wtorek, 16 sierpnia 2011

Muinzenberg. Sea to summit :)

15-16.08

Wciaz rozkoszujemy sie relaksujacym Muizenberg. Wczoraj (15.08) wybralismy sie na malowniczy spacer na pobliska gore. Widoki byly oszalamiajace, lepsze niz z samolotu bo tuz pod swoimi stopami widzielismy cale miasto i szeroki ocean... Na szczycie zjedlismy lunch. Bylo to tym bardziej przyjemne, ze niedaleko od nas lataly bajecznie kolorowe koliberki.
Dzis (16.08) od rana lezymy na plazy. Swieci piekne slonce i jest dosc cieplo mimo obecnej zimy... Piotr - twardziel nie przestraszyl sie zimnej wody, wypozyczyl deske i wskoczyl surfowac.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Pierwsze dni w RPA

13-14.08

W piatek rano po 12,5-godzinnym locie wyladowalismy w RPA, w polskiej strefie czasowej. Mozna powiedziec, ze juz oblecielismy kule ziemska dookola. W Johannesburgu przesiedlismy sie odrazu w samolot do Cape Town, gdzie dolecielismy po 2,5h lotu. Dosc zmeczeni przysiedlismy na chwile przy Subway'u - znanej nam z Polski - 'jadlodajni', skad zgarnal nas 'bialy' czlowiek i zawiozl do Muizenberg. Temperatura zaskoczyla nas bo bylo ok 12C i po upalnym Hong Kongu troche nas przemrozilo. W Muizenberg zrobilismy rundke po miescie i w koncu wyladowalismy uroczym guest hous'ie prowadzonym przez mlode malzenstwo z dziecmi i gromadka kotow i psow. Dostalismy ogromny, jasny pokoj z tarasem i widokiem na morze i gory. Kolo poludnia poszlismy do supermarketu na zakupy i o 17.00 znalezlismy sie w lozku. Od tej chwili spalismy jak zabici az do 8.00 rano nastepnego dnia.
W sobote obudzilismy sie tak jakby nie bylo zadnego przesuniecia czasowego od poprzedniej destynacji. Przesunelismy zegarki o 6h wiec tutejsza 8.00 rano byla dla nas 14.00. Zmeczenie zalatwilo cala sprawe :) W cenie noclegu dostalismy sniadanko - tradycyjne jajko na bekonie z tostem i salatke owocowa, ktorej smak zapomnielismy odkad wyjechalismy z Ameryki Poludniowej. By uczcic powrot cudownych chwil zasiedlismy rano z winkiem musujacym w reku oraz koszem truskawek (pierwsze truskawki od 2010r!) na naszym slonecznym tarasie rozkoszujac sie dzwiekiem wiosennych ptakow i zapachem kwitnacych kwiatow...

piątek, 12 sierpnia 2011

Hong Kong

10-11.08

Do Hong Kongu dotarlismy w srode rano, zmeczeni kolejnym dniem wczesnej pobudki. W miescie zaskoczyla nas ulewa, ktora w koncu zmalala i moglismy spokojnie przebic sie przez tlum ludzi na ulicach. Pokoj mielismy zarezerwowany w jednym z blokow w handlowej dzielnicy. Spodziewalismy sie czegos w stylu Tokio, tymczasem wygladalo to jak chinskie Delhi - gorace, smierdzace i zatloczone. Dostalismy pokoj na 8 pietrze. Okna nie ma wcale, a pokoj przypomina komorke w piwnicy - 2x2m2. Nie ma czym oddychac i trzeba gasic swiatlo by nie dostac klaustrofobii. O lazience lepiej nie wspominac...W koncu to nie hotel tylko hostel, wiec nie narzekamy.
Na ulicach naszej okolicy w kazdej sekundzie przewija sie setka ludzi. Dym miesza sie ze smrodem palonego tluszczu z swinskiej skory czy innych zwierzat pieczonych na szaszlyki. Ta czesc chin wyznaje bowiem zasade, ze 'wszystko co ma 4 nogi i nie jest stolem nadaje sie do jedzenia'. Czasem nie mozemy dojrzec co to takiego wisi na sznurku w gablocie baru gotowe do spozycia... Smrod, balagan i ledwo da sie wytrzymac przy temperaturze 40C. Zupelnie inaczej jest w Tsim Sha Tsui. To jest juz biznesowy dystrykt, w ktorym mozna zasmakowac kuchni z calego swiata i napic sie pysznej mrozonej kawy ze Starbucks'a. Tu takze sprobowalismy specyficznych ciasteczek 'moon cakes'. Ich przepis jest okryty tajemnica i wymaga trudno dostepnych skladnikow jednak jak sie dobrze poszuka w internecie to warto je odnalezc i sprobowac zrobic. Maja naprawde niepowtarzalny smak... Podobnie jest z chinskimi pierozkami 'dim sum' nadziewanymi krewetkami i ugotowanymi na parze. Polecamy! Jemy je od poczatku jak tu przyjechalismy i zaraz udajemy sie po nastepne!
Po zaznajomieniu sie z okolica mozemy powiedziec, ze jest to sklepowa oaza. Wszystkiego jest na potege! Obok siebie mamy trzy wielkie ulice a kazda ma swoje inne przeznaczenie. Pierwsza nazywa sie 'Sport goods' i jest pelna sklepow sportowych Adidas, Nike, Puma, Lacoste, Timberland i wiele innych. Takiego wyboru ubran i przede wszystkim butow nie widzielismy nawet w Londynie!! Kolejna ulica to 'Lady's Market' na ktorej ciagnie sie setka sklepikow z ubraniami, 'pierdolkami' i akcesoriami do wlosow i ubran. Trzecia ulica to 'Electric street'. Tu z kolei mozna nabyc wszystkie elektroniczne nowosci. Od neonow mozna dostac oczoplasu, a od nadmiaru roznorodnych dzwiekow da sie oszalec. Jednak kiedy przyszedl wieczor wybralismy sie nad promenade. Po drugiej stronie zatoki swiecily reklamy elektronicznych gigantow poustawiane na dachach drapaczy chmur.

środa, 10 sierpnia 2011

Zapraszamy do wypelniania ankiety!

Mamy kilka dni na podjecie decyzji co bedziemy robic w Tanzanii. Bedzie nam milo uslyszec Wasze sugestie. Czekamy na Wasze odpowiedzi.
Pozdrawiamy!

wtorek, 9 sierpnia 2011

Tokio cd

6-9.08

Cale dnie spedzalismy na zwiedzaniu Tokio. Przy temperaturze 33-35 C (odczuwalna 40-43) po 12h na miescie wracalismy strasznie zmordowani do hostelu i budzilismy sie tylko troszeczke bardziej wypoczeci przed kolejnym wyjsciem.
Miasto i japonczycy wywarli na nas ogromne wrazenie. Innowacyjnosc, kreatywnosc w tworzeniu przestrzeni zyciowej w polaczeniu z rozwiazaniami technologicznymi sprawialy, ze czulismy sie bardzo futurystycznie. Czasami nawet kosmicznie :)
Japonczycy sa niesamowicie uprzejmi, mili, tolerancyjni i pomocni... i niektorzy lubia sie przebierac za postacie z bajek przed wyruszeniem na niedzielny spacer do parku ;)
Przez te kilka dni staralismy sie jak najbardziej wczuc w klimat Japonii. Robilismy mnostwo rzeczy i kazda z nich byla dla nas nowoscia. Z braku czasu nie opisalismy ich szczegolowo w tym wpisie na blog, ale moze jeszcze to nadrobimy w drodze do Hong Kongu.
Wymienimy tylko kilka z nich: wizyta na targu rybnym Tsukiji (aukcja tunczykow o 4 rano), przejscie mostem Rainbow Bridge przy zachodzie slonca, japonskie sushi (dostalismy jeszcze zywa wyfiletowana makrele, obok ktorej lezaly kawalki jej miesa), spacer po dzielnicy Shibuja (neony, mnostwo sklepow i jeszcze wiecej ludzi), Harajuku ze sklepami dla lolitek (manga) i super designerskimi butikami, pisuary na wysokosci kolan oraz kibelki z komputerowym sterowaniem ;) i mnostwo, mnostwo innych rzeczy.
Podsumowajac trzeba przyznac, ze Japonia otworzyla nam oczy i umysly (nie, nie bedziemy sie przebierac w kostiumy manga ;). Zafascynowala nas ich kreatywnosc, innowacyjnosc i brak samoograniczania. Wytworem tego podejscia jest niesamowita architektura, moda, sztuka i wiele niebanalnych rozwiazan czasami prozaicznych nawet rzeczy.
Sami japonczycy tez nas ujeli - tak zyczliwego narodu jeszcze nie spotkalismy.
Bardzo im wspolczujemy z powodu tragedii jakiej doswiadczyli 11. marca...

sobota, 6 sierpnia 2011

Pozegnanie z Sydney; witamy w Japonii!

3-5.08

Po przylocie do Sydney zainstalowalismy sie u znanego nam juz hindusa, ktory odkryl przed nami swoje prawdziwe oblicze. Poprzednim razem bylo tam juz dosc brudno, lecz tym razem przekroczylo to juz granice dobrego smaku, nie mowiac juz o towarzystwie wszelkiego robactwa. Ale nie to jest najwazniejsze. Srodowy wieczor spedzilismy w Opera House na sztuce Puccini'ego - La Boheme. Przenieslismy sie w swiat bajki o wielkiej, lecz tragicznej milosci (cos w rodzaju 'Romeo i Julia' :). Bylo to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju ze wzgledu na scenografie, doskonala gre aktorska i wokal. Potem do poznej nocy siedzielismy na murku przy operze sluchajac jazzu na zywo i chlonelismy te wyjatkowe chwile z widokiem na imponujace downtown i zatoke. To miejsce jest naprawde 'filmowe'...
Czwartek takze spedzilismy w centrum, ale rowniez troche posiedzielismy przed komputerem probujac rozplanowac ostatnie tygodnie naszej podrozy... Chytry hindus zablokowal kilka stron tak, ze nie moglismy wrzucic obiecanych zdjec z nurkowan na rafie... Wiele rzeczy nie udalo nam sie zrobic.
Wieczorem dotarlismy na lotnisko. O 22.00 wsiedlismy do najwiekszego Beinga 747-400 czyli powszechnie znanego JumboJeta. Samolot byl ogromny jak wielki hotel! Dostalismy menu i pyszne jedzonko oraz szampana aby uczcic nadchodzaca zmiane. Po 9,5h wyladowalismy w Tokio na lotnisku Narita, skad pociagiem przetransportowalismy sie do odleglego o 1,5h drogi - centrum. Zgrabnie wydostalismy sie ze stacji i wraz ze skserowana mini mapka dotarlismy do hotelu. Mimo, ze zadko mozna zobaczyc nasze europejskie cyfry i litery, udalo sie to latwiej niz sie spodziewalismy.
Dostalismy malutki pokoik z dwupietrowym lozkiem, rzucilismy na ziemie nasze ciezkie plecaki i poszlismy w poszukiwaniu prawdziwego... Sushi..!
Nasluchalismy sie duzo, ze miasto jest straszliwie zatloczone jednak na nasze szczescie tak nie bylo. Bylo za to niemilosiernie goraco... Polazilismy chwile po ulicach przygladajac sie wszystkiemu. Ludzie sa mili, nie spiesza sie zbytnio. Nie ma halasu a chodniki sa czysciutkie. Nie smierdzi tak jak w Chinach. Dlugo szukalismy jedzenia, glownie z tego powodu ze w zadnej z knajp nie bylo menu w postaci zdjec. Inaczej nie wiadomo co, gdzie mozna zjesc. Ucieszylo nas bardzo, ze ceny sa tu dwukrotnie nizsze niz w Australii, czasem nawet jeszcze wiecej. Np pol litrowa butelka Coca Coli tam kosztowala 12zl, tutaj - ok 4,5zl. Dzieki zdjeciom rozpoznalismy duza restauracje sushi, w ktorej zasiedlismy do stolu. Na poczatek dostalismy prawdziwa zielona herbate z ryzem. Na 'chybil trafil' wybralismy dwa zestawy z aromatyczna zupka miso, sciete na parze zmiksowane jajko z krewetka, miska ryzu i sashimi. Spodziewalismy sie troche wiecej ryby, a mniej ryzu ale to dopiero pierwsza nasza wizyta w 'susharni' - nastepnym razem juz sie nauczymy ;)
Zmeczeni po calonocnym locie wpadlismy na chwile do supermarketu aby kupic cos na sniadanie. Niestety na polkach nie ma czegos takiego jak platki sniadaniowe czy mleko uht. Jest za to szeroki wybor ryzu, makaronu ryzowego i sojowego oraz zupek typu chinskich. Pozostawilismy sobie ten trudny wybor na pozniej i poszlismy do naszego Ninja Hostelu na krotka dzemke...
Po poludniu wrocilismy do tej samej knajpki, tym razem na zestaw z samej swiezej ryby. Do tego zamowilismy po swiezym, lanym japonskim piwie Asahi. Ryba byla pyszna, chuda z dodatkiem swiezego chrzanu Wasabi ktore smakowalo zupelnie inaczej niz to wyciskane u nas z tubki. Przygladalismy sie ludziom ktore powoli kosztowali kazdy kawalek sushi, bez pospiechu, zupelnie inaczej niz my. Tutaj sushi jest sztuka, a kucharze ktorzy je przygotowuja robia na talerzu istne arcydzielo. Kazdy gosc w restauracji spedzal nad talerzem duzo czasu celebrujac swoj posilek... Japonczycy sa bardzo spokojnym i niezwykle uprzejmym narodem i widac to od samego poczatku, gdy wsiedlismy w samolot z Australii. Wieczor spedzilismy siedzac na murku nad rzeka przecinajaca miasto patrzac w niebo, w oswietlone budynki pelne japonskich znakow i obserwujac przeplywajace lodzie w ktorych japonczycy przebrani w kimona jedli tradycyjne posilki.
Bardzo nam sie tu podoba!!!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Nurkowanie na rafie

31.07-01.08

Za nami dwa niezapomniane dni... Przezylismy kolejna niesamowita przygode na miare rejsu na Antaktyde! Zanurzylismy sie w glebi oceanu i zatracilismy sie w podwodnym, pelnym kolorow zyciu...
Pierwsze dwa nurkowania mielismy z wielkiej lodzi motorowej dla 40 osob (2 poklady). Na szczescie, wszystkich osob bylo ok 20, a z uprawnieniami tylko 6, dlatego nie bylo tloku. Ledwo weszlismy na poklad, zaraz wskakiwalismy do wody, chwila na przekaske i spowrotem. Plywalismy tylko we dwojke. Po solidnej powtorce z nurkowania na Galapagos nie potrzebowalismy juz 'divemastera', czyli przewodnika.
Juz od samego poczatku rafa koralowa ukazywala nam swoje niesamowite oblicze. Tuz pod lodzia przywital nas ogromny na 2 metry, blekitnawy 'humphead maori wrasse'. Potem nie moglismy sie napatrzec na wielobarwne lawice ryb zbierajace sie wokol koralowcow. Po drugim nurkowaniu przetransferowalismy sie na inna, wieksza lodz przycumowana na stale, na ktorej zostalismy na noc. Dostalismy ladna kajute z telewizorem (nawet nie mielismy czasu go wlaczyc) i prywatna lazienka. Chwile pozniej juz ubieralismy sie w kombinezony, aby po raz trzeci ogladac podwodny swiat. Lodz stala przymocowana w innym miejscu majestatycznej rafy koralowej.
Jednak to na co najbardziej czekalismy, to nocne nurkowanie - pierwsze w naszym zyciu. Zreszta wszystkie osoby ktore byly z nami w tym czasie na rejsie, takze nigdy tego nie robily. Kiedy zebralismy sie przed nurkowaniem na odprawie bylo juz ciemno. Nasza lodz miala dwa mocne podswietlenia. Gotowi do wyjscia wyjrzelismy na platforme - w miejsce zejscia do wody. Plytko pod tafla plywalo mnostwo wielkich ryb, a wsrod nich gromadka szarych rekinow (ok 2m)! Momentalnie miny wszystkim zrzedly i kazdy poczul sie nad wyraz zmeczony oznajmiajac, ze moze to juz pora spac... ;) Jednak nie ma przygody bez ryzyka, wiec tylko nieliczni zrezygnowali z tej okazji. Dostalismy latarki przy czym ostrzezono nas, zeby nie swiecic zbyt dlugo na male rybki bo swiatlo przyciaga drapiezniki, ktore dzieki temu doskonale odnajduja swoje ofiary. Czasem przez oswietlanie malenkich osobnikow mozna przyczynic sie do ich szybkiej smierci. Madrzejsi o pare takich i mniej istotnych informacji zeszlismy w czteroosobowej grupie w czarna otchlan (bo jakzeby inaczej nazwac zejscie kilkanascie metrow pod wode, ktora i tak wieczorem wyglada z wierzchu jak gdyby byla juz czarna)! Tam na dnie woda brzmiala juz zupelnie inaczej, wsrod nas plywaly wielkie ryby (Giant Grouper 2,5m!), ktore wyplywaja dopiero po zmroku na polowanie. Nie bylo juz malych, radosnych, kolorowych rybek. Pojawily sie za to rekiny (Grey Reef Shark)o surowych rysach blyskawicznie przecinjace droge przed naszymi oczami. Bylo ciemno i momentami przerazliwie, jednak mimo wszelkich obaw wszystko skonczylo sie dobrze i z radoscia na twarzach wrocilismy do naszej przytulnej kajuty. Noc mielismy ciezka, bo choc przyjemnie bujalo, mielismy bol w klatce piersiowej spowodowany nieprzystosowaniem do cisnienia pod woda, przed oczami przelatywaly nam rybki, a w uszach bulgotalo od uciekajacych pecherzykow powietrza.
Po czwartym nurkowaniu tego samego dnia bylismy juz zmeczeni i z trudem przychodzilo nam na mysl, aby wstac na kolejne o 5.45 rano... Chwila refleksji i decyzja okazala sie najwlasciwsza. Wskoczylismy do wody o wschodzie slonca(taki substytut prysznica). Woda byla klarowna i morze spokojne. Rafa budzila sie do zycia. Najlepszym momentem tego nurkowania byl przesmyk miedzy dwoma wysepkami koralowymi z dosc silnym pradem, w ktorym 'wisialo' stado wielkich srebrnych barrakud. Oprocz nich bylo tam wiele innych duzych ryb. Dwa ostatnie 'nurki' odbyly sie w innym rejonie. Przed wejsciem zostalismy zapoznani z mapa i dostalismy wieksze butle, aby moc spedzic w wodzie troche wiecej czasu. Za pierwszym razem oprocz tysiecy oszalamiajacych ryb, z ktorych spora czesc nauczylismy sie rozpoznawac, ujrzelismy plywajacego zolwia i mala, jadowita 'scorpion fish'. Podczas ostatniego zejscia oplynelismy nowa czesc rafy koralowej. Mielismy ze soba wypozyczony aparat fotograficzny jednak zdjecia nie sa w stanie odzwierciedlic barw i wszystkiego co wtedy widzielismy. To jest zupelnie inny swiat, inne zycie. Wszystko sie rusza, podplywa i kreci wokol Ciebie... Wplywalismy do jaskin i trawersowalismy wzdluz podwodnych przepasci. Przygladalismy sie rekinom dryfujacym pod skalami. Woda byla doskonale przejzysta, a rafe oswietlalo przebijajace sie slonce. Bylo nam cieplo i chcielismy zostac tam jak najdluzej. Odkrylismy nowe oblicze Australii (choc wiedzielismy juz wczesniej, ze Wielka Rafa Koralowa jest jedyna w swoim rodzaju).
Jednak wszystko kiedys musi sie skonczyc, wiec z zalem pozegnalismy sie z ta zachwycajaca przygoda. Zrobilismy 7 nurkowan i spedzilismy pod woda przeszlo 6 godzin - to bylo wspaniale doswiadczenie.
Jutro zostajemy jeszcze jeden dzien w Cairns - aby ulecialy z nas babelki azotu, ktore nagromadzily sie we krwi podczas zejscia na gleboka wode. Od ostatniego nurkowania musza minac 24h aby moc leciec samolotem. Marza nam sie miejsca z widokiem na rafe... Zobaczymy jak to bedzie ;)
Tymczasem pozdrawiamy Was goraco i lecimy na miasto, bo glodni jak wilki - pora na Tom Yum Goong - nasza ulubiona, rogrzewajaca zupa :D !!

sobota, 30 lipca 2011

Cairns

28.07

Rano oddalismy samochod i przenieslismy sie do skromnego motelu niedaleko CBD (Central Bussines District). Po generalnym praniu wybralismy sie na wieczorne zwiedzanie Cairns. Miasto o niskiej zabudowie polozone nad sama woda przyciaga tlumy turystow z calej Australii i calego swiata. Jest tu mnostwo sklepow i kawiarni. Na placach odbywaja sie pokazy uliczne. W centrum, obok glownego deptaka zbudowano sztuczna lagune, w ktorej mozna sie bezpiecznie kapac. Jest podswietlana po zmroku, w ciagu dnia natomiast jest osloniona od slonca baldachimami, zeby nie bylo za goraco. Miasto sprawia bardzo przyjemne wrazenie, jednak takie kurorty nie koniecznie sa naszymi ulubionymi miejscami. Jak to w wiekszych miastach, oprocz zwyklych ludzi, jest tu troche marginesu spolecznego... Niestesty sa to glownie sa to rodowici mieszkancy Australii - Aborygeni, ktorzy nie dostosowali sie do realiow. Widac jak bardzo te dwie kultury: bialych i natywnych odcinaja sie od siebie...
Dzis robimy drugie podejscie do zwiedzania. Jutro wsiadamy na 'lajbe' i bedziemy nurkowac dwa dni na rafie koralowej.
Trzymajcie sie!

Misssion Beach

26-27.07

Te dwa krotkie dni spedzilismy w jednym z caravanparkow w wiosce Rollingstone. Mimo, ze miejscowosc ta polozona jest nad samym morzem, a od plazy dzielila nas zaledwie waska uliczka - caly dzien przelezelismy na lezakach przy basenie. Na plazy nie bylo zbyt wiele miejsca do lezenia - duzo kamieni. Woda miala bury kolor. Obowiazywal zakaz kapieli z powodu przebywajacych tu krokodyli.
Camping byl naprawde bardzo przyjemny, bo mial wszystko lacznie z barbeque i ogolnodostepna kuchnia z wielkim plazmowym telewizorem. Wieczorem zbierali sie przy nim starsi kampowicze i przy winku spedzali na wesolo caly wieczor.
Jedno co przykulo nasza uwage, a bylo to absolutnie nie do pomyslenia w Nowej Zelandii: na campingach nocuje mnostwo ludzi w swoich wlasnych przyczepach i motorhome'ach i tutaj kazde z nich ma odprowadzona rure, ktora plyna pomyje pod wlasny 'dom' - na trawe. W Nowej Zelandii oczywista sprawa bylo, ze takie rzeczy spuszcza sie w specjalnych studzienkach kanalizacyjnych. Nie da sie ukryc, ze wiele Australijczykow jest mniej wrazliwych ekologicznie niz ich sasiedzi z NZ.

28.07

Dzis takze zostalismy na campingu pod namiotem (ostatnio slabiej spimy wiedzac, ze czasami krokodyle wychodza z wody na spacer ;). Tym razem w wiosce Mission Beach znanej z przepieknej tropikalnej plazy i turkusowego morza. W rzeczywistosci wiekszosc palm zostalo ogoloconych ze wszelkich lisci po lutowym cyklonie i teren byl bardziej przygnebiajacy niz myslelismy. Z ziemi wystawaly jedynie kikuty swiadczace o tym ze kiedys cos tu bylo...
Polozylismy sie wczesnie spac, bo rano trzeba wstac, aby zdazyc na czas z oddaniem samochodu w Cairns.
Rano kilka minut po wyjechaniu z campingu udalo nam sie spotkac ptaka, ktory nazywa sie cassowary (przypomina troche strusia) i jest niestety wymierajacym gatunkiem...

Cape Hillsborough National Park

24.07

Od rana ciagniemy sie bezkresna droga polnocnej Austarlii. Tutaj, jak kazdego dnia, swieci palace slonce, ktore wysusza rozlegle tereny. Mimo, ze aktualnie panuje tu zima, jest okolo 22C. W cieniu jest chlodno, za to w sloncu bywa nie do wytrzymania. Mnostwo ludzi ma slady po poparzeniach, bo w lato Australia zamienia sie w pustynie. Zreszta do tego dochodzi petlaca sie nad kontynentem dziura ozonowa, wiec osob z rakiem skory jest tutaj najwiecej na swiecie.
Przejechalismy dzis ponad 300km, zeby zblizyc sie do rafy koralowej i bajecznych plaz z bialym piaskiem. Nie mamy niestety za duzo czasu na plazowanie, bo musimy nadrabiac kilometry w ciagu dnia. Wszyscy ostrzegaja nas jak niebezpieczne jest podrozowanie w nocy ze wzgledu na przekraczajace droge kangury. Sa na tyle duze ze zazwyczaj wypadki te koncza sie smiertelnie dla obu stron. Jadac autostrada widzielismy kilkadziesiat martwych zwierzat... i wiele krzyzykow...Podroz samochodem konczylismy patrzac na pomaranczowy horyzont wsrod bezowej sawanny, czyli tak jak wyobrazalismy sobie Australie bedac jeszcze w Polsce. Australia pod znakiem Emu.
Slowo o wczorajszym spostrzezeniu. Konczac nasz szalony, poprzedni dzien wdalismy sie w rozmowe z sprzedawca ze sklepu monopolowego. Widzac jak zabiegany lata miedzy jakims samochodem, noszac torby z zakupami i dokonujac transakcje na kasie, zapytalismy czemu tak sie dzieje. Pan zrobil ogromne oczy i ze zdziwieniem zapytal: 'skad wy jestescie?? U was tak nie ma??' Wyjasnil potem, ze to sa tzw 'Liquor Store Drive Thru' czyli sklepy monopolowe gdzie jak w McDonaldzie - zamawiasz i placisz nawet nie wychodzac z samochodu. Sarkastycznie dodal przy tym, ze to po to aby grubaskom zylo sie latwiej i zeby ludzie nie musieli sie za duzo ruszac - w koncu to ma sluzyc wygodzie... Nie da sie ukryc, ze im dalej od wielkich miast tym bardziej widzimy inny styl zycia mieszkancow. Tu nikt juz nie biega, za to kuchnie maja 'och, pozal sie Boze'... Dwukrotnie skusilismy sie na australijskie dania, dla odmiany od 'tajskiej', i za kazdym razem byl to wielki blad. Za pierwszym razem byly to grillowane kalmary, ktore okazaly sie wielka porcja panierki z ktorej kapal stary olej. Za drugim razem sprobowalismy slynnego 'meat pie'a' czyli babki z kruchego ciasta nadziewanej miesem. Ten przysmak wzbudzil nasza watpliwosc, czy to co jest w srodku, to aby napewno to co zamowilismy, bo ze srodka wylewal sie gesty i tlusty, szary sos z marchewka i groszkiem...

25.07

Odwiedzilismy dzis Cape Hillsborough National Park okolo 40km na polnoc od Mackay. W tym miejscu po raz pierwszy spotkalismy dziko zyjace kangury. Wsrod wielu z nich wypatrzylismy matke, u ktorej z brzucha wystawala mala mordka jej dziecka. Zrobilismy spacer wzdluz plazy, na ktorej wyrysowane byly tajemnicze slady malenkich krabow i przy drewnianym plocie sfotografowalismy jednego z wielu zyjacych tutaj ciekawych ptakow. Byl bardzo sympatyczny, bo nawet nie drgnal gdy podchodzilismy do niego na odleglosc metra. Bardzo jestesmy ciekawi co to za ptak :)
Poki co, dalej przemierzamy kolejne kilometry odbierajac Australie jako kraj nudny, bez specjalnych atrakcji (pani celnik na lotnisku w NZ miala racje: w Australii nie ma nic ciekawego ;). Droga wyglada caly czas tak samo i nie jest to warte nawet jednego zdjecia. Czujemy, ze jedynie surfing przyniosl nam wiele radosci i ze nurkowanie na rafie koralowej w Cairns bedzie wspanialym zakonczeniem naszego pobytu w tym kraju. Czekamy jeszcze, aby pojawic sie na jednej z setek piaszczystych plaz choc i tak nie mamy gwarancji, ze dane nam bedzie wykapac sie w morzu ze wzgledu na rekiny, krokodyle zyjace w slonej wodzie i tzw 'stingers' czyli smiertelnie toksyczne meduzy...

Noosa Heads

23.07

Dzis byl szalony dzien ale o tym pozniej :) Wczoraj (22.07) zrobilismy pierwsze 150 km w kierunku Fraser Island - wielkiej wyspy z samego piasku. Jest ona wpisana na liste swiatowego dziedzictwa Unesco. Mozna sie dostac na nia wykupujac tour z przewodnikiem albo wypozyczajac terenowke z napedem na 4 kola. Niestety jak wszystko tutaj jest to bolesnie drogie i postanowilismy dac sobie chwile do namyslu... Po poludniu wyladowalismy w nadmorskim kurorcie Noosa Heads, skad udalismy sie na spacer po parku narodowym. Tutejszy rainforest rozni sie od tego w Nowej Zelandii, jednak czas spedzony nad oceanem byl bardzo przyjemny i odswiezajacy. Wieczorem w biegu zlapalismy tradycyjnie po tajskiej zupce i dojechalismy do campervan parku gdzie zostalismy na noc w wielkiej przyczepie campingowej.

Cieply klimat stanu Queensland (23.07) bywa czasem nuzacy i sprawia ze czlowiek czuje sie senny... Jednak nic nie budzi lepiej jak poranna przebiezka, dlatego wybralismy sie na godzinny jogging po okolicy. Tereny przypominaja nasze polskie gospodarstwa polozone na pagorkach, z ta roznica ze tutaj zamiast ptakow slychac i widac wszechobecne papugi. Oprocz takich malych, bajecznie kolorowych czesto mozna wypatrzyc biale papugi Ara z zoltymi 'irokezami' na czubku glowy. Sa wielkie na ponad pol metra i robia strasznie duzo halasu. Jest ich duzo w miastach, a takze w malutkich wsiach.
Ze wzgledu na koszty i to, ze jeszcze kilka pieknych wysp przed nami, zrezygnowalismy z Fraser Island. Wybralismy inne miejsce ktore mialo nam je choc troche zastapic - Great Sandy National Park. Gdy przyjechalismy na miejsce, specjalnie nie bylo wyboru spacerow. Wszystkie zajmowaly od 5-6h i zeby je przejsc powinnismy trafic na odplyw. Akurat w tym czasie morze bylo w najwyzszym punkcie i droga przez plaze byla zamknieta. Jednak Piotr - prawdziwy inicjator wszelkich szalonych aktywnosci - wypatrzyl lekcje surfingu! To byla wspaniala alternatywa dla kolejnego dnia trekowania. Bawilismy sie rewelacyjnie! Choc dla Ani byl to pierwszy raz - udalo sie jej stanac na fali juz za 3 podejsciem! Piotr majac wczesniejsze doswiadczenie smigal na falach jak profesjonalista ;) Warunki do plywania byly bardzo trudne - byl bardzo silny prad i mocny wiatr. Po kazdym udanym surfingu musielismy wracac 200 metrow po plazy w miejsce startu - tak bardzo znosilo morze tego dnia. Po kilku godzinach plywania i walczenia z falami bylismy wypruci z sil. Jednak oboje czulismy sie jak male dzieci bawiace sie wsrod morskiej piany. Plywanie na desce, podobnie jak snowboarding, czy jazda na deskorolce dostarcza takich wrazen, ze czlowiek czuje sie w sposob, ktory ciezko opisac. Jest to radosc z pokonania wlasnych slabosci, wykonania technicznie trudnego zadania i fizycznego zmeczenia. Po skonczonym plywaniu siedzielismy chwile na plazy i patrzac na zachod slonca kontemplowalismy te chwile. Coz to byl za wspanialy dzien!
Po podwieczorku z kalamarow i jew fish ruszylismy na polnoc w kierunku Marlborough. Droga przypominala nam programy o Australii, ktore ogladalismy przed wyjazdem: ogromne przestrzenie z purpurowymi chmurami na horyzoncie. Miejscami przejezdzalismy przez zielony busz. To bylo piekne zakonczenie tego szczesliwego dnia.
Na koniec zameldowalismy sie w jednym z moteli w Marlboroug i poszlismy do pub'u :) Po raz kolejny doswiadczylismy goscinnosci australijczykow, kiedy gosc, z ktorym Piotr rozmawial chwilke o gatunkach piwa, postawil nam po najlepszym lokalnym browarze. Przyniosla nam je kelnerka, po tym jak on juz wyszedl i nawet nie moglismy mu podziekowac.
Przed snem obejrzelismy w tv cala serie 'Lord of the Rings' z lezka w oku wspominajac cudowne pejzaze z Nowej Zelandii...

piątek, 22 lipca 2011

Brisbane

22.08

Ostatnie 2 dni spedzone w Brisbane sprawily, ze inaczej patrzymy na Australie niz wczesniej. Mimo ze jest to 3 pod wzgledem wielkosci miasto w tym kraju i bardzo dynamicznie sie rozwija to zachowalo swoj wyluzowany charakter. Mieszkancy sa otwaci na ludzi - z kazdym da sie pogadac, wszyscy sa pomocni i sie usmiechaja. Tego nam brakowalo w bezosobowym Sydney po przylocie ze wspanialej NZ.

Wiekszosc atrakcji turystycznych polozona jest w samym centrum (CBD - central business district) i glownie tutaj spacerowalismy. Piekna sloneczna pogoda i duza ilosc parkow, ogrodow, sciezek widokowych powoduje, ze mnostwo mieszkancow uprawia sport. Ogromna ilosc ludzi biega z plecakiem do pracy lub z pracy do domu. Trenuja aerobiki i boks na trawnikach przy drodze. Jezdza na rowerach, hulajnogach i deskorolkach. Gdzie sie nie spojrzy, tam ktos jakos sie rusza.

Tuz przed zachodem slonca wjechalismy na ogromna karuzele, z ktorej moglismy ogladac cala panorame miasta. Obok niej znajdowala sie specjalnie usypana biala plaza nad rzeka. Specjalnie zagospodarowana tak aby mozna bylo poczuc sie jak na rajskiej plazy nad morzem - z palmami i ratownikiem.

Zaraz ruszamy po odbior auta i jedziemy na polnoc! Buziaki!