Dzisiejszy dzien konczymy pelni emocji bowiem od samego rana dzialo sie tyle co czasem nie zdarza sie podczas calego tygodnia. Wszystko zaczelo sie juz przedwczoraj kiedy to zdecydowalismy sie wyruszyc na Machu Picchu wczesnie rano. Po wczesnym poranku, intensywnym spacerze i dlugim powrocie z Aguas Callientes do Cusco, mielismy prawdziwa ochote na nalezyty wypoczynek. Niestety w Cusco czekal nas jeszcze obowiazek wyszukania sobie miejsca do spania co stanowilo nie lada problem ze wzgledu na pore (dojechalismy tam ok 21.30) jak i na wysoka cene. Trzeba w kazdym miejscu glosno podkreslac, ze nie jestesmy Amerykanami z kieszeniami pelnymi pieniedzmi. Kazdy hotel na 'dzien dobry' zada ponad 100 dolarow za noc - potem z oficjalnej ceny daje sie bardzo duzo urwac. Juz troche zdarzylismy poznac tutejsze realia i wiemy co ile jest warte. Poniewaz w okolicy nie znalezlismy niczego przyzwoitego w dobrej cenie, wrocilismy do naszej obskurnej, zimnej chaty ktora znalismy z poprzedniego pobytu po to, aby spedzic tam ostatnie, jedyne 6 godzin snu.
Po przebudzeniu, zrobilismy sobie wlasne sniadanko w postaci 'pan integral' (czyli pieczywko pelnoziarniste) z tunczykiem i awokado oraz jogurtu z dodatkiem owocu swiezej marakuji. Pysznosci ;-) Potem pedem pospieszylismy na lotnisko. Na samym poczatku kolejne wrazenia. Przy wejsciu zostalismy doglebnie przeszukani przez pracownikow Star Peru. U Piotra w bagazu znalezli, heh, wybrali sobie jako zakazana - butle na benzyne. Byla pusta. Uznali, ze pachnie wciaz benzyna wiec moze byc zagrozeniem dla samolotu. Mimo wszelkich staran skonfiskowali nam ja. Dopiero po pewnym czasie zorientowalismy sie ze owy pracownik wybiera sobie w ten sposob pewne dobra, ktore potem zachowuje dla siebie. Jednak Polak potrafi, wiec nie pozwolilismy aby nasz ekwipunek, ktory towarzyszy nam wiernie az od podrozy po Rosji, Norwegii i Nepalu zostal przywlaszczony przez jakiegos chytrego pracownika ochrony. W koncu butla zostala z nami wraz z z pokrowcem z welny z Alpaki. Taki maly kamuflarz ;-). Sposob w jaki udalo nam sie ominac bramki jest nasza tajemnica ;)
Do Limy zlecielismy dosc wczesnie bo ok 10.00 rano. Rozklad jazdy autobusow ktore sa tu jedyna forma transportu zmusil nas do zweryfikowania naszych planow i policzenia wszystkiego na nowo. Uznalismy ze Lime trzeba zobaczyc, jednak jestesmy w stanie zrobic to w ciagu jednego, pelnego dnia po to aby ruszyc mozliwie jak najszybciej do Huaraz - miejsca z ktorego rozpoczynaja sie szlaki na Cordilliera Blanca. Z burczacymi brzuchami i mocno wymeczeni po poprzednim dniu szukalismy polaczenia na dzisiejszy dzien. To dosc dluga historia ale w koncu sie udalo. Wyjazd 22.40.
Do odjazdu zostalo nam ok 8h wiec poznawanie stolicy Peru postanowlismy rozpoczac od 'comida tipica' czyli jedzenia charakterystycznego dla regionu. Zamowilismy slynne 'ceviche' czyli surowa rybe marynowana przez kilka godzin w soku z limonki z dodatkiem ziol i pikantnej papryki. Smak tak obledny, ze napewno bedziemy przyrzadzac to danie po powrocie do Polski. Polecamy Ceviche kazdemu kto ma czasem chwile aby pobawic sie kuchnia. Jest to doskonala alternatywa dla nudnego juz, mdlego sushi. Trzeba jedynie pamietac o tym zeby byla to swieza, niezbyt twarda ryba. W naszym przypadku byl to okon morski. Nie obylo sie takze bez butelki wina i salaty. Salaty i warzywa choc sa tutaj mocno odradzane, w restauracjach jednak przewaznie myte sa w odkazonej wodzie wiec nie ma obawy ze mozna sie przytruc.
Po tej uczcie wybralismy sie do tej bardziej okazalej dzielnicy - Miraflores... Lima znow zaskoczyla nas bardziej niz sie spodziewalismy. Miasto przypomina polnocno-amerykanskie metropolie. Jest mnostwo kasyn, klubow fitness z widokiem na miasto. Jest mnostwo galerii handlowych pelnych produktow niedostepnych nawet w naszym kraju. Wybor bizuterii jest zapierajacy dech w piersiach. Kazda z nich jest niepowtarzalna, piekna i oryginalna. Sprzedaje sie tu takze mnostwo diamentow a ceny ich zaczynaja sie od ok 1500 $ USD. Zagubilismy sie troche w tych blyszczacych, pachnacych kompleksach na tyle ze starczylo nam jedynie troche czasu na dlugi spacer glowna avenida miasta. Kiedy troche oddalilismy sie od niej okolica zmienila sie mocno - robi sie malo przyjemnie i trzeba uwazac, bo zdarzaja sie napady.
Mimo to Lima jest piekna i rewelacyjnie polozona - na wielkej skarpie nad oceanem. Na kazdym kroku pachnie owocami morza. Jest cieplo i przyjemnie. Wrocilismy na jeszcze jedno Ceviche, popilismy Pisco Sour i zgodnie stwierdzilismy, ze jest to kolejne, cudowne miejsce ktore bedziemy milo wspominac... Tym bardziej, ze z tej okazji - powrotu do cywilizacji Piotr urzadzil Ani 'Dzien Kobiet', wiec Ania rozpromieniona, latala z usmiechem od ucha do ucha.
O 22.00 stawilismy sie na autokar. Zostalismy odprawieni niczym na lotnisku. Byla odprawa bagazowa, potem paszportowa. Zostalismy poczestowani herbatka z lisci koki. W autokarze stewardesa zaserwowala nam snack'a, puscila film na dvd i wtedy rozpczelismy kolejny etap naszej gonitwy... Jutro mamy zamiar odpoczac jeden dzien i porozgladac sie za mozliwosciami trekingow w okolicy Huaraz. Mamy tez juz bilet powrotny z Huaraz do Limy na noc 14/15 maja oraz z Limy do Guayaqili (Equador) 15 maja.
środa, 11 maja 2011
Lima
9.05
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz