piątek, 6 maja 2011

Kanion Colca, rajska oaza i nasz wstrzasajacy pierwszy raz

4.05

Dobrze ze bylismy pol godziny wczesniej na dworcu, bo tym razem autobus odjechal 15 minut wczesniej. Droga przypominala ta z dnia poprzedniego, tylko bylo jasno. Czasami przejezdzalismy przez odcinki, ktore oznakowane byly jako osuwiska ziemi. Pol metra od brzegu drogi widac bylo ladne krajobrazy ;)
Po 3h jazdy poludniowa krawedzia kanionu Colca znalezlismy sie w Cabanaconde - malej wsi, z ktorej prowadzi szlak na dno kanionu.
Po sniadaniu zostawilismy nasze rzeczy w hoteliku i kolo 10.00 rano rozpoczelismy zejscie stromym szlakiem na sam dol kanionu (1100 metrow roznicy poziomow) do oazy Sangalle.
Slonce prazylo niemilosiernie i 2h zejscie bardzo nas wyczerpalo. Jednak bylo warto sie meczyc, bo oaza okazala sie bajkowym miejscem. Mnostwo zieleni, palmy i turkusowe baseny z woda z przeplywajacej przez kanion rzeki Colca. Niesamowite miejsce - w gorze osniezone wierzcholki gorskie, a na dole tropik! Odpoczywalismy sobie w cieniu, Piotr plywal w baseniku z malym wodospadem. Spedzilismy rajskie 2h i postanowilismy wracac, gdyz na niebie pojawily sie ciemne chmury i zaczelo lekko siapic.
Cieszylismy sie, ze nie musimy wchodzic w sloncu, bo byloby to meczarnia! Droga na gore zajela nam niecale 3 godziny. Odglosy zblizajacej sie burzy sprawily, ze nie robilismy dlugich postojow na podziwianie widokow. Kiedy doszlismy do hotelu bylismy dosc zmeczeni, takze poszlismy szybko spac - kolo 19.
Spalismy sobie smacznie, ale tylko do 3.30. Wtedy ze snu wyrwalo nas dziwne uczucie, ktorego nigdy wczesniej nie doswiadczylismy. Caly dom, nasze lozko - wszystko sie trzeslo! Po 5 sekundach chwila przerwy i powtorka! Instynktownie zlapalismy latarke, telefon, cieple ubrania i blyskawicznie wybieglismy na dwor jeszcze w bieliznie. Postalismy 10 minut na zewnatrz, a kiedy wygladalo na to, ze to koniec trzesienia wrocilismy do naszego pokoju. Trzeba przyznac, ze nie bylo to mile przezycie i troche czasu nam zajelo zanim znowu usnelismy. Rano dowiedzielismy sie, ze dla Cabanacondy trzesienia nie sa tak niebezpieczne jak dla Arequipy (ze wzgledu na inne podloze) i dlatego lokalesi nawet nie wyszli na dwor w nocy bo takie zdarzenia sa dla nich na porzadku dziennym. Nawet rano przy sniadaniu bacznie przysluchiwalismy sie wiadomosciom, ale one nic nie zarejestrowaly.

Peru - Islas Flotantes (plywajace wyspy); w drodze: Arequipa i Chivay

2.05

Dzisiaj rano przejechalismy autobusem z poludniowej czesci jeziora Titicaca na polnocna. Po drodze przekroczylismy granice peruwianska i skonczylismy nasza 4h podroz w miasteczku Puno. Nie ma w nim nic ciekawego - znalezlismy sie tam, gdyz jest to baza wypadowa na plywajace wyspy plemienia Uro (Islas Flotantes).
Po tym jak zakwaterowalismy sie w hotelu, wsiedlismy na lodke, ktora w 30 minut dowiozla nas (i innych turystow) na jedna z wysp. Mimo iz plywajace wyspy sa bardzo komercyjnym miejscem, to i tak robia niesamowite wrazenie ze wzgledu na swoja unikalnosc.
Swoj poczatek wziely kilkaset lat temu kiedy to na zamieszkale przez plemie Uro tereny ladowe, wkroczyli wojowniczy Inkowie. Na poczatku Uro probowali walczyc, ale wkoncu wsiedli na lodzie zrobione z trzciny i wyplyneli na jezioro. Tam znalezli schronienie, jednak trzcina zaczela gnic i dlatego zaczeli scinac nowe pedy, ktore kladli na wierzch lodzi. Jedna warstwa na drugiej. Tak stworzyli sobie przestrzen do zycia. Na jednej wyspie mieszka okolo 6-10 rodzin. Ich glowne zadania to dbanie o wyspe (regularnie ubytki wypelniane sa nowa trzcina), zdobywanie pozywienia (ryby i dzikie ptactwo) i pilnowanie bezpieczenstwa wyspy.
Chodzenie po takiej wyspie przypomina troche chodzenie po sianie - jest bardzo sprezyscie :) Chaty, lodzie, stoly, lozka - wszystko to jest zrobione z trzciny. Jest nawet wieza wartownicza, z ktorej dawniej wygladano zblizajacych sie wrogow.
Po wizycie na Islas Flotantes wrocilismy do hotelu, gdzie do poznych godzin nocnych siedzielismy przy internecie obmyslajac nasze ostatnie 3 tygodnie przed wylotem na wyspy Galapagos.

3.05

Po slabo przespanej nocy dzisiejszy poranek byl bardzo spowolniony. Nie musielismy sie nigdzie spieszyc - autobus, ktorym teraz jedziemy do Arequipy wyruszyl o godzinie 11. Wiekszosc 6h trasy przebiega przez Altiplano (rownine wysokogorska, polozona na wysokosci 4-4,8 tys m). W oddali widac osniezone wulkany... Na miejscu mamy byc okolo 17.00 i od razu przesiadziemy sie do drugiego autobusu do Chivay (3h), skad bedziemy mogli obejrzec z bliska kanion Colca.
Juz troche zdarzylismy sie przyzwyczaic do boliwijsko-peruwianskich oszustw i niedociagniec: w Copacabanie mielismy sie stawic na autobus pod biurem, w ktorym kupilismy bilety. Kiedy tam przyszlismy wszystko bylo pozamykane. Dobrze, ze pobliska sprzedawczyni poinformowala nas, ze nasze biuro najprawdopdobniej sprzedalo nas innemu przewoznikowi nic nam o tym nie mowiac. Troszke stresu, ale udalo sie znalezc wlasciwy autobus.
Dzisiaj natomiast wsiedlismy do autobusu, w ktorym nie byl naszych miejsc (56 i 57), bo ostatni fotel mial numer 53. Usiedlismy na pierwszym wolnym, i dopiero na najblizszym dworcu wyjasnilismy pomylke (bilety byly kupione w systemie komputerowym ;). Po godzinie jazdy przenieslismy sie na dolne pietro na bardziej luksusowe siedzienia :)
I jeszcze jedna rzecz, o ktorej zapomnialem napisac: Ania byla pierwsza kobieta, ktora jezdzila na motocyklu z firmy, ktora zorganizowala nam przejazdzke w okolicach La Paz!
Kiedy dojechalismy do Arequipy o godz 17.00 szybko przelecielismy sie po budkach sprzedajacych bilety do Chivay i kiedy wszystko wskazywalo na to, ze nie damy rady pojechac tego samego dnia, znalezlismy jednego przewoznika, ktrory mial wyjechac o 17, ale pol godzinne opoznienie spowodowalo, ze udalo nam sie wsiasc do tego autobusu. Cala akcja byla bardzo szybka - musielismy biegac po dworcu z pania, ktora pomogla nam zalatwic podatek wyjazdowy (na peruwianskich dworcach to normalka) i bez kolejki wpakowala nasze bagaze. Przy calym pospiechu nie dostalismy kwitkow na nasze plecaki, co pozniej dostarczylo nam troche stresu.
Autobus, ktorym jechalismy nie przypominal wogole tych, ktorymi poruszalismy sie do tej pory: stary, brudny i w srodku bardzo smierdzialo, mimo ze kibelek zamkniety byl na klodke. Okolo 18.00 zrobil sie ciemno, i dobrze bo nie widzielismy dobrze drogi, ktora przebiegala nad wielkimi urwiskami. Oczywiscie bez barierek ochronnych. Autobus czesto zatrzymywal sie zabierajac osoby z pobocza. Przy jednym z takch postoi otworzyl sie luk bagazowy i dopiero krzyki pasazerow spowodowaly ze kierowca sie zatrzymal. Jako, ze nasze bagaze zostaly zapakowane jako ostatnie, mielismy wizje jak wypadaja i spadaja w dol kanionu. Piotr szybko wyskoczyl na dwor, ale nic nie bylo widac.
Dopiero kiedy dojechalismy do Chivay odetchnelismy z ulga: bylismy cali i nasze bagaze tez dojechaly. Zrobilismy podstawowe zakupy, znalezlismy kwatere i szybko polozylismy sie spac, bo rano musielismy byc o 5.30 rano na dworcu, zeby zlapac autobus do Cabanaconde.