jest polozona pomiedzy zielonymi wzgorzami, nad rzeka. W dolinie obok znajduje sie wulkan Tungurahu, ktory od 3 tygodni jest superaktywny (dlatego malo tutaj gringos). Wszystko pokryte jest cienka warstwa pylu wulkanicznego.
Ilosc fajnych rzeczy, ktore mozna tutaj robic wystarczylaby na conajmniej tydzien i mamy ciezki wybor na co sie zdecydowac. Na razie planujemy 2 dniowa wspinaczke na wulkan Chimborazo, ale mozna tu tez wypozyczyc motocykle, zrobic canyoning, rafting, poplywac na kajakach, pojezdzic na rowerach, potrekowac po okolicznych szczytach czy wreszcie zrelaksowac sie w basenach termalnych z ogromna iloscia zabiegow spa. Jestesmy zauroczeni Banos i juz martwimy sie, ze niestety nie na wszystko starczy nam czasu. W koncu przed nami jeszcze pare ciekawych miejsc na trasie do Quito czy slynny punkt na rowniku w ktorym po przeciwleglych stronach woda kreci sie w odwrotnych kierunkach. Z czegos napewno bedziemy musieli zrezygnowac, ale czas pokaze co to bedzie :-)
środa, 18 maja 2011
Guayaquil
Po poznej pobudce i dobrym sniadanku w pobliskim hotelu (duzo wyzszej klasy niz ten w ktorym spimy - czytajac to dugi raz zabilem wlasnie kolejnego karalucha, tym razem chodzil po moich plecach na lozku ;) ruszylismy na zwiedzanie miasta - tym razem za dnia ;). Oprocz promenady, ktora jest wizytowka miasta, dwoch placow (na jednym sa iguany), katedry i wzgorza sw Anny nie ma tu nic ciekawego do roboty.
Spacerkiem obeszlismy te wszystkie atrakcje i spedzilismy troche czasu zapuszczajac sie w malo turystyczne rejony centrum. Przez caly dzien nie spotkalismy zadnych turystow i wydawalo nam sie, ze budzimy zainteresowanie ekwadorczykow. Na wzgorzu sw Anny jest duzo policji i slyszelismy jak jeden patrol przekazywal nas innemu przez krotkofalowke. Caly czas czulismy sie w miare bezpiecznie. Wczoraj w nocy zreszta tez ;)
Teraz odpoczywamy w hotelu jeszcze chwile i o 22.00 jedziemy na dworzec, bo o 23.00 pakujemy sie do autobusu do Banos. Miejscowosc ta ma zrodla termalne i jest punktem wypadowym do dzungli (Oriente). W poblizu jest tez najwyzszy wulkan w Ekwadorze i kilka innych. Mozna tam zrobic rafting i pojezdzic na rowerach. My jeszcze nie wiemy na co sie zdecydujemy. Na pewno spedzimy tam ok 3 dni.
Przesiadka w Limie na trasie do Ekwadoru
Wczoraj spedzilismy bardzo serdeczne chwile podczas kolacji. Nasz przyjaciel hiszpan przygotowal dla nas wyjatkowa kolacje - typowe, peruwianskie danie - Lomo Saltado. A przez Muna Sour ledwo zdazylismy na autobus do Limy. Drink ten robi sie z wielu alkoholi jednak ten ktory pilismy rozni sie od polskiego sour'a ze wykonany jest z rosliny muna, spienionego bialka jaja, soku z limonek, alkoholu i gumy arabskiej w plynie. Ma bardzo slodki i delikatnie kwasny posmak. Jest pyszny i bardzo zdradliwy ;)
Droga do Limy byla dosc meczaca, bo pomimo bardzo wygodnego autokaru, kierowca podgrzal temperature wewnatrz do 30C tak, ze nie dalo sie nawet oddychac, nie mowiac juz o spokojnym snie... Dojechalismy wczesniej niz zakladalismy. Planowalismy pojawic sie w Limie ok 7.00 rano i udac sie na zwiedzanie miasta, tymczasem dotarlismy o 4.30 kiedy to bylo jeszcze ciemno. Polprzytomni wloczylismy sie najpierw po dworcu autobusowym, pozniej po dzielnicy Miraflores w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca gdzie mozna bylo sie napic kawy. O 7.30 zagrzalismy miejsce w McDonaldzie. W tym samym czasie miasto budzilo sie do zycia po sobotniej imprezie (wolnych lawek w parku byl brak) i przygotowywalo sie do maratonu, ktory tego dnia przebiegal ulicami stolicy. Obserwowalismy caly bieg przechadzajac sie po promenadzie wzdluz oceanu.
W poludnie glod przyciagnal nas do knajpki gdzie ponoc mialy byc serwowane najlepsze potrawy z owocow morza: Punto Azul. Poczatkowo restauracja opozniala sie z otwarciem. Do takich sytuacji rowniez zdarzylismy sie przyzwyczaic, bowiem tutaj zadko kiedy cos jest punktualnie.
Dania przeszly nasze wyobrazenia. Na przystawke zamowilismy rewelacyjna osmiornice. Nastepnie dostalismy ceviche ze wszystkich rodzajow owocow morza. Potem zajadalismy sie traditio (jak ceviche tylko bez cebuli). Chwile pozniej w restauracji zrobilo sie tloczno, a na zewnatrz ustawila sie dluga kolejka po wolny stolik.
Po jedzeniu udalismy sie spacerkiem do znanego nam juz centrum handlowo rekreacyjnego, a nastepnie wrocilismy na 14.45 na dworzec autobusowy. Wpakowalismy sie do autokaru i ruszylismy do Guayaqill (Ekwador).
16.05
Dzisiejszy dzien spedzilismy caly w autokarze. Jechalismy na polnoc Peru tzw Panamericana i wiekszosc drogi przebiegala nad oceanem. Po wjechaniu do Ekwadoru klimat zmienil sie zupelnie. Zrobilo sie bardzo tropikalnie, wilgotno i momentami mielismy wrazenie, ze przejezdzamy przez dzungle. Pozniej dla odmiany jechalismy przez niekonczace sie pola z bananowcami.
Tym razem wyjatkowo udalo nam sie pospac w nocy. Do Guayaqill dotarlismy okolo 20.00, po 28h jazdy. Ulice miasta sa o tej porze wymarle. Zawaterowalismy sie w poleconym hotelu blisko tutejszego downtown. Hotel kompletnie zakratowany jest caly w kolorze niebieskim i wyglada jak szpital albo wiezienie. Okolica nalezy raczej do tych nieciekawych i mieszkancy po zmroku nie wychodza. My jednak wieczorkiem wyszlismy jeszcze na spacer na deptak nad rzeke, aby napic sie jakiegos drinka i poczuc klimat nowego miejsca. Zrobilo nam sie bardzo przyjemnie i postanowilismy uczcic pierwszy dzien w Ekwadorze wiecej nic jednym shotem ;), mimo ogromnego zmeczenia. Potem przyszedl czas na zwiedzanie miasta noca: doczlapalismy az do polowy wzgorza sw Anny. Ludzi praktycznie nie bylo i mielismy to miejsce tylko dla siebie. Zjechalismy do domu miedzy 1 i 2 w nocy i momentalnie usnelismy...
niedziela, 15 maja 2011
Flor de Sal - nasze miejsce w Huaraz
Dzisiaj wieczorem o 22.00 wsiadamy w autobus, ktory ma nas zawiezc do spowrotem do Limy.
Cieszymy sie, ze wreszcie opuscimy Huaraz, bo oprocz otaczajacych to miasto gor nie ma w nim nic ladnego. Nie ma tutaj tez nic ciekawego do roboty.
Jedynym miejscem, ktore na prawde bedziemy mil wspominac z Huaraz jest restauracja Flor de Sal. Zalozona przez hiszpana Luisa z Majorki, ktory przyjechal tu w 2005 roku, prowadzona jest przez niego i jego peruwianska zone Liliane. Ta niesamowicie mila para ujela nas od samego poczatku. Ich otwartosc i goscinnosc sprawila, ze od razu poczulismy sie jak w domu. Serwowali nam dania bedace polaczeniem lokalnej i hiszpanskiej kuchni. Spelniali nasze kazde zachcianki kulinarne, a po zakonczonej uczcie czestowali jeszcze nalewkami wlasnej produkcji (najlepsze jakie pilismy do tej pory!!!). Jesli chodzi o ceny jedzenia to sa one ciut nizsze od polskich, jednak jest tu pewien zwyczaj ktory bardzo nam odpowiada. W godzinach okoloobiadowych podaja tutaj tzw 'menu del dia' za wyjatkowo niska cene. Za 10 zl mamy porzadny obiad z przystawka, ogromna zupa, drugim daniem, deserem i kompotem...
Bedzie nam zal wyjezdzac z Huaraz jedynie ze wzgledu na Luisa, Liliane i ich restauracje. To niesamowici ludzie i cieszymy sie, ze moglismy ich poznac!
Teraz jest godzina 20.00 za 2 godziny wsiadamy do autobusu. Teraz siedzimy na pozegnalnej kolacji we Flor de Sal. Luis przygotowuje specjalne dania dla nas (tutaj zamawiamy to na co mamy ochote, a nie z menu). Przed posilkiem dostalismy po pisco sour (najlepsze jakie pilismy!!). Wyciagnal tez na bar wszystkie butelki z nalewkami. Boimy sie, ze bedziemy musieli sprobowac wszystkich... ;)
Z ostatniej chwili: ledwo zdarzylismy na autobus ;)
W lodowym swiecie - wspinaczka na Vallunaraju
Po przyjezdzie do Huaraz wczesnie rano padlismy nieprzytomni na lozku. Juz zdarzylismy sie nauczyc, ze po takich maratonach autobusowych musi minac troche czasu zanim dojdziemy do siebie.
Kolo poludnia wyszlismy na miasto w poszukiwaniu agencji turystycznej, z ktora moglibysmy zrobic wspinaczke na jeden z okolicznych szczytow. Zaczelismy od wizyty w Casa de Guias, czyli Stowarzyszeniu Przewodnikow Gorskich. Potem informacja turystyczna i kilkanascie agencji, ktore sa rekomendowane przez przewodniki lub internet. Mimo to ciezko zaufac ktoremukolwiek. Chyba w 8 biurze wlasciciel powiedzial nam, ze w drodze na Pisco (szczyt 5,7 tys m) otworzyla sie duza szczelina lodowcowa, ktorej nie mozna obejsc i dlatego nie wiadomo czy da rade wejsc na szczyt (jego przewodnik wchodzil z klientem wlasnie i wieczorem mialo sie wyjasnic). Inne agencje, mimo iz tez to wiedzialy, probowaly nam sprzedac ten szczyt... Tak to tutaj jest - kazdy chce nasza kase, niewazne czy potem wywiaze sie z umowy.
Znalezienie agencji zajelo nam 2 dni. Zdecydowalismy sie wziac od niej tylko przewodnika, transport i wyposazenie techniczne (uprzaz, raki i czekany), reszte mielismy swoja (spanie w namiocie i jedzenie). To znacznie obnizylo koszt tej wyprawy. Zamiast Pisco zdecydowalismy sie na szczyt Vallunaraju (5680 m npm).
Pierwszego dnia zostalismy zawiezieni kawalek za brame parku narodowego. Stamtad musielismy podejsc okolo 3h do obozu bazowego (4950 m npm). Droga byla dosc stroma i blotnista, a my nie wzielismy kijkow trekingowych (obnizenie ciezaru plecaka). Po dojsciu do bazy rozbilismy namiot i zabralismy sie za gotowanie obiadu, ale nasz przewodnik zaproponowal zebysmy poszli pocwiczyc wspinaczke lodowa. O tak! Od dawna tego chcielismy! Szybko zgasilismy kuchenke i poszlismy pod lodowiec. Sciana miala okolo 15 metrow wysokosci - najpierw dosc lagodna (70 stopni), im wyzej tym bardziej pionowa. Nasz przewodnik zalozyl punkty asekuracyjne, a my w tym czasie raki i uprzeze. No i zaczelismy wspinaczke! Najpierw Ania - po kilku metrach rozgrzewki szla w gore wbijajac czuby rakow i zeby czekanow w lod, jakby robila to cale zycie ;). Momentalnie znalazla sie na gorze lodowca. Potem przyszla kolej na Piotra; tez poradzil sobie calkiem niezle. Zabawa byla rewelacyjna, ale postanowilismy wracac do obozu, bo dochodzila juz 6 wieczorem (o tej porze robi sie ciemno), a takze chcielismy oszczedzac sily na wlasciwa wspinaczke (w ciagu 1 dnia z miasta Huaraz, ktore lezy na wysokosci 3,1 tys m znalezlismy sie prawie 2 tys m wyzej!).
Po kolacji okolo 20.00 szybko poszlismy spac, bo pobudka miala byc o 23.00. Nie mielismy duzo czasu na sen, szczegolnie ze zaczal padac snieg i po 2h musielismy zrzucic go ze scian namiotu. Nie zapowiadalo sie dobrze...
Nasz przewodnik dal nam pospac pol godziny dluzej i po sniadaniu (a raczej poznej kolacji), 30 min po polnocy rozpoczelismy wspinaczke. Pierwsze 100 m podejscia bylo po skalkach, ktore po opadach sniegu byly dosc sliskie. Potem doszlismy do lodowca, zalozylismy sprzet do wspinaczki, zwiazalismy sie we trojke lina i ruszylismy w gore. Noc byla bardzo ciemna, gdyz niebo zakrywaly chmury, z ktorych wilgoc osadzala sie na naszych ubraniach i plecakach w postaci szadzi. Wspinaczka byla dosc meczaca - miejscami podchodzilismy pod bardziej strome odcinki, gdzie trzeba bylo mocno wbijac zeby rakow w lodowa sciane. W swietle latarek czolowych widzielismy jak snieg skrzy sie jakby byl psypany pylem diamentowym...
Nasz przewodnik swietnie znal droge i prowadzil nas pomiedzy szczelinami lodowcowymi. Niektore z nich wygladaly jak wielkie przepascie. Noc byla bardzo zimna (okolo -10 stopni) i niestety po pewnym czasie zamarzla nam woda do picia, mimo ze pojemniki mielismy w plecakach). Lekkie zatrucie pokarmowe tez nie ulatwialo nam wspinaczki. Okolo godziny 5 rano znalezlismy sie przed nawisem snieznym, na ktory musielismy sie wspiac, aby ruszyc po nim na sam szczyt. To zajelo nam kolejne 20 minut. Wreszcie sukces! Jestesmy na gorze! Niesamowite uczucie - pelna cisza, dookola jeszcze noc. Przejasnilo sie i widzielismy piekne, rozgwiezdzone niebo. Mimo duzego zimna czekalismy na wschod slonca. 10 minut przed 6 powoli na horyzoncie zaczal sie pojawiac zolty kolor. Kolejne minuty przynosily nam coraz to inne, najpiekniejsze na swiecie widoki! Stalismy na szczycie ponad dywanem chmur, a przed nami rysowaly sie okoliczne ostre wierzcholki. Slonce zmienialo kolor nieba... Czulismy sie niesamowicie - spelnilo sie nasze kolejne marzenie! Mroz nie pozwolil nam zbyt dlugo rozkoszowac sie tymi widokami i kilka minut po 6 ruszylismy w dol. Dopiero w swietle dnia moglismy podziwiac piekno miejsca, w ktorym bylismy. Dookola czysta biel sniegu, ktorego powierzchnia zalamywala sie na peknieciach lodowca. W oddali widzielismy brazowe doliny i inne gory. Poezja! Kiedy wyszlo slonce zrobilo sie troche cieplej i razniej nam sie szlo do obozu. Czulismy sie strasznie zmeczeni i jeszcze nie dochodzilo do nas to co zrobilismy. Okolo 9 rano wrocilismy do namiotu. Czasu na odpoczynek nie bylo wogole, gdyz musielismy ugotowac sniadanie i posuszyc wszystkie rzeczy (z powodu duzej wilgoci wewnatrz namiotu, wciagu krotkiej nocy, ktora skroplila sie na scianach). Po jedzeniu i spakowaniu sie ruszylismy w dol doliny, gdzie czekal na nas samochod. Bylismy nieprzytomni - czulismy sie jak po 2 dniowej imprezie, mimo to uwaznie schodzilismy blotnistym szlakiem. Wreszcie kolo 3 po poludniu wrocilismy do hotelu. Po posilku polozylismy sie od razu spac. Bolaly nas glowy, twarze piekly jak zelazko, a nasze nosy i gardla cale byly zatkane od suchego powietrza. Nastepnego dnia rano wciaz czulismy ogromne zmeczenie, ale tez ogromna radosc z tego co przezylismy! To byla jedna z najwspanialszych chwil tego wyjazdu!
środa, 11 maja 2011
Lima
Dzisiejszy dzien konczymy pelni emocji bowiem od samego rana dzialo sie tyle co czasem nie zdarza sie podczas calego tygodnia. Wszystko zaczelo sie juz przedwczoraj kiedy to zdecydowalismy sie wyruszyc na Machu Picchu wczesnie rano. Po wczesnym poranku, intensywnym spacerze i dlugim powrocie z Aguas Callientes do Cusco, mielismy prawdziwa ochote na nalezyty wypoczynek. Niestety w Cusco czekal nas jeszcze obowiazek wyszukania sobie miejsca do spania co stanowilo nie lada problem ze wzgledu na pore (dojechalismy tam ok 21.30) jak i na wysoka cene. Trzeba w kazdym miejscu glosno podkreslac, ze nie jestesmy Amerykanami z kieszeniami pelnymi pieniedzmi. Kazdy hotel na 'dzien dobry' zada ponad 100 dolarow za noc - potem z oficjalnej ceny daje sie bardzo duzo urwac. Juz troche zdarzylismy poznac tutejsze realia i wiemy co ile jest warte. Poniewaz w okolicy nie znalezlismy niczego przyzwoitego w dobrej cenie, wrocilismy do naszej obskurnej, zimnej chaty ktora znalismy z poprzedniego pobytu po to, aby spedzic tam ostatnie, jedyne 6 godzin snu.
Po przebudzeniu, zrobilismy sobie wlasne sniadanko w postaci 'pan integral' (czyli pieczywko pelnoziarniste) z tunczykiem i awokado oraz jogurtu z dodatkiem owocu swiezej marakuji. Pysznosci ;-) Potem pedem pospieszylismy na lotnisko. Na samym poczatku kolejne wrazenia. Przy wejsciu zostalismy doglebnie przeszukani przez pracownikow Star Peru. U Piotra w bagazu znalezli, heh, wybrali sobie jako zakazana - butle na benzyne. Byla pusta. Uznali, ze pachnie wciaz benzyna wiec moze byc zagrozeniem dla samolotu. Mimo wszelkich staran skonfiskowali nam ja. Dopiero po pewnym czasie zorientowalismy sie ze owy pracownik wybiera sobie w ten sposob pewne dobra, ktore potem zachowuje dla siebie. Jednak Polak potrafi, wiec nie pozwolilismy aby nasz ekwipunek, ktory towarzyszy nam wiernie az od podrozy po Rosji, Norwegii i Nepalu zostal przywlaszczony przez jakiegos chytrego pracownika ochrony. W koncu butla zostala z nami wraz z z pokrowcem z welny z Alpaki. Taki maly kamuflarz ;-). Sposob w jaki udalo nam sie ominac bramki jest nasza tajemnica ;)
Do Limy zlecielismy dosc wczesnie bo ok 10.00 rano. Rozklad jazdy autobusow ktore sa tu jedyna forma transportu zmusil nas do zweryfikowania naszych planow i policzenia wszystkiego na nowo. Uznalismy ze Lime trzeba zobaczyc, jednak jestesmy w stanie zrobic to w ciagu jednego, pelnego dnia po to aby ruszyc mozliwie jak najszybciej do Huaraz - miejsca z ktorego rozpoczynaja sie szlaki na Cordilliera Blanca. Z burczacymi brzuchami i mocno wymeczeni po poprzednim dniu szukalismy polaczenia na dzisiejszy dzien. To dosc dluga historia ale w koncu sie udalo. Wyjazd 22.40.
Do odjazdu zostalo nam ok 8h wiec poznawanie stolicy Peru postanowlismy rozpoczac od 'comida tipica' czyli jedzenia charakterystycznego dla regionu. Zamowilismy slynne 'ceviche' czyli surowa rybe marynowana przez kilka godzin w soku z limonki z dodatkiem ziol i pikantnej papryki. Smak tak obledny, ze napewno bedziemy przyrzadzac to danie po powrocie do Polski. Polecamy Ceviche kazdemu kto ma czasem chwile aby pobawic sie kuchnia. Jest to doskonala alternatywa dla nudnego juz, mdlego sushi. Trzeba jedynie pamietac o tym zeby byla to swieza, niezbyt twarda ryba. W naszym przypadku byl to okon morski. Nie obylo sie takze bez butelki wina i salaty. Salaty i warzywa choc sa tutaj mocno odradzane, w restauracjach jednak przewaznie myte sa w odkazonej wodzie wiec nie ma obawy ze mozna sie przytruc.
Po tej uczcie wybralismy sie do tej bardziej okazalej dzielnicy - Miraflores... Lima znow zaskoczyla nas bardziej niz sie spodziewalismy. Miasto przypomina polnocno-amerykanskie metropolie. Jest mnostwo kasyn, klubow fitness z widokiem na miasto. Jest mnostwo galerii handlowych pelnych produktow niedostepnych nawet w naszym kraju. Wybor bizuterii jest zapierajacy dech w piersiach. Kazda z nich jest niepowtarzalna, piekna i oryginalna. Sprzedaje sie tu takze mnostwo diamentow a ceny ich zaczynaja sie od ok 1500 $ USD. Zagubilismy sie troche w tych blyszczacych, pachnacych kompleksach na tyle ze starczylo nam jedynie troche czasu na dlugi spacer glowna avenida miasta. Kiedy troche oddalilismy sie od niej okolica zmienila sie mocno - robi sie malo przyjemnie i trzeba uwazac, bo zdarzaja sie napady.
Mimo to Lima jest piekna i rewelacyjnie polozona - na wielkej skarpie nad oceanem. Na kazdym kroku pachnie owocami morza. Jest cieplo i przyjemnie. Wrocilismy na jeszcze jedno Ceviche, popilismy Pisco Sour i zgodnie stwierdzilismy, ze jest to kolejne, cudowne miejsce ktore bedziemy milo wspominac... Tym bardziej, ze z tej okazji - powrotu do cywilizacji Piotr urzadzil Ani 'Dzien Kobiet', wiec Ania rozpromieniona, latala z usmiechem od ucha do ucha.
O 22.00 stawilismy sie na autokar. Zostalismy odprawieni niczym na lotnisku. Byla odprawa bagazowa, potem paszportowa. Zostalismy poczestowani herbatka z lisci koki. W autokarze stewardesa zaserwowala nam snack'a, puscila film na dvd i wtedy rozpczelismy kolejny etap naszej gonitwy... Jutro mamy zamiar odpoczac jeden dzien i porozgladac sie za mozliwosciami trekingow w okolicy Huaraz. Mamy tez juz bilet powrotny z Huaraz do Limy na noc 14/15 maja oraz z Limy do Guayaqili (Equador) 15 maja.




















































