środa, 18 maja 2011

Guayaquil

17.05

Po poznej pobudce i dobrym sniadanku w pobliskim hotelu (duzo wyzszej klasy niz ten w ktorym spimy - czytajac to dugi raz zabilem wlasnie kolejnego karalucha, tym razem chodzil po moich plecach na lozku ;) ruszylismy na zwiedzanie miasta - tym razem za dnia ;). Oprocz promenady, ktora jest wizytowka miasta, dwoch placow (na jednym sa iguany), katedry i wzgorza sw Anny nie ma tu nic ciekawego do roboty.
Spacerkiem obeszlismy te wszystkie atrakcje i spedzilismy troche czasu zapuszczajac sie w malo turystyczne rejony centrum. Przez caly dzien nie spotkalismy zadnych turystow i wydawalo nam sie, ze budzimy zainteresowanie ekwadorczykow. Na wzgorzu sw Anny jest duzo policji i slyszelismy jak jeden patrol przekazywal nas innemu przez krotkofalowke. Caly czas czulismy sie w miare bezpiecznie. Wczoraj w nocy zreszta tez ;)
Teraz odpoczywamy w hotelu jeszcze chwile i o 22.00 jedziemy na dworzec, bo o 23.00 pakujemy sie do autobusu do Banos. Miejscowosc ta ma zrodla termalne i jest punktem wypadowym do dzungli (Oriente). W poblizu jest tez najwyzszy wulkan w Ekwadorze i kilka innych. Mozna tam zrobic rafting i pojezdzic na rowerach. My jeszcze nie wiemy na co sie zdecydujemy. Na pewno spedzimy tam ok 3 dni.

Przesiadka w Limie na trasie do Ekwadoru

15.05

Wczoraj spedzilismy bardzo serdeczne chwile podczas kolacji. Nasz przyjaciel hiszpan przygotowal dla nas wyjatkowa kolacje - typowe, peruwianskie danie - Lomo Saltado. A przez Muna Sour ledwo zdazylismy na autobus do Limy. Drink ten robi sie z wielu alkoholi jednak ten ktory pilismy rozni sie od polskiego sour'a ze wykonany jest z rosliny muna, spienionego bialka jaja, soku z limonek, alkoholu i gumy arabskiej w plynie. Ma bardzo slodki i delikatnie kwasny posmak. Jest pyszny i bardzo zdradliwy ;)
Droga do Limy byla dosc meczaca, bo pomimo bardzo wygodnego autokaru, kierowca podgrzal temperature wewnatrz do 30C tak, ze nie dalo sie nawet oddychac, nie mowiac juz o spokojnym snie... Dojechalismy wczesniej niz zakladalismy. Planowalismy pojawic sie w Limie ok 7.00 rano i udac sie na zwiedzanie miasta, tymczasem dotarlismy o 4.30 kiedy to bylo jeszcze ciemno. Polprzytomni wloczylismy sie najpierw po dworcu autobusowym, pozniej po dzielnicy Miraflores w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca gdzie mozna bylo sie napic kawy. O 7.30 zagrzalismy miejsce w McDonaldzie. W tym samym czasie miasto budzilo sie do zycia po sobotniej imprezie (wolnych lawek w parku byl brak) i przygotowywalo sie do maratonu, ktory tego dnia przebiegal ulicami stolicy. Obserwowalismy caly bieg przechadzajac sie po promenadzie wzdluz oceanu.
W poludnie glod przyciagnal nas do knajpki gdzie ponoc mialy byc serwowane najlepsze potrawy z owocow morza: Punto Azul. Poczatkowo restauracja opozniala sie z otwarciem. Do takich sytuacji rowniez zdarzylismy sie przyzwyczaic, bowiem tutaj zadko kiedy cos jest punktualnie.
Dania przeszly nasze wyobrazenia. Na przystawke zamowilismy rewelacyjna osmiornice. Nastepnie dostalismy ceviche ze wszystkich rodzajow owocow morza. Potem zajadalismy sie traditio (jak ceviche tylko bez cebuli). Chwile pozniej w restauracji zrobilo sie tloczno, a na zewnatrz ustawila sie dluga kolejka po wolny stolik.
Po jedzeniu udalismy sie spacerkiem do znanego nam juz centrum handlowo rekreacyjnego, a nastepnie wrocilismy na 14.45 na dworzec autobusowy. Wpakowalismy sie do autokaru i ruszylismy do Guayaqill (Ekwador).

16.05

Dzisiejszy dzien spedzilismy caly w autokarze. Jechalismy na polnoc Peru tzw Panamericana i wiekszosc drogi przebiegala nad oceanem. Po wjechaniu do Ekwadoru klimat zmienil sie zupelnie. Zrobilo sie bardzo tropikalnie, wilgotno i momentami mielismy wrazenie, ze przejezdzamy przez dzungle. Pozniej dla odmiany jechalismy przez niekonczace sie pola z bananowcami.
Tym razem wyjatkowo udalo nam sie pospac w nocy. Do Guayaqill dotarlismy okolo 20.00, po 28h jazdy. Ulice miasta sa o tej porze wymarle. Zawaterowalismy sie w poleconym hotelu blisko tutejszego downtown. Hotel kompletnie zakratowany jest caly w kolorze niebieskim i wyglada jak szpital albo wiezienie. Okolica nalezy raczej do tych nieciekawych i mieszkancy po zmroku nie wychodza. My jednak wieczorkiem wyszlismy jeszcze na spacer na deptak nad rzeke, aby napic sie jakiegos drinka i poczuc klimat nowego miejsca. Zrobilo nam sie bardzo przyjemnie i postanowilismy uczcic pierwszy dzien w Ekwadorze wiecej nic jednym shotem ;), mimo ogromnego zmeczenia. Potem przyszedl czas na zwiedzanie miasta noca: doczlapalismy az do polowy wzgorza sw Anny. Ludzi praktycznie nie bylo i mielismy to miejsce tylko dla siebie. Zjechalismy do domu miedzy 1 i 2 w nocy i momentalnie usnelismy...