Te dwa krotkie dni spedzilismy w jednym z caravanparkow w wiosce Rollingstone. Mimo, ze miejscowosc ta polozona jest nad samym morzem, a od plazy dzielila nas zaledwie waska uliczka - caly dzien przelezelismy na lezakach przy basenie. Na plazy nie bylo zbyt wiele miejsca do lezenia - duzo kamieni. Woda miala bury kolor. Obowiazywal zakaz kapieli z powodu przebywajacych tu krokodyli.
Camping byl naprawde bardzo przyjemny, bo mial wszystko lacznie z barbeque i ogolnodostepna kuchnia z wielkim plazmowym telewizorem. Wieczorem zbierali sie przy nim starsi kampowicze i przy winku spedzali na wesolo caly wieczor.
Jedno co przykulo nasza uwage, a bylo to absolutnie nie do pomyslenia w Nowej Zelandii: na campingach nocuje mnostwo ludzi w swoich wlasnych przyczepach i motorhome'ach i tutaj kazde z nich ma odprowadzona rure, ktora plyna pomyje pod wlasny 'dom' - na trawe. W Nowej Zelandii oczywista sprawa bylo, ze takie rzeczy spuszcza sie w specjalnych studzienkach kanalizacyjnych. Nie da sie ukryc, ze wiele Australijczykow jest mniej wrazliwych ekologicznie niz ich sasiedzi z NZ.
28.07
Dzis takze zostalismy na campingu pod namiotem (ostatnio slabiej spimy wiedzac, ze czasami krokodyle wychodza z wody na spacer ;). Tym razem w wiosce Mission Beach znanej z przepieknej tropikalnej plazy i turkusowego morza. W rzeczywistosci wiekszosc palm zostalo ogoloconych ze wszelkich lisci po lutowym cyklonie i teren byl bardziej przygnebiajacy niz myslelismy. Z ziemi wystawaly jedynie kikuty swiadczace o tym ze kiedys cos tu bylo...
Polozylismy sie wczesnie spac, bo rano trzeba wstac, aby zdazyc na czas z oddaniem samochodu w Cairns.
Rano kilka minut po wyjechaniu z campingu udalo nam sie spotkac ptaka, ktory nazywa sie cassowary (przypomina troche strusia) i jest niestety wymierajacym gatunkiem...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz