czwartek, 30 czerwca 2011

Kajakiem po fiordach w Milford

30.06

Wlasnie wrocilismy z kajaczkow! Bylo rewelacyjnie! Te ogromne fiordy z poziomu wody robia piorunujace wrazenie! Przyjemnie bylo kolysac sie po blekitnej wodzie i sluchac jak chlupocze. Obserwowalismy przyrode, ktora zachowala sie tutaj z pradawnych czasow, bowiem w NZ oryginalnie nie bylo zadnych ssakow (oprocz nietoperzy i jeszcze jednego gatunku) i dlatego flora nie ewoluowala tak jak w innych miejscach. Podplywalismy pod wodospady i przygladalismy sie niespotykanym nigdzie indziej roslinom. To bylo jak balsam dla duszy...
Momentami mielismy silny wiatr (kolo 20 wezlow) i wtedy robilo sie troche mniej przyjemnie, ale ogolnie ogladanie ladu z kajakow morskich bardzo nam sie spodobalo!
Teraz idziemy na spacerek i szukamy jakiegos miejsca do spania. Jutro w plananach mamy wejscie na siodlo Gertrudy (pomiedzy dwoma szczytami gorskimi) i kilka innych, lzejszych wycieczek widokowych polozonych na terenie tutejszego parku narodowego.

środa, 29 czerwca 2011

Wanaka

25-28.06

W sobote (25.06)z samego rana pojechalismy do najblizszego 'campervan parku' zeby zrobic wyczekane pranie i wziac goracy prysznic. Dostalismy miejsce z przepieknym widokiem na jezioro i otaczajace je gory. Od razu poszlismy pobiegac wzdluz lewego brzegu jeziora. Bylo przepieknie - natura doskonala w swojej istocie, roznorodna i pelna barw. Mielismy oromne szczescie, ze przez ostatnie dni mielismy piekna, sloneczna pogode. Bylo niestety troche zimno bo ok 5C a i tak wszyscy placza, ze zima sie tu opoznia.
Wanaka to miasto snowboarder'ow. Na kazdym kroku sa ogromne sklepy z ciuchami skate'owymi. Wszyscy mlodzi ludzie jezdza na deskorolkach, sa ubrani w najnowsze kolekcje Burtona, Analoga, Vansa czy innych top'owych marek. No i wszyscy czekaja na snieg... W radiu juz nawet wyspiewuja prosby do Boga, bo tu mroz trzyma, sniegu wciaz nie ma i interes sie nie kreci. Nasze marzenie o HeliSnowboardingu takze oddala sie z kazdym bezchmurnym dniem. Zreszta Nowa Zelandia to niezaprzeczalne krolestwo snowboardingu wykonywanego za pomoca helikoptera. Przypuszczamy, ze na poludniowej wyspie ilosc maszyn latajacych (helikopterow, samolotow, szybowcow, paralotni itd) na jednego mieszkanca jest najwieksza na swiecie. Tu zjezdzaja najwieksze gwiazdy filmow snowboardowych, zeby krecic ujecia w dziewiczym terenie. Gdy na polkuli polnocnej zaczyna sie lato, tu zaczyna sie zima i mozna szusowac na desce okragly rok.
My trafilismy na poludniowa wyspe Nowej Zelandii podczas cudownej zloto-czerwonej jesieni. Przez pierwsze dwa dni w Wanaka robilismy 'wycieczki biegowe' wzdluz jeziora. W ten sposob mozna najlepiej doswiadczyc tego miejsca. Pobieglismy znacznie dalej, niz gdybysmy mieli isc na piechote i dzieki temu zobaczylismy znacznie wiecej. Zreszta tego rodzaju ruch jest tu bardzo popularny: zarowno jazda na rowerach, deskorolkach czy hulajnogach. Sciezki sa tu doskonale przygotowane, co kilometr sa czysciutkie toalety publiczne oraz punkty wody pitnej. Podczas biegu mijalismy mnostwo ludzi, ktorzy tak jak my chcieli sie troche poruszac w weekendowy poranek i kazdy z nich, z usmiechem na twarzy wital sie z nami.
Patrzylismy na to miasto z lekkim zalem, ze zyje im sie w tym kraju tak dobrze, ze wszyscy ciesza sie kazdym dniem, ze sa usmiechnieci, bardzo kulturalni i zawsze chetni do pomocy. Nigdzie sie nie spiesza, celebruja swoje zycie robiac to co lubia. Wanaka slynie z wlasnie ze stylu zycia w calej Nowej Zelandii.
Chociaz widzimy tez jak bardzo WSZYSCY nowozelandczycy pielegnuja swoj kraj, kochaja go, sa z niego dumni i dbaja o niego. I tu dostrzec mozna ogromna roznice miedzy Nowa Zelandia, a naszym krajem. Ich poczucie wsponoty narodowej jest wszechobecne, a nie tak jak u nas aktywuje sie kiedy skacze Malysz ;)Tutaj kazdy dba o czystosc miejsc publicznych - wszedzie! Jest malo samochodow, taksowki tez nie jezdza zbyt licznie, bo wszedzie mozna i warto pojechac rowerem. Na kazdym kroku, kazdy widok zapiera dech w piersiach, a powietrze jest tak czyste jak chyba nigdzie indziej na ziemi. Wzdluz jeziora, miasta stoi mnostwo drewnianych lawek ze stolami przy ktorych mozna piknikowac i naprawde, nie widzielismy jeszcze ani jednej zniszczonej. Tak samo sprawa ma sie z tzw 'recreation area' czyli malymi parkam pelnymi stacjonarnego sprzetu do gimnastyki. Takie miejsca sa w kazdym maisteczku i sa ogolnodostepne.
Przedwczoraj (26.06) spedzilismy leniwe popoludnie wpatrujac sie w zachodzace slonce z okien naszego 'motorhome'a'. Wczoraj zas (27.06) wybralismy sie na treking na pobliski szczyt Roys Peak (1581m.n.p.m) z ktorego mielismy doskonala panorame na jezioro i odlegle szczyty. Zmeczeni postanowilismy zostac w Wanaka jeszcze jedna noc.
Dzis (28.06) musielismy sie pozegnac z miejscem, w ktorym tak naprawde moglibysmy zamieszkac (nawet widzielismy ogloszenia biur, ktore pomagaja dostac obywatelstwo ;). Nie da sie ukryc, ze tu czujemy sie jak w raju, jak w miejscu z naszych marzen! Pora jednak zobaczyc kolejne miejsca na mapie. Tym razem jedziemy w strone Fiordland'u, po drodze zatrzymujac sie w Te Anau. Stolica fiordow jest Milford Sound, czyli wioska z ktorej wyrusza sie na rozne cruisy, kajaki, widokowe loty samolotem czy chodzi na kilkudniowe trekingi. My chcemy wypozyczyc kajaczki i przeplynac sie pod tymi majestatycznymi fiordami. Potem dla odmiany jakis treking i jedziemy do Bluff na samo poludnie wyspy sprobowac jednych w swoim rodzaju tutejszych ostryg, a potem do Dunedin - do fabryki czekolady Cadbury, ktora palaszujemy tutaj na kilogramy (wkoncu jestesmy dosc aktywni, no nie? ;)
Nastepnie ruszymy spowrotem na polnoc, aby zobaczyc (jezeli pogoda na to pozwoli) Mt Cook. A jezeli spadnie snieg - moze uda nam sie wrzucic deske na nogi i polatac po swiezym puchu :)

W drodze do Wanaka

24.06

Gdy sie obudzilismy bylo jeszcze ciemno, bo slonce wstaje tu o 8.15, przechodzi nisko w ciagu dnia i zachodzi o 17.00. Spalismy dzis nad samym morzem - 10 metrow od huczacych fal obok wielkiego lasu. Pod naszymi stopami chrzescil czarny piasek, na ktorym usypane byly biale jak kreda okragle otoczaki. Bylo to idealne miejsce na zlapanie kilku glebszych wdechow i na poranna gimnastyke. Trudno nam bylo stad wyjezdzac, ale przed nami jeszcze wiele takich miejsc wiec zapakowalismy sie do autka i ruszylismy do Wanaka!
Tam dojechalismy dosc pozno poniewaz po drodze poszlismy jeszcze na godzinny spacer do Blue Pools na samym czubku przeleczy, przez ktora przejezdzalismy. Jest to blekitna rzeka ktora ma przejrzystosc kilku metrow tak, ze z mostku powyzej mozna bylo obserwowac wielkie pstragi czajace sie na pozywienie.
W Wanaka poszlismy szybko spac na pierwszym lepszym parkingu, bo zrobilo sie przerazliwie zimno i trzeba bylo wyciagnac puchowe spiworki.

Pancake rocks i Bruce Bay

21-23.06

Ostatnio pogoda zrobila sie bardziej jesienna, a im dalej na poludnie - klimat bardziej surowy. Zjechalismy juz dosc nisko. Przedwczoraj (21.06) ruszylismy z Nelson i dojechalismy do Punakaiki. Znajduja sie tam niebywale formacje skalne tzw Pancake Rocks, ktore przypominaja kanadyjskie nalesniki poukladane rownolegle na sobie. Sa ogromne i wchodza ostro do morza, a podczas przyplywu fale z hukiem roztrzaskuja sie o ich sciany.
Wczoraj (22.06) caly dzien jechalismy zachodnim wybrzezem w okolice Franz Josef i Fox Glaciers (lodowce). Caly dzien lal deszcz. Udalo nam sie jedynie znalezc jedna dziure w chmurach i zrobic krotki jogging po polnej drodze w Harihari. Noc spedzilismy tuz przed miasteczkiem, tak aby z samego rana ruszyc na treking pod pierwszy lodowiec.
Miny nam zrzedly, bo cala noc byla ulewa, a wyjscie z kampera przypominalo skok do jeziora. Tyle deszczu nie pada u nas w Polsce nawet w ciagu kilku jesiennych dni! Zapowiadalo sie, ze nawet nie ujrzymy dzis slynnych 'must see'. Jednak szczescie sie do nas usmiechnelo i zza chmur zaczelo przebijac slonce. Dziarskim krokiem obskoczylismy oba lodowce, ktore szczerze mowiac nie byly najpiekniejszymi jakie widzielismy. Idac wspominalismy te z Antarktydy czy Ameryki Poludniowej.
Na Franz Jozef patrzylismy z punktu widokowego o nazwie Robert's Point. Dojscie do niego wiedzie skalna sciezka, ktora po deszczowej nocy byla bardzo sliska. Mimo to sprezylismy sie i przeszlismy ja w 4,5h - o godzine krocej niz w przewodniku...
Wieczorem niebo zupelnie sie rozchmurzylo, odkryly sie przed nami delikatnie osniezone gorskie szczyty, a doline pokryla tajemnicza mgla. Na lakach pasly sie owce i z przydroznych chat unosil sie dym z palonego drewna. Przypominalo to troche obraz z naszych pieknych Bieszczad.
Gdy z glebi ladu wydostalismy sie na pierwszy punkt, z ktorego widac bylo morze, odrazu sie zatrzymalismy na kolacje jednak bylo to tak powalajace miejsce, ze zostalismy tam w koncu na noc. To miejsce nazywa sie Bruce Bay.

wtorek, 21 czerwca 2011

Treking do Separation Point

20.06

Czas leci nam tu niemilosiernie szybko. Obudzilismy sie z poczuciem, ze ledwie zaczal sie dzien i zaraz trzeba bedzie stad jechac spowrotem na poludnie. Poranna ulewa opozniala nasze wyjscie na zaplanowany trek. Zebralismy sie i we mgle ruszylismy w las. 'Rain forest' wygladal niczym z filmu, pelen czarnych jak smola pni drzew z gesta zielona korona (np. powszechne tu cabbage tree) z ktorych kapala woda, zoltych potoczkow i przedziwnych bialych grzybow. Od poczatku spaceru moglismy odczuc obecnosc tutejszych zwierzat. Tuz po wyjscu z campingu byly to wielkie, dzikie kaczki i czarno niebieskie bazanty - zupelnie inne niz te znane nam z naszego kraju. Potem przez pol drogi towarzyszyly nam szalone ptaszki z ogonem rozlozystym jak wachlarz (ang finches). Krecily wokol nas piruety i cwierkaly usilac zwrocic na siebie nasza uwage. Z czasem robily sie tak namolne, ze musielismy je od siebie odganiac. Podczas wspinaczki na jedno z wzniesien natknelismy sie na gromadke malych, czarnych dziczkow. Pociesznie ryly w poszyciu swoimi malenkimi noskami. Jednak nabawily nas strachu gdy wystraszone chrumkajac szukaly swojej mamy. To mogloby byc dosc bolesne spotkanie. Treking prowadzil do tzw Separation Point oddzielajacego Golden Bay i Tasman Bay. Cale szczescie pogoda sie poprawila i moglismy z tego punktu dojrzec nawet polnocna wyspe. Jednak najbardziej wzruszyl nas widok calej kolonii fok wygrzewajacych sie na kamieniach od strony Golden Bay. W tym miejscu widac bylo sile oceanu, ktory z impetem rozbijal sie o skaly.
Podczas drogi powrotnej szlismy plaza, na ktorej spotkalismy kolejne nowe ptaki. Oprocz znanego nam juz kormorana ktory dal sie sfotografowac z odleglosci dwoch metrow, ukazaly nam sie dwa czarne ptaszki stojace na jednej nodze majace jaskrawo-pomaranczowe dzioby i oczka. Ponoc zywia sie one ostrygami. Do tego wesolego grona dolaczyla jeszcze mala, pluskajaca sie wsrod fal mala, szara foczka. Na pamiatke tego cudownego miejsca, Piotr wygrzebal z piasku piekna muszle pelna perlowej masy, a Ania czerwone koralowce.
Zmeczeni, pelni wrazen i po raz kolejni zgodni co do tego, ze to 'raj na ziemi' wrocilismy do naszego kamperka. Dla ostudzenia emocji Piotr szybko wskoczyl do lodowatego oceanu po czym rownie szybko z niego wyskoczyl, jednak byla to kapiel w cieplych barwach zachodzacego slonca. Poznym popoludniem bylo tez juz troche chlodniej, jednak srednio temperatura wynosi tu miedzy 10C a 23C.
W drodze powrotnej do Nelson mielismy tez przygode na stacji benzynowej. Prawie stracilismy sufit podczas przejezdzania pod zadaszeniem. Pracowniczka z przerazeniem patrzyla czy jej stacja 'nie pojdzie z hukem'. Musimy o tym caly czas myslec :) .
Poki co, najblizszy plan mamy taki, ze jedziemy ogladac Pancake Rocks w okolicy Westport. Potem zmierzamy przejechac Arthur's Pass i dojechac w poblize Mt Hutt (moze Methven). Tam podobno pada juz snieg.
Bedziemy pisac kiedy tylko bedzie taka mozliwosc. Calujemy Was wszystkich bardzo mocno! Do uslyszenia!!

Pupu Springs i Park Narodowy Abel Tasman

19.06

Ostatnio niewiele piszemy bo wbrew pozorom jest tu trudniej o internet niz w Ameryce Poludniowej. Zrobilismy sobie troche wolnego od wszelkich atrakcji, poniewaz jest tu tego tak duzo, ze trudno podjac decyzje co, kiedy i w jakiej kolejnosci. Zakochani w tym kraju postanowilismy takze przesunac nasz wyjazd stad o 12 dni. W tej sytuacji Austarlia tez bedzie przesunieta, a Japonia skrocona do pieciu dni. Jestesmy teraz na poludniowej wyspie na samej polnocy - w Nelson. Od piatku pada deszcz wiec chodzimy po miescie (wczoraj mielismy nawet isc do kina :), odpoczywamy w naszym kamperku, odslaniamy nasze panoramiczne okna z widokiem na ocean i przyrzadzamy sobie owoce morza.
Dzis od rana znowu leje, ale zazwyczaj kolo 15.00 sie przejasnia, wiec wybralismy sie na polnoc w kierunku parku narodowego Abel Tasman. Po drodze zatrzymalismy sie niedaleko miasteczka Takaka aby obejzec najczystsze zrodla na swiecie - Pupu Springs. Woda w tym miejscu wyplywa z glebi ziemi i bulgocze na powierzchni rzeki. Jest tak czysta, ze mozna zobaczyc jej dno az do 63m glebokosci. Zielone porosty wygladaly jakby to trawa na brzegu rzeki odbijala sie w jej lustrze.
Stamtad pojechalismy na polnocny wschod do Totaranui - miejsca, ktore przecina szlak Abel Tasman. Ustawilismy nasz 'domek' w bajecznie zielonym zagajniku, zlapalismy po lekkiej przekasce i ruszylismy biegiem na blyskawiczne zwiedzanie Tasman Bay. Bieglismy gestym lasem tropikalnym po wzgorzach, potem po zlotych plazach na ktorych jasne skaly przybieraly wszystkie kolory zachodzacego slonca. To byly najpiekniejsze rajskie plaze, ktore widzielismy w zyciu! Prawdziwie zlote, szerokie i dlugie na kilometr, nad ktorymi zwisa las deszczowy we wszystkich odcieniach zieleni. Moglismy tak biec i biec, jednak jedynym minusem tego bylo to, ze na ten jogging nie wzielismy aparatu fotograficznego.
Chcielismy tu zostac jak najdluzej, ale balismy sie ze ulegniemy zludzeniu, ze mamy bardzo duzo wolnego czasu. Jednak na poludniu jest jeszcze tyle'cudow natury', ze ograniczymy nasz pobyt w tym miejscu jedynie do jutra. Planujemy wyjsc wczesnie rano i isc na 6-cio godzinny spacer wzdluz wybrzeza do puntu w ktorym oddzielaja sie dwie zatoki - Golden Bay i Tasman Bay...

Promem na poludniowa wyspe

17.06

Dzisiaj przepromowalismy sie na poludniowa wyspe. W Wellington spalismy w samym centrum i mielismy bardzo blisko do promu. Pobladzilismy troche po porcie i jakims cudem znalezlismy sie przy samym wjezdzie do statku, podczas gdy wszystkie inne samochody staly w kolejce za brama ;). Na szczescie nie kazali nam zawracac.
Po 3,5h zeglugi po dosc wzburzonym morzu znalezlismy sie w Picton i ruszylismy w kierunku Nelson bardzo malownicza trasa: Queen Charlotte Track. Widoki byly przepiekne, ale droga bardziej nadaje sie dla motocykli, niz dla takiej ciezarowki jak nasza. Piotr troche sie napocil i szczesliwie dojechalismy do Nelson.

Wellington

Tongariro Alpine Crossing

15.06

Od rana pogoda nie zapowiadala przyjemnego dnia. Bylo zimno i siapil deszcz. Spakowalismy cieple i przecideszczowe ubrania, zrobilismy jedzenie i wsiedlismy w busik. Z kazdym kilometrem niebo sie przecieralo i robilo sie cieplej. Jak to w gorach - pogoda jest kaprysna i trudna do przewidzenia. Poczatkowo wchodzilismy przez las, potem weszlismy na teren pokryty krzewami, potem trawa i mchem. Im wyzej tym bardziej niezwykle. Ania szla powolnym krokiem przygladajac sie kazdej roslince i kamyczkowi. Te byly wytworem czynnego tu wulkanu. Szlismy czarna od lawy sciezka wsrod zywej zieleni i miedzy rozowo-sinymi porowatymi skalami rozspypanymi na jasno szarym piasku. Obraz jak z ksiezyca. I tak naprawde smutno nam, ze jakkolwiek bysmy tego nie opisali, trudno bedzie sobie to wyobrazic. I niestety nasze zdjecia tez tego nie oddadza. Ze wzgledu na bardzo silny wiatr (70km/h)nie moglismy przejsc calego 'TAC' ale doszlismy do Red Crater, po drodze mijajac kilka blekitnych wysokogorskich jeziorek (Emeraldas Lakes). Trzy z nich polozone tuz pod krwistoczerwonym ujsciem wulkanu byly otoczone bialo-zoltymi skalami nasiaknietymi siarka. Wszedzie dookola buchaly malenkie gejzery ze smierdzaca para. Sam krater widzielismy troche z daleka, bo gdy weszlismy na czubek, aby spojrzec z samej gory, przykryla nas chmura, zrobilo sie mgliscie i baaardzo zimno. Szybko zbieglismy na dol i potem dlugo nie moglismy sie zagrzac. Czas zaczal nas gonic i trzeba bylo wracac. Bylo nam zal, ze podczas najpiekniejszej pory dnia, kiedy wszystkie kolory tutejszej jesieni odkrywaja swe prawdziwe oblicze, my mysimy spieszyc sie na powrotny autobus. Czasem nawet musielismy biec z plecakiem, ale zdarzylismy w ostatnim momencie. Dotarlismy do naszego 'domku' poznym popoludniem z dylematem 'co teraz'. Zdecydowalismy jechac na poludniowa wyspe. Mowia, ze polnocna czesc kraju to jeszcze 'nic' w porownaniu do tego co mozna przezyc i zobaczyc na poludniu. Piotr mimo zmeczenia pociagnal jeszcze kawalek w kierunku Wanganui i tam na pierwszym lepszym zajezdzie poszlismy na zasluzony wypoczynek...
Co do atrakcji, o ktorych wspominalismy wczesniej, a o ktorych mielismy opowiedziec: tuz po samym przylocie do Nowej Zelandii nazbieralismy sporo materialow informacyjnych. Zawieraja one wszelkie informacje co, gdzie i za ile mozna zrobic w kazdym regionie tego kraju. Jest to niebywale ile mozna 'wycisnac' z jednego miejsca. Wszedzie mozna zrobic rafting, kajaking, canyoning, przeplynac sie widokowym cruisem, pokrecic sie w zorbingu czy skoczyc na bungie. Mozna tez poleciec samolotem, wziac udzial w helisnowboardingu czy skoczyc ze spadochronem (tzw skydiving). Popularny tez jest tour pod tytulem 'Najwspanialsze wina Nowej Zelandii', gdzie przez kilka dni zwiedza sie wszystkie winnice od polnocy po poludnie, degustuje wina i poznaje ich historie. Mozna tez wstapic do Parku Krewetek, gdzie przez caly dzien chodzi sie po farmie z basenami i lowi krewetki, ktore potem mozna przyrzadzic pod okiem kucharza i zjesc. Atrakcja dla dzieci jest tez karmienie z butelki malutkich owieczek. Dla fanow motoryzacji przewidziane sa muzea starych Cadillac'ow, dla kobiet - wszechobecne spa i zrodla termalne. Ciekawa atrakcja sa miejsca kultury Maorysow. Jest ona wciaz zywa, co zreszta mozna odczytac na mapie - nazwy miast sa w jezyku maoryskim, a Nowa Zelandia ma dwa oficjalne jezyki.
Jezeli chodzi o nasze wrazenia z kontaktow z tubylcami to wszyscy sa niezmiernie mili i przyjaznie nastawieni. Zreszta trudno sie dziwic skoro mieszkaja w tak pieknym kraju. Wszyscy zagaduja i pytaja nas w jakim jezyku rozmawiamy i czy podoba nam sie ich kraj. Wszyscy sie z nami witaja, usmiechaja sie do nas, chca nam wszystko powiedziec i pomoc nawet gdy nie oczekujemy pomocy. Zyja kolorowo, w niewielkich domkach, maja za to piekne, zadbane ogrody z rowno przystrzyzonymi trawnikami i zywoplotami uformowanymi w przerozne wesole ksztalty.

sobota, 18 czerwca 2011

Taupo i wodospady Huka

14.06

Dzisiejszy poranek rozpoczelismy rownie magicznie co wczorajszy wieczor. Potem pojechalismy w kierunku jeziora Taupo. Po drodze zrobilismy pierwsze podejscie do wymiany wszelkich plynow w camperze, co dostarczylo nam nie lada wrazen, potem shopping i wybralismy sie pod Huka Falls. Wygladaja one bardziej jak przelom w rwacej rzece, ale naprawde robia wrazenie (220 ton wody na minute). Rzeka jest prawie przezroczysta i w miejscu przelomu pieni sie tak instensywnie, ze cale jeziorko pod nim jest zupelnie biale. Tutaj mozna pobawic sie biorac udzial w tzw Super Jet czyli podplynac motorowa pod sam wodospad, zmoczyc sie, zrobic kilka koleczeczek i miec z tego duzo fun'u. My zrobilismy to pod Iguazu Falls w Argentynie i wiemy co to znaczy. Zrobilismy spacer wzdluz rzeki i ruszylismy w dalsza droge.
Dojechalismy do Tarangiri National Park, a dokladnie do Turangi. Tam po 4 dniach wloczegi zatrzymalismy sie na Campingu / CarParku. Wreszcie moglismy, podlaczyc sie do pradu, zrobic pranie i ogromny obiad. Wykupilismy takze bilety na jutrzejszy treking Tangariri Alpine Crossing. Jest to jedno z najpiekniejszych miejsc wartych odwiedzenia, przynajmniej na polnocnej wyspie, tak wiec jutro czeka na pobudka o 6.00. Dobranoc...

Osada hobbitow - na planie filmowym

12.06

Obudzilismy sie pare minut przed 5.00 rano. Zjedlismy sniadanie w naszym 'wszystko majacym' pojezdzie i ruszylismy spowrotem do Otorohanga. Zaparkowalismy przed supermaketem i wystartowalismy na krotki jogging. Miasteczko bylo na tyle niewielkie, ze w ciagu 35 min zdarzylismy przebiec cale dookola - dwukrotnie. Bieglismy wzdluz jeziorek pelnych przedziwnych, czarnych kaczek z czerwonymi glowami, wsrod gestych drzew. Wioska dopiero budzila sie do zycia. Powietrze mialo nieskazitelnie czysty zapach, ktory mieszal sie z zapachem swiezo wypiekanego chleba. Wszyscy ludzie witali sie z nami z usmiechem na twarzy. Slychac bylo spiew setek roznorodnych ptakow. Wszystko spowite niska, gesta mgla... Dzien zaczal sie nam naprawde wyjatkowo, a my moglismy tak biec i biec.
Z Otorohanga udalismy sie na wschod w okolice Matamata, a dokladniej do miejsca w ktorym kreca film 'Wladca Pierscieni'. Miejsce to nazywa sie Hobbiton poniewaz tutaj zamieszkiwali filmowi Hobbici, Gandalf i inni o ktorych pamietaja jedynie wierni fani tej basni ;) Cala plan filmowy i zwiazane z nim informacje sa objete tajemnica, w zwiazku z tym na samym wstepie kazdy uczestnik wycieczki musi podpisac oswiadczenie, ze nie opublikuje nigdzie zdjec, video ani informacji z tego miejsca. Tak samo restrykcyjnie traktuja pilotow samolotow przelatujacych nad tym terenem. Generalnie, jest to zabronione do 5000 m.n.p.m. w obawie przed wyciekiem tajnych informacji. Sprawa zdjec wydaje sie byc bardzo ciekawa bowiem zauwazamy, ze jest to w wielu miejscach jest to bardzo ograniczone. Podczas poprzedniej wycieczki bylo to zabronione calkowicie, dzis - moglismy robic zdjecia ale nie mozemy ich potem uzyc na np. bloga, youtube czy inne portale. Ostatnia atrakcja tego miejsca bylo tradycyjne dla tego regionu 'golenie owiec'. W zwiazku z tym, ze caly kraj pokrywa piekna trawa, maja tu doskonale warunki do hodowli zarowno owiec jak i bydla. Nawet jadac wzdluz pol mozna dostrzec jak te zwierzeta sa szczesliwe majac takie srodowisko ;). Sa czyste i zadbane. Podczas pokazu bezzebny, usmiechniety farmer ogolil owce w 2 minuty, tak sprawnie, ze nawet sie nie zorientowala.
Potem wyruszylismy w strone Rotorua. Poczatkowo chcielismy wykapac sie w spa, w basenach blotnych i siarkowych, ktorych jest tu od groma ale cena takiej przyjemnosci zbila nas z nog.
Znalezlismy jednak wspaniala miejscowke na nocleg. Kilka metrow od jeziora Rotorua. Tam polozylismy sie wczesnie spac majac w planie poranna przebiezke.
Dzisiejszy dzien byl dla nas pierwszym, w ktorym tak naprawde doswiadczylismy Nowej Zelandii. Od samego poczatku, na kazdym kroku widok zapieral nam dech w piersiach. Jest to miejsce o ktorym sie marzy, zielone, wspaniale. Jest tak pieknie, ze az wzrusza. Lzy kreca sie w oku i czlowiek zadaje sobie pytanie dlaczego oni zyja tu w takim cudownym miejscu, maja wszystko, sa niewiarygodnie mili i uprzejmi. Dlaczego my nie zyjemy w takim miejscu i dlaczego nasz narod nie potrafi zagospodarowac naszego kraju tak, aby zylo sie w nim lepiej. Tak wiec jechalismy podziwiajac widoki niczym z filmu (kazdy kto ogladal 'Lord of Rings' lub 'Braveheart' wie o czym mowa) podczas jednej z najpiekniejszych jesieni naszego zycia...

Gejzery w Orakeikorako

13.06

Na dlugo przed wschodem slonca zjedlismy lekki posilek i poszlismy pobiegac. Rzeski wiatr od jeziora dmuchal w nas podczas calego treningu. Bylo dosc zimno - ok 6C. Kiedy wzeszlo slonce odkrylo sie przed nami piekno tego miejsca (wiemy, ze to slowo coraz czesciej sie powtarza, ale brak slow aby opisac nasz zachwyt i radosc, ze mamy mozliwosc przebywac w tym tak bogatym scenicznie kraju). Bieglismy wzdluz jeziora o przezroczystej wodzie. Rownolegle z nami, po wodnej tafli dryfowaly czarne labedzie i kilkadziesiat czarnych kaczek, ktore bezradnie uczyly sie latac... Po drugiej stronie sciezki, tuz za gigantycznymi drzewami rozposcieral sie teren do gry w golfa - jednej z najbardziej popularnych tutaj dyscyplin sportu (obok rugby). Poswiecilismy troche czasu na trening na powietrzu i wrocilismy na sniadanie - tym razem o wlasciwej porze - 9.00 rano.
Poniewaz ten kraj nie jest duzy i kolejne atrakcje (a jest ich wiele o czym napiszemy pozniej) nie sa od siebie bardzo oddalone, postanowilismy zwiedzac jak najwiecej sie da. Poswiecamy duzo czasu na przegladanie 'guide'ow' i decydujemy z czego musimy rezygnowac (bo warto tak naprawde zobaczyc tu wszystko).
Pierwszym miejscem jakie dzis odwiedzilismy to park Kiwi. Kiwi to takie male zwierzatko (wielkosci kury), a wlasciwie ptaszek ktory nie ma ogonka, ani skrzydelek i jest narodowym symbolem Nowej Zelandii. Ma bardzo dlugi dziubek i nim wlasnie wygrzebuje robaczki z ziemi. Bylo to kolejne miejsce, ktore moglismy ogladac, a nie moglismy robic zdjec. Dlatego mamy jedynie zdjecie wypchanego Kiwi z wystawy. Potem w ramach biletu wstepu przeszlismy caly park pelen kolorowych ptakow, wielkich na metr pstragow i zielonych gekonow. Jako ciekawostka - mozna bylo zobaczyc tu biale labedzie (tak, tak, te same co u nas w Polsce). Naleza tutaj do zadkosci i sa pod szczegolna ochrona. Wszyscy sie nimi zachwycali i robili im zdjecia, bo tutaj wystepuja naturalnie jedynie czarne labedzie z czerwonym upierzeniem na czubku glowy.
Stamtad pojechalismy nad najbadziej okazale gorace zrodla na polnocnej wyspie. Nazywaja sie Orakeikorako . Tutaj, posrod bujnej zieleni, wsrod drzew (jedne przypominaja palmy a inne brzozy), mchu i paproci wyplywa z gejzerow - blotna lawa w bialym kolorze. W tym miejscu oprocz mieszanki wrazen z dyszacych wulkanicznych otworow i duszacego siarkowego zapachu, mozna jeszcze pogubic sie w grze kolorow otaczajacych krajobrazow. Wszystko to bedziecie mogli obejrzec na zdjeciach, ktorych poszlo tu ponad 300!
Miejsce bylo tak magiczne a parking swietnie polozony, ze postanowilismy zostac tu na noc. Przygotowalismy kolacje pelna warzyw, z winkiem i ustawilismy naszego kampera w kierunku niepowtarzalnego widoku. Tak, az do zmroku spedzilismy ten kolejny, wyjatkowy wieczor. Teraz dochodzi 19.00, zmeczenie powoli dopada, pora wiec spac...