piątek, 22 kwietnia 2011

Uwaga - oszust; jeszcze jeden dzien w SPdAtacama

22.04

Wszystko zaczelo sie od wczorajszej wizyty w spozywczaku. W trakcie naszych zakupow pojawil sie w nim koles, ktory sprzedal nam wycieczke do Boliwii. Kiedy wyszedl zapytalismy sie profilaktycznie sprzedawczyni (zdarzylismy ja poznac robiac tam czesto zakupy) co mysli o nim i jego firmie. Odpowiedz nie byla pozytywna. Dostalismy wtedy namiar na fime, ktora jest organizatorem, a nie posrednikiem tak jak ta, w ktorej kupilismy bilet. Kiedy poszlismy do ich biura, po raz kolejny uslyszelismy informacje, ze nie mozna przejechac przez Salar na Rybia Wyspe (ktora miesci sie na jego srodku), bo jest za duzo wody i ta trasa jest oficjalnie zamknieta przez rzad w Uyuni. Poszlismy jeszcze potwierdzic ta wiadomosc w punkcie informacji turystycznej i na policji. Jesli to prawda to zostalismy oszukani przy zakupie biletow. Zdecydowalismy sie na biuro Incahuasi tylko dlatego, ze jako jedyna firma jechala na Wyspe. A to okazalo sie niemozliwe!
Kiedy przyszlismy z reklamacja pan z Incahuasi bajerowal kolejne ofiary. Musielismy czekac, a kiedy skonczyl zaczal zamykac biuro i rzucil nam tekst: to do zobaczenia jutro, jak by sie cos mialo dziac bede do Was dzwonil. Zapewnial ze wszystko jest zgodnie z planem.
O nie z nami takie numery! Noga w drzwi i wchodzimy na rozmowe spowrotem do biura. Tam pan postraszony tym, ze sprawdzilismy ta informacje na policji mowi, ze teraz powie nam cala prawde. Okazalo sie, ze w piatek nie pojedziemy, bo nie ma innych chetnych oprocz nas! (Cwaniak chcial nas zbyc wczesniej i zadzwonilby do naszego hotelu o 10 wieczorem, kiedy wszystko byloby juz pozamykane i nie mielibysmy wyboru niz zgodzic sie na nastepny dzien!). Potem przyznal tez, ze nie wiadomo czy da rade pojechac na wyspe i zdradzil, ze z tego samego powodu wlasnie zrezygnowala para Francuzow zapisana na sobote (mielismy byc dolaczeni do nich). Pan zaoferowal nam zwrot kasy, albo duza znizke na wyjazd w sobote razem z 4 innymi ofiarami, ktore wlasnie weszly do biura. Odpowiedzielismy, ze musimy zjesc i wrocimy za godzine z decyzja! Po godzinnej naradzie zabralismy kase (zlapalismy go na tylu klamstwach, ze balismy sie co byloby dalej) i poszlismy poszukac kwatery na nastepna noc. Z tym jest problem, bo wszystko jest pobukowane na Swieta.

Wlasnie wstalismy, jjemy sniadanie i idziemy dalej w poszukiwaniu pokoju na dzisiejsza noc. Musimy tez jeszcze wykupic wycieczke w innym biurze, ktore ma oddzial w Uyuni, wiec jesli cos pojdzie nie tak bedziemy mogli reklamowac na miejscu.
Hehe, czas szybko mija... Mamy juz wykupiona wycieczke w sprawdzonym biurze, wiec jestesmy spokojni. Pokoj tez udalo sie nam znalezc. Znow mamy cudowny ogrod w ktorym pichcimy sobie pelne witamin salatki owocowe i warzywne. Znow nam tak dobrze, ze nie chcemy sie stad ruszac. No nic. Trzeba jednak ruszac dalej w droge bo czas leci. Jutro o 8.00 rano czyli o 13.00 polskiego czasu startujemy z San Pedro de Atacama. Po godzinie przekroczymy granice z Boliwia. Pierwsza noc spedzimy w refugio (tutejsze schronisko) w 6-cio osobowym pokoju. Po drodze obejrzymy kilka magicznych, niewiarygodnych miejsc o ktorych opowiemy Wam jak juz dotrzemy do Uyuni. W Uyuni zas bedziemy juz drugiej nocy. Ponoc bedzie tam wi-fi, ale nigdy nie ma tej pewnosci.
Obecnie wciaz zastanawiamy sie nad dalszym planem. Czy bedzie to La Paz czy moze Sucre. Sucre to dawna stolica Boliwii. Wszyscy zachecaja nas aby odwiedzic to miejsce bo podobno jest wyjatkowo piekne. Mamy tez pare pomyslow na to jak spedzic tam fajnie czas. Druga alternatywa to z La Paz do Soraty choc ten coraz dalej odbiega od rzeczywistych planow...
Odezwiemy sie niebawem!

Kratery, gejzery, doliny i jaskinia

20-21.04

Odkad przyjechalismy do San Pedro de Atacama mamy nareszcie czas i warunki, aby w pelni zregenerowac sie przed dalsza czescia podrozy. Spedzamy blogo i leniwie czas w ogrodzie naszego hostelu. Ogrod ten to jedynie stoly i lawy pod daszkiem, zeby mozna bylo schowac sie przed palacym sloncem. Jest tez kilka drzew, ktore czesto podlewaja, bo woda paruje momentalnie. Tak wiec odpoczywamy sobie w tym ogrodku, ktory mamy czesto caly dla siebie. Gotujemy sobie obiadki i goraca kawe z rana. Zaopatrujemy sie w produkty w pobliskim, o dziwo swietnie zaopatrzonym sklepie, robimy bogate salatki owocowe i warzywne. Nareszcie czujemy sie pelni sil, zdrowi i wypoczeci. Do tego przez dwa pelne dni nie robilismy praktycznie nic. Wczoraj zrobilismy pierwsza wycieczke do Doliny Ksiezycowej. Po poludniu wyjechalismy busem po drodze zwiedzajac jeszcze Jaskinie Solna i nietypowe formacje skalne zwane Tres Marias. Takie ich miejsce kultu. Przy zachodzacym sloncu dotarlismy do slynnej Valle de la Luna, skad moglismy doswiadczyc niezwyklego klimatu tutejszych pustynnych, ciemnobrazowych barw i obejrzec w pelni lancuch wulkanicznych stozkow ktore rozciagaja sie wzdluz horyzontu. Naprawde magiczne miejsce. A wydmy z czarnego piachu, na ktorych porozrzucane sa biale kamienie naprawde robia wrazenie. Mamy piekne zdjecia... Wykupilismy juz tez tour do Salar de Uyuni na jutro. Start o 8.00 rano. Wyprawa potrwa 3 dni. Bedac tu na miejscu zrobilismy duzy rekonesans wsrod agecji oferujacych taka wycieczke. Wiekszosc z nich nie jechala po samym jeziorze na wyspe Fish Island, jednak jeden pan tak. Cala zabawa jest przejechac wlasnie ta trasa. Dlatego mimo jego niepokojacego wygladu a la mafiozo (gruby brzuch, dlugie wlosy i mnostwo tatuazy (reczna robota ;), gadka polityka) zdecydowalismy sie na jego oferte. Zreszta trudno jest wybierac cos ze wszystkich ofert skoro kazda jedna pachnie sciema. Czuc przez skore, ze kazdy jeden tour-operator jest sprytniejszy od drugiego i tak naprawde cokolwiek by nie wybrac i tak wielce prawdopodobne, ze nie bedzie tak jak bylo w umowie. Ale do tego zdarzylismy sie juz toche przyzwyczaic... I nigdy nie ma sie pewnosci, ze inny agent zapewnilby nam cos lepszego. Sprawdzamy na forach, rozmawiamy z ludzmi, ale po trochu liczymy na szczescie.
Dzis mielismy pobudke o 3.45, bo o 4.00 mielismy ruszyc busikiem, aby zobaczyc jak budza sie do zycia gejzery wulkaniczne. Niestety po raz kolejny wiarygodnosc agencji nas zawiodla, bo autobus pojawil sie godzine pozniej. Przez 2,5h wloklismy sie po kamienistej drodze wsrod niewysokich wzniesien. Wszyscy uczestnicy denerwowali sie, ze jest juz za pozno na ladne widoki. Tymczasem dotarlismy na miejsce tuz po wschodzie slonca. Kiedy przyjechalismy widzielismy duzo podobnych autobusow i mnostwo wymarznietych ludzi owinietych kocami. Temperatura o tej godzinie i na tej wysokosci (ok 4350m.n.p.m.) spada znacznie ponizej zera. Zdjec nie dalo sie wtedy robic bo jeszcze bylo za ciemno. Widac nasz kierowca wiedzial co robi przyworzac nas tu o tej porze. W ciagu pol godziny przespacerowalismy sie wsrod buchajacych z ziemi gejzerow. Kiedy doline rozswietlilo slonce wszystko zrobilo jeszcze wieksze wrazenie. Z niektorych malenkich kraterow tryskala wrzaca woda, a w powietrzu unosil sie zapach przypominajacy odor siarkowych zrodel z Besanovej. Tu takze mozna bylo wykapac sie w tutejszym bajorku. Ale nas takie atrakcje czekaja jeszcze jutro w drodze do Uyuni wiec dzisiaj odpuscilismy sobie ta przyjemnosc. Po tym wyjatkowym poranku i mobilnym sniadanku z widokiem na doline gejzerow oraz wycieczka krajoznawcza w poszukiwaniu malych wiskaczy (takich zwierzatek podobnych do krolikow) ruszylismy w strone San Pedro. O ile plany sie nie zmienily, dzis czeka nas ostatni, komfortowy nocleg w hostelu z kolacja przy winie w ogrodzie...

To ostatni wpis na najblizsze 3 dni dlatego zyczymy Wam wszystkim wesolych i radosnych Swiat!