wtorek, 21 czerwca 2011

Tongariro Alpine Crossing

15.06

Od rana pogoda nie zapowiadala przyjemnego dnia. Bylo zimno i siapil deszcz. Spakowalismy cieple i przecideszczowe ubrania, zrobilismy jedzenie i wsiedlismy w busik. Z kazdym kilometrem niebo sie przecieralo i robilo sie cieplej. Jak to w gorach - pogoda jest kaprysna i trudna do przewidzenia. Poczatkowo wchodzilismy przez las, potem weszlismy na teren pokryty krzewami, potem trawa i mchem. Im wyzej tym bardziej niezwykle. Ania szla powolnym krokiem przygladajac sie kazdej roslince i kamyczkowi. Te byly wytworem czynnego tu wulkanu. Szlismy czarna od lawy sciezka wsrod zywej zieleni i miedzy rozowo-sinymi porowatymi skalami rozspypanymi na jasno szarym piasku. Obraz jak z ksiezyca. I tak naprawde smutno nam, ze jakkolwiek bysmy tego nie opisali, trudno bedzie sobie to wyobrazic. I niestety nasze zdjecia tez tego nie oddadza. Ze wzgledu na bardzo silny wiatr (70km/h)nie moglismy przejsc calego 'TAC' ale doszlismy do Red Crater, po drodze mijajac kilka blekitnych wysokogorskich jeziorek (Emeraldas Lakes). Trzy z nich polozone tuz pod krwistoczerwonym ujsciem wulkanu byly otoczone bialo-zoltymi skalami nasiaknietymi siarka. Wszedzie dookola buchaly malenkie gejzery ze smierdzaca para. Sam krater widzielismy troche z daleka, bo gdy weszlismy na czubek, aby spojrzec z samej gory, przykryla nas chmura, zrobilo sie mgliscie i baaardzo zimno. Szybko zbieglismy na dol i potem dlugo nie moglismy sie zagrzac. Czas zaczal nas gonic i trzeba bylo wracac. Bylo nam zal, ze podczas najpiekniejszej pory dnia, kiedy wszystkie kolory tutejszej jesieni odkrywaja swe prawdziwe oblicze, my mysimy spieszyc sie na powrotny autobus. Czasem nawet musielismy biec z plecakiem, ale zdarzylismy w ostatnim momencie. Dotarlismy do naszego 'domku' poznym popoludniem z dylematem 'co teraz'. Zdecydowalismy jechac na poludniowa wyspe. Mowia, ze polnocna czesc kraju to jeszcze 'nic' w porownaniu do tego co mozna przezyc i zobaczyc na poludniu. Piotr mimo zmeczenia pociagnal jeszcze kawalek w kierunku Wanganui i tam na pierwszym lepszym zajezdzie poszlismy na zasluzony wypoczynek...
Co do atrakcji, o ktorych wspominalismy wczesniej, a o ktorych mielismy opowiedziec: tuz po samym przylocie do Nowej Zelandii nazbieralismy sporo materialow informacyjnych. Zawieraja one wszelkie informacje co, gdzie i za ile mozna zrobic w kazdym regionie tego kraju. Jest to niebywale ile mozna 'wycisnac' z jednego miejsca. Wszedzie mozna zrobic rafting, kajaking, canyoning, przeplynac sie widokowym cruisem, pokrecic sie w zorbingu czy skoczyc na bungie. Mozna tez poleciec samolotem, wziac udzial w helisnowboardingu czy skoczyc ze spadochronem (tzw skydiving). Popularny tez jest tour pod tytulem 'Najwspanialsze wina Nowej Zelandii', gdzie przez kilka dni zwiedza sie wszystkie winnice od polnocy po poludnie, degustuje wina i poznaje ich historie. Mozna tez wstapic do Parku Krewetek, gdzie przez caly dzien chodzi sie po farmie z basenami i lowi krewetki, ktore potem mozna przyrzadzic pod okiem kucharza i zjesc. Atrakcja dla dzieci jest tez karmienie z butelki malutkich owieczek. Dla fanow motoryzacji przewidziane sa muzea starych Cadillac'ow, dla kobiet - wszechobecne spa i zrodla termalne. Ciekawa atrakcja sa miejsca kultury Maorysow. Jest ona wciaz zywa, co zreszta mozna odczytac na mapie - nazwy miast sa w jezyku maoryskim, a Nowa Zelandia ma dwa oficjalne jezyki.
Jezeli chodzi o nasze wrazenia z kontaktow z tubylcami to wszyscy sa niezmiernie mili i przyjaznie nastawieni. Zreszta trudno sie dziwic skoro mieszkaja w tak pieknym kraju. Wszyscy zagaduja i pytaja nas w jakim jezyku rozmawiamy i czy podoba nam sie ich kraj. Wszyscy sie z nami witaja, usmiechaja sie do nas, chca nam wszystko powiedziec i pomoc nawet gdy nie oczekujemy pomocy. Zyja kolorowo, w niewielkich domkach, maja za to piekne, zadbane ogrody z rowno przystrzyzonymi trawnikami i zywoplotami uformowanymi w przerozne wesole ksztalty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz