sobota, 9 lipca 2011

Ostatnich kilka dni

2.07

Tego dnia postanowilismy wykorzystac ladna pogode i zrobilismy dlugi spacer wzdluz alpejskiego jeziora w Te Anau. Po poludniu ruszylismy w droge widokowa trasa i zostalismy na noc przy pieknej plazy, jakies 80km przed Invercargill. Ogromne fale wraz z czarnym piaskiem tworzyly zlowrogi klimat, na ktory moglismy spogladac z wysokiej skarpy. Noc niestety byla juz bardzo zimna, ale niebo rozwietlaly tysiace gwiazd, na ktore mozna bylo patrzec sie bez konca...

3.07

Poranek zaczelismy od godzinnej sesji fotograficznej. Jezdzilismy po okolicy wioski Orepuki pelnej drzew nienaturalnie powykrzywianych przez 'ryczace czterdziestki' wiejace z poludniowego zachodu. Potem biegalismy wzdluz wioski The Rocks w okolicy Riverton, na ktorej gniezdzily sie setki kormoranow. Tam, na plazy, morskie fale naniosly mnostwo muszelek. Jest to doskonale miejsce do spacerow z rodzina i szukania slynnych 'paua' czyli muszli wypelnionych masa perlowa. Nastepnie pojechalismy dalej trasa widokowa o nazwie Southern Scenic Route, przy ktorej polozone sa nowozelandzkie wodospady Niagara. Bylismy bardzo ciekawi jak wygladaja i specjalnie zboczylismy z drogi, aby je obejrzec. Jak sie okazalo, osoba ktora tak je nazwala, postanowila sobie zazartowac, bo wodospady mialy moze 50 cm wysokosci i znajdowaly sie na wolno plynacej, waskiej rzeczce. Lekko zawiedzeni postanowilismy nie zwiedzac juz zadnych innych wodospadow tego dnia. Zamiast tego widzielismy jeszcze skamienialy las (180 mln lat) na plazy w Zatoce Curio (Curio Bay). Na spanie wybralismy nocleg na przedmiesciach Dunedin, kolo boiska do gry w pilke nozna.

4.07

Obudzily nas czerwone promienie wschodzacego slonca. Przy takim widoku mozna bylo saczyc goraca kawe godzinami. Jednak w koncu trzeba bylo ruszac do centrum Dunedin. Sliskie pagorki od porannego szronu dostarczyly nam wiele emocji w trakcie jazdy kamperkiem w poszukiwaniu odpowiedniego parku do biegania. Bylo wciaz bardzo zimno, a trawa byla biala od krysztalkow lodu. Potem ruszylismy na zwiedzanie tego miasta, ktore ma bardzo angielski klimat. Na kazdej uliczce staly starodawne, wiktorianskie domy. Do tego obrazu brakowalo jedynie powozow z koniami i mezczyzn z fajka w ustach. Obejrzelismy zabytkowy dworzec kolejowy i zrezygnowalismy z wizyty w fabryce czekolady Cudbury. Ogladanie kilkunastometrowej fontanny czekolady bez mozliwosci skosztowania jej, moglo byc bardzo bolesnym doswiadczeniem dla naszej czekoholiczki Ani ;) Na koniec wspielismy sie jeszcze na najbardziej stroma uliczke na swiecie, ktora nawet zostala wpisana do Ksiegi Rekordow Guinessa. Popoludniu widzielismy okragle kamienie w Mouraki (powstaly w podobny sposob do perel, nawarstwiajac sie przez tysiace lat). Wygladaja jak ogromne kamienne jaja porozrzucane na plazy. Naprawde zadziwiajacy widok. Ostatnia planowana atrakcja tego dnia miala byc obserwacja najmniejszych pingwinkow na swiecie tzw Blue Pinguins w miescie Oamaru. Mozna je zobaczyc dopiero po zmroku dlatego zaparkowalismy kampera przy nadbrzezu i wypatrywalismy tych pociesznych zwierzatek. Udalo nam sie zobaczyc tylko jednego za to tak uroczego, ze wystarczyl nam za wszystkie. Byl niewiele wiekszy niz dlon, mial granatowy grzbiet i dreptal sobie wzdluz ulicy. Oamaru obejrzelismy przejazdem jednak bylo to chyba najladniejsze miasto, ktore widzielismy bo zachowalo swoj staroangielski charakter zupelnie nienaruszony. Byly elegancje hotele z debowym wystrojem, w ktorych graly szafy grajace, staly okazale pianina, a gosci obslugiwal kamerdyner w pasiastej kamizelce, z ktorej wystawal zegarek na zlotym lancuszku. Ulice oswietlaly latarnie przypominajace lampy naftowe. Na jednym z rogow stala odrestaurowana, podswietlona ciuchcia parowa. Dalsza droga prowadzila przez farmy pelne krow i owiec.
Wieczorem wykrecajac na polnej szosie, sliska trawa i malutka gorka spowodowaly, ze utknelismy nasza ciezarowka na dobre. Dopiero pomoc okolicznych farmerow i ich terenowka wybawily nas z opresji (teraz wozimy 20kg zwiru ze soba - na wszelki wypadek ;)

5.07

Okreznymi, widokowymi drogami dojechalismy do Mount Cook. Przejechalismy przez najwyzej polozona farme lososi na swiecie i nabylismy 1kg surowej ryby, ktora pochlonelismy w dwa dni w postaci sashimi (na surowo, z chrzanem wasabi i sosem sojowym - pychota). Farma ta slynie takze z tego, ze ich ryby plywaja w nieskazitelnie czystej, lodowcowej wodzie i sa nadzwyczaj bogate w omega 3.
Po poludniu na slonecznym niebie pojawily sie nietypowe chmury soczewkowe - znak zblizajacej sie ostrej zmiany pogody. Zaczal lac deszcz i cala noc naszego kamperka kolysal mocny wiatr. Czuc, ze nadchodzi zima...

6.07

Mimo fatalnej pogody wybralismy sie kilkugodzinny spacer w doline Hookera. Gory z lodowcami we mgle i deszczu sprawialy zlowrogie wrazenie, ale nasz pozytywny nastroj rownowazyl te szarosci. Popoludnie spedzilismy w muzeum Edmunda Hilarego przypominajac sobie jego podroznicze osiagniecia. Teraz zasypiamy na punkcie widokowym majac przed soba jezioro Pukaki, w ktorym odbijaja sie gory, ktore z zalem opuscilismy...

7.07

Od rana lalo a widocznosc ograniczyla sie do polowy jeziora. Ciezko by nawet stwierdzic, ze dookola sa jakiekolwiek gory. Chociaz jest szansa, ze gdzies tam wysoko pada snieg i uda nam sie wyjechac na desce na nowozelandzkie Alpy. Zaczal wiac silny, mrozny wiatr, ktory sprawia, ze wszelkie zdjecia robimy nie wychodzac z cieplego auta. Choc pogoda pod psem, kolory tutejszej ziemi wciaz wprawiaja nas w zachwyt. Roznorodnosc gatunkow roslin i zwierzat wynagradza ten ponury krajobraz. W Lake Tekapo stanelismy zerknac na bajecznie polozony malenki kosciolek, do ktorego zjezdzaja mlodzi z calego kraju aby wziac tam slub. Kapliczka stoi na samym brzegu turkusowego jeziora Tekapo, a w tle rozposciera sie pasmo delikatnie osniezonych szczytow... Pewnie przy ladnej pogodzie byloby to niezapomniane miejsce.
Od rana docieraja nas nowe informacje o trzesieniach ziemi ktore zdarzaja sie tu coraz czesciej. Dzis ok 7.00 mialo miejsce trzecie z kolei podczas naszego pobytu. Pierwsze zniszczylo czesc budynkow w Christchurch, podczas gdy my bylismy na polnocnej wyspie. Nastepne - w okolicy Wellington kiedy my ucieklismy juz na poludnie. Dzis zatrzeslo ziemia na morzu, jednak skutki tego byly odczuwalne w postaci niewielkiego tsunami na wschodnim wybrzezu North Island. Sytuacja robi sie troche niepokojaca, choc my jeszcze nie przekonalismy sie o tym na wlasnej skorze. Omijamy najbardziej podatne tereny i wierzymy ze oszczedzi nas ta watpliwa przyjemnosc :)

8.07

Cala noc lalo niemilosiernie i bardzo sie zdziwilismy kiedy przywitalo nas blekitne niebo ze sloncem. Namierzylismy fajne miejsce do biegania i skorzystalismy z pieknego poranka.
Po poludniu dojechalismy do Hanmer Springs - najbardziej znanych zrodel termalnych na pld wyspie. 2 godzinki moczylismy sie w kilku basenach, korzystajac z masazy i biczy wodnych. Bylo zimno, niedaleko byly biale od sniegu gory. Super klimat, ale i tak Besenova rzadzi!

9.07

Piekna widokowa droga, wsrod alpejskich wierzcholkow dojechalismy nad Pacyfik. Pokonywanie oblodzonych wzniesien nasza ciezarowka stalo sie juz chlebem powszednim - luzik ;)
Kolo poludnia zameldowalismy sie na kempingu. Wkoncu musimy poprac wszystko przez wylotem do Australii, a to jest ostatni moment.
Nasz plan na najblizsze dni wyglada tak: jutro jedziemy znowu na poludnie w kierunku Methven (ogromny osrodek nariarski przy Mt Hutt) i tez jutro wieczorem sie okaze, czy w poniedzialek beda odpowiednie warunki na helisnowboarding. Po ostatnich opadach deszczu, w gorach powinno byc okolo 1,5 metra swiezego puchu i jesli beda tylko odpowiednie warunki na lot helikopterem to LECIMY (wpisalismy sie na liste oczekujacych juz 3 dni temu)! Czeka nas caly dzien na jazdy na deskach w dziewiczych miejscach i bardzo sie tym ekscytujemy, jednak nie chcemy zapeszac, bo moze sie okazac, ze nasz plan legnie w gruzach z powodu pogody.
We wtorek kolo poludnia musimy oddac kampera w Christchurch i znalezc spanie na jedna noc. Potem zwiedzamy miasto i oblewamy koniec pobytu w NZ (i moze udany heliboarding ;). W srode 13.07 o 8.30 mamy autobus do Queenstown. Na miejscu bedziemy o 16.30 i nastepnego dnia o godzinie 16 z minutami wylatujemy do Sydney!

Fiordland cd, siodlo Gertrudy

1.06

Dzisiaj zrozumielismy co jest tak niesamowitego w przyrodzie i krajobrazie Nowej Zelandii. To niepowtarzalny las deszczowy, ktory istnieje tutaj z powodu polozenia wyspy - trafiaja nad nia wilgotne chmury, ktore przechodza z zachodu na wschod przez pasmo gorskie i skraplaja sie. W ten sposob dostarczana jest zyciodajna woda. Mimo zimowej pory i spadkow temperatury ponizej zera, tutejsze tereny sa w 95% zielone. Fiordland pokryty jest drzewami, ktore niezmienily sie od milionow lat. Mnostwo w nim endemicznych gatunkow. Oprocz drzew sa rosliny poszycia, ktorych tez nie ma w zadnym innym miejscu na ziemi. Wchodzac do lasu, w ktorym cale drzewa - od pnia do korony porosniete sa zielonymi roslinkami, przypominajacymi mech, mamy wrazenie, ze przenosimy sie do bajkowej krainy, niczym z filmu 'Wladca pierscieni'.
Gory, fiordy, lodowce, klify i plaze, mniej lub bardziej podobne do nowozelandzkich, sa na calym swiecie. To co jest niepowtarzalnego na tej wyspie to wlasnie DESZCZOWY LAS, ktory znajduje sie w kazdym krajobrazie.
Dzisiejsza wspinaczka na siodlo Gertrudy okazala sie zbyt trudna do dokonczenia. Zima rozgoscila sie na dobre. Ostatnie 150 metrow podejscia okazaly sie ryzykowne bez rakow i czekana. Mimo to widok spod grani w dawnym, ogromnym kotle lodowcowym na doline byl wspanialy. Piekna sloneczna pogoda, niebieskie niebo, biel sniegu, czern granitu i wszechobecna cisza przerywana przez charakterystyczne 'kiiijaaa' wykrzyczane przez jedyna gorska papuge na swiecie - taka sceneria byla naszym otoczeniem.
Po poludniu pogoda pogoda zalamala sie doslownie w 3 minuty. Chmury zakryly slonce. Zrobilo sie zimno i groznie.
Nasze wczesniejsze plany pojscia na spacer w inne sceniczne miejsca zamienilismy na wizyte w kinie. Krajobrazowy film o fiordach, krecony w calosci z helikoptera do konca 'rozmiekczy nasze serca'. What a wonderful world!