niedziela, 27 marca 2011

W drodze do Ushuaii dzien III

Dookola tylko wzburzony ocean i nic sie nie dzieje. Powoli przygotowujemy sie do zejscia na lad - robimy pranie, przepakowujemy rzeczy w plecakach, choc to jeszcze nie tak szybko zanim wrocimy do Ameryki Poludniowej.
Dzisiaj pod wieczor mamy wejsc w sztorm, gdzie predkosc wiatru ma wynosic okolo 90-100 km/h. Bedzie wialo od dziobu, co oznacza najgorszy scenariusz, bo bedziemy plynac wolniej i bujanie bedzie najgorsze z mozliwych (wertykalne, a nie horyzontalne jak przy bocznym wietrze).
Pora na podsumowanie.
Bez najmniejszej watpliwosci decyzja, zeby poplynac na Antarktyde byla warta kazdej wydanej zlotowki. Na pewno zrobilibysmy to raz jeszcze bez chwili namyslu.
To co przezylismy i to co widzielismy zostanie z nami na zawsze. Niesamowite piekno tego miejsca, a takze jego dziewiczosc sklaniaja do zastanowienia sie nad niszczycielskim dzialaniem czlowieka na nature. Nasz swiat jest jednym wielkim cudem i szkoda, ze nie dostrzegamy tego na codzien...
Jesli chodzi o sposob zwiedzania tego miejsca, to wydaje sie ze w naszym przypadku byl on najbardziej optymalny. Nie da sie ukryc, ze jestesmy samotnikami i lubimy miec takie miejsca tylko dla siebie. Oczywiscie 63 pozostalych pasazerow to stosunkowo duza ilosc ludzi, ale czesto bylismy dzieleni na grupy i jak zawsze trzymalismy sie na uboczu. Moglismy kontemplowac widoki bez tlumu i w miare cichej atmosferze. Doswiadczylismy Antarktydy na swoj sposob i o to nam chodzilo.
Idealnym srodkem transportu tutaj bylaby podroz jachtem (choc po wczorajszej chorobie morskiej nie jestem juz tego tak pewien ;) jednak wymaga to wiekszej ilosci czasu i pieniedzy. Wtedy podrozuje sie w bardzo malym gronie. Zupelnym przeciwienstwem tego sa podroze wielkimi cruizerami, gdzie trwa jedna wielka impreza i czesto nawet nie schodzi sie na lad...
Firma organizujaca nasza wyprawe bardzo profesjonalnie wykonuje swoje zadanie. Wszyscy pracownicy za podstawowa kwestie stawiaja bezpieczenstwo uczestnikow. W wiekszosci sa to naukowcy, od ktorych mozna sie dowiedziec wielu ciekawych rzeczy. Jedzenia jest mnostwo i wszystko smaczne. Nie czulismy sie wcale jak na komercyjnej wyprawie (to tez zasluga pozostalych osob, ktore raczej nie trafily tutaj przypadkowo - oczywiscie z wyjatkami...).
Wczoraj tez zadalsmy sobie pytanie co zrobilo na nas wieksze wrazenie: dolina Solokhumbu w Nepalu czy Antarktyda. Odpowiedz jest taka, ze nasze serca zostaly w Himalajach... Gardlowe modlitwy buddyjskich mnichow, zapach kadzidel, dzwonki jakow to wszystko sprawia, ze w pewnym sensie podobne widoki gor i schodzacych z nich lodowcow sa nam duzo blizsze...

Pozegnanie z cywilizacja! Czas na prawdziwa przygode!

27.03

Minal miesiac od naszego wyjazdu. Jest 7 rano i za godzine wychodzimy w gory! Nie bedzie nas w Ushuaii przez 3-4 dni. Najpierw ruszamy w strone lodowca Vinciguerra, gdzie spedzimy pierwsza nasza noc pod namiotem. Potem ruszymy w strone malwniczej przeleczy Paso de la Oveja (ten odcinek powinien nam zajac ok 2 dni). Zakladamy jeden dzien poslizgu.
Po powrocie odezwiemy sie.
Przez ostatnie 2 dni tyle sie dzialo, ze nie mielismy czasu nic napisac. Nadrobimy to na biwakach (mamy nadzieje) :-)