sobota, 29 stycznia 2011

Chcesz rozsmieszyc Boga, opowiedz Mu o swoich planach...

Dziś mija 16 lat od pierwszego zimowego wejścia na Dhaulagiri (http://pl.wikipedia.org/wiki/Dhaulagiri). Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok – oni rzucili wyzwanie tej górze. To byli kolesie! Jak silna musiała być ich motywacja! Jak bardzo ich umysły musiały być zaprogramowane na osiągnięcie celu. W trakcie takiej wyprawy liczy się wyłącznie osiągnięcie szczytu i cena, którą trzeba za to zapłacić. Zarówno moralna jak i materialna. To także największa nauka pokory. Ile razy trzeba zrezygnować, będąc tak bardzo blisko… Wspinanie się na najwyższe góry na świecie to była rzeczywistość, na którą były zaprogramowane ich umysły. Ale czy tylko to pozwoliło im stanąć na szczycie? Z pewnością nie brakowało im wiary! Mieli wielkie serca.

Jest sobota 6.00 wieczorem, na radiu PIN leci kawałek Public Enemy, „He Got game”: http://www.youtube.com/watch?v=8y_VFGrGnCE .

Piotr: wczoraj o tej porze źle nastąpiłem na schodach i naderwałem któryś z mięśni łydki w lewej nodze. Bardzo bolało. Koniec z bieganiem na dłuższy czas… a zapowiadał się bardzo intensywny plan treningowy na ten miesiąc... Cóż.., chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o swoich planach." Do wyjazdu może się zagoi. W środę USG i zaczynam leczenie. W czwartek wysyłam mega ważny projekt w pracy… Trudny czas przed samym wyjazdem…

„(…) Its time we stopped the, children what’s that sound, everybody looks what’s going down…”

środa, 26 stycznia 2011

Życie jak w Madrycie :D


¡Hola! ¿Que tal?
Dziś mija ten dzień, kiedy do wyjazdu zostaje nam już niecały miesiąc. Z każdym dniem czujemy to coraz bardziej. Choć część spraw zostanie najprawdopodobniej na ostatni moment, to teraz, codziennie robimy po jednej lub kilka rzeczy związanych z wyjazdem.
Przeraża nas trochę sytuacja która ma miejsce na północy Australii. Nieuniknione, że staniemy się świadkami powrotu do życia setek tysięcy ludzi, których dotknęło to nieszczęśliwe zdarzenie. Niestety sytuacja powodziowa na wybrzeżach tego kontynentu nie napawa optymizmem, bo wciąż woda zalewa coraz większe obszary i ulewne deszcze zdają się nie mieć końca. Fakt, że będziemy tam dopiero za kilka miesięcy wcale nie oznacza, że tamtejsza ludność upora się ze wszystkimi skutkami powodzi. A woda jest dość wysoka. W radiu słyszeliśmy ostatnio, że nawet rekiny pływają już po ulicach miast. Nie wiadomo czy się śmiać… czy jednak bać…
Nasza ulubiona aktywność to póki co kompletowanie sprzętu turystycznego. Wszystko po to aby wynieść z tej podróży jak najwięcej mając przy tym jak możliwie dużo fanu. Chcielibyśmy wszystko przewidzieć, czego będzie nam brak i co się przyda ale wiadomo, że wszystko trochę waży i jak się tak uzbiera to okaże się, że nie damy rady z tym łazić na plecach – tak będzie to ciężkie. Trzeba więc uprzedzić ten fakt i zrobić generalną selekcję i odrzucić większość rzeczy. Jakie to rzeczy…? Na przykład: czy wziąć jedna dużą pastę do zębów czy może kilka małych które z czasem będzie się wyrzucać. Czy może lepsze mydło w kostce, którym można prać, myć ręce i twarz a nawet naczynia, czy może jednak Ania uprze się przy swoim ulubionym lotion’ie do mycia twarzy bez którego ani rusz ;). Oznaczałyby to , że oprócz lotion’u trzeba wziąć jeszcze żel pod prysznic i odżywkę do włosów, hehe ;) żart. No i jeszcze niestety jest cała lista takich produktów. Ostatnio nabyliśmy genialną rzecz – plecak. Taki mały, do miasta na zakupy. Zwija się w kłębek wielkości odrobinę mniejszej niż ściśnięta pięść. Wytrzymałość ponad 100 kg.
W Madrycie mamy już zarezerwowany nocleg – nastawiamy się na gorące przywitanie cudownych wakacji. A może uda nam się nie zasnąć tej nocy, aby następnego dnia stawić się na lotnisku prosto do Rio…? To będzie długi lot więc zdążymy odpocząć ;)
W „Mieście Boga” natomiast mamy w planach udać się na wyspę, na której będziemy mogli oddać się błogiemu lenistwu i zebrać siły na całonocną fiestę karnawałową  ¡Fiesta de Brasil! To odbędzie się w tydzień po naszym przylocie. Potem zacznie się prawdziwy exploring Ameryki Łacińskiej… Tam już będzie trochę bardziej prymitywnie, ale o to właśnie chodzi w tej podróży. W końcu chcemy zobaczyć jak wygląda świat, jak żyją i bawią się ludzie oraz co robi się w miejscach gdzie nie ma nic. Nic prócz przyrody. ¡Hasta la vista!

niedziela, 16 stycznia 2011

Przygotowania ciąg dalszy


Właśnie skończyliśmy niedzielne bieganie w Łazienkach Królewskich. Dwa kółka, razem 10 km, po drodze gimnastyka ruchowa, potem już w domu 40 min ćwiczeń wzmacniających stabilność korpusu. Teraz jemy drugie śniadanie i po krótkim odpoczynku zostaje nam jeszcze dobrze rozciągnąć całe ciało i to koniec ćwiczeń na dzisiaj. A nie! Piotra czeka jeszcze codzienna partia ćwiczeń rehabilitacyjnych ścięgien Achillesa około 30 min…
Tak - dbanie o kondycję fizyczną zajmuje dużo czasu i wymaga dużej dyscypliny wewnętrznej, silnej woli i umiejętności podporządkowania się wyznaczonym celom. Treningi biegowe w okresie zimowym, kiedy na zewnątrz jest ciemno, wszędzie zalega śnieg, a temperatura wynosi -10 C oprócz kształtowania formy fizycznej w wielkim stopniu wzmacniają naszą psychikę. Żadne warunki nam nie straszne! Wiemy, że te „męczarnie” zaprocentują kiedy znajdziemy się np. w górach Patagonii ze swoimi plecakami…

W dalszym ciągu realizujemy plan przygotowań. Wczoraj byliśmy u dentysty, zdrowie zębów jest szczególnie ważne w tropikach, ale także w górach gdzie wyższe ciśnienie może powodować ból nie wyleczonych zębów. Musimy jeszcze powtórzyć szczepienia na dur brzuszny i będziemy mieli zrobione wszystkie szczepienia możliwe do zrobienia w Polsce.
Wczoraj wpadliśmy też do sklepu turystycznego po ostatnie zakupy. Są to raczej drobiazgi, gdyż wszystkie najważniejsze rzeczy mamy już od dawna.

Wieczorem zabraliśmy się za rezerwację spania w Madrycie i Rio de Janeiro. Okazało się, że w trakcie naszego pobytu w tym drugim mieście trafimy akurat na parady karnawałowe. W tym roku parada odbywa się w dniach 5-7 marca. Nie planowaliśmy takiej atrakcji i teraz zastanawiamy się czy warto się tam wybrać. Oczywiście taka okazja może się nie powtórzyć prędko, jednak wstęp na jeden dzień parady na Sambodromie jest bardzo kosztowny: jedno miejsce stojące to wydatek około 250 usd, miejsc siedzących już praktycznie nie ma, a te najtańsze kosztują około 500 usd… Fakt, że znajdziemy się w Rio w karnawale oznacza, że będzie tłoczno, drogo i trochę bardziej niebezpiecznie niż zazwyczaj.

sobota, 8 stycznia 2011

Okres planowania takiej wyprawy to wielka przyjemność, ale tylko wtedy gdy ma się wystarczającą ilość wolnego czasu. Nam go wciąż brakuje i coraz częściej na myśl, że wylatujemy już tak niedługo dopada nas lekki stres. Pocieszający jest fakt, że przecież to nie pierwszy raz i harmonogram rzeczy potrzebnych do zrobienia przed wyjazdem mamy już w głowach od dawna.
Największym dylematem był wybór trasy. Musieliśmy się też zdecydować na przewoźnika: Star Alliance (konsorcjum lotnicze, w skład którego wchodzi LOT) lub OneWolrd (drugie konsorcjum z British Airways). Obydwa one oferują bilet dookoła świata, który posiada zryczałtowaną cenę w zależności od ilości połączeń (max. 16). Główne ograniczenia takich biletów to rok czasu na zrealizowanie podróży oraz zakaz cofania się. Różnica pomiędzy konsorcjami jest taka, że OneWorld posiada rozbudowaną siatkę połączeń na Pacyfiku, podczas gdy Star Alliance dominuje w Azji. Dla nas ciekawszą opcją były wyspy Pacyfiku, dlatego zdecydowaliśmy się na One World. Obydwie linie oferują również możliwość zaplanowania trasy i zakupu biletu przez internet, jednak nie jest to taka prosta sprawa, co za chwilę przeczytacie.
Wybranie miejsc, na których najbardziej nam zależało było bardzo łatwe: wiedzieliśmy że chcemy zaszyć się z Andach (głównie Patagonia) oraz zagubić się na szlakach w Alpach Nowej Zelandii (Wyspa Południowa). Od początku oboje chcieliśmy odbyć rejs z Argentyny na Antarktydę. Okazało się to jednak niemożliwe z powodu nawału obowiązków Piotra w pracy w styczniu - jedynym okresie kiedy taki rejs jest możliwy. Z podobnych powodów nierealnym planem okazało się zdobycie szczytu Aconcagua. Początek wyprawy przypadający na marzec ograniczył nam dość znacznie możliwości działania na południowej półkuli.
Jednakże mając do dyspozycji tak rozbudowaną siatkę połączeń rozważaliśmy różne opcje uwzględniające np. Wyspy Galapagos, Wyspy Wielkanocne, Seszele, Malediwy i temu podobne „smaczki”. Ilość przewodników, które pojawiły się w naszej domowej biblioteczce znacznie się powiększyła. Często chodziliśmy do Empiku przeglądać albumy typu: „Najpiękniejsze miejsca trekkingowe na ziemi” w celu poszukiwania inspiracji.
Kiedy już wiedzieliśmy gdzie chcemy się udać nastąpił trudny moment tworzenia siatki połączeń. Okazało się, że nie wszędzie da się polecieć tak jak sobie to wyobrażaliśmy. Pewne połączenia są zablokowane inne dostępne tylko w wybranych datach. Tworzenie z dostępnych opcji tej najlepszej przypominało trochę układanie puzzli. W końcu widząc, że uciekają nam te najbardziej korzystne dla nas daty przelotów podjęliśmy szybką decyzję – zabukowaliśmy wszystkie loty i wykupiliśmy nasze bilety jeszcze w roku 2010.

sobota, 1 stycznia 2011

Tylko 56 dni do WYLOTU!



Wszystko już jest jasne: rozpoczynamy naszą podróż 26 lutego 2011 o godzinie 14.00. Najpierw do Madrytu skąd następnego dnia lecimy do Rio de Janeiro. Tam rozpocznie się nasz 3 miesięczny okres pobytu w Ameryce Południowej. Szczegółowy plan połączeń lotniczych możecie zobaczyć na załączonej mapce.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Niedawno wstaliśmy po sylwestrowej nocy i od razu postanowiliśmy się wziąć do roboty.
Rok 2010 był dla nas bardzo udany. Zrealizowaliśmy przepiękny trekking w Himalajach Nepalu, przebiegliśmy Maraton Warszawski, Ania obroniła magistra i ukończyła państwowy kurs instruktora fitness. Był to rok ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Wstawanie 5 – 6 razy w tygodniu o 5 rano na treningi biegowe i ogólno rozwojowe, odpowiednia dieta - to wszystko dało nam bardzo dobrą formę fizyczną, która na pewno przyda nam się w nadchodzącym czasie …

Pomysł takiej podróży dookoła świata towarzyszy nam od wielu lat. Ostatnie 3 to przygotowywanie się do takiej wyprawy na motocyklu. Jednakże sytuacja związana z kryzysem światowym spowodowała, że nasze plany przesunęły się w czasie. Zmienił się także środek transportu. Zgodnie stwierdziliśmy, że tym razem zostawimy Afrykę (motocykl) w garażu, a naszym głównym sposobem przemieszczania się będą nasze własne nogi. Po wyprawie do Nepalu jesteśmy przekonani, że piesza eksploracja odludnych terenów realizowana w całości samodzielnie (namiot, wyżywienie, nawigacja) daje najwięcej wrażeń i satysfakcji.

Początkowy plan, który zakładał skoncentrowanie się głównie na obszarach górskich Ameryki Południowej i Nowej Zelandii uległ zmianie, gdyż zdecydowaliśmy się również na zdobycie Kilimandżaro w Afryce, a także rozszerzyliśmy do o Wyspy Galapagos, Japonie oraz Hong Kong.