Rano oddalismy samochod i przenieslismy sie do skromnego motelu niedaleko CBD (Central Bussines District). Po generalnym praniu wybralismy sie na wieczorne zwiedzanie Cairns. Miasto o niskiej zabudowie polozone nad sama woda przyciaga tlumy turystow z calej Australii i calego swiata. Jest tu mnostwo sklepow i kawiarni. Na placach odbywaja sie pokazy uliczne. W centrum, obok glownego deptaka zbudowano sztuczna lagune, w ktorej mozna sie bezpiecznie kapac. Jest podswietlana po zmroku, w ciagu dnia natomiast jest osloniona od slonca baldachimami, zeby nie bylo za goraco. Miasto sprawia bardzo przyjemne wrazenie, jednak takie kurorty nie koniecznie sa naszymi ulubionymi miejscami. Jak to w wiekszych miastach, oprocz zwyklych ludzi, jest tu troche marginesu spolecznego... Niestesty sa to glownie sa to rodowici mieszkancy Australii - Aborygeni, ktorzy nie dostosowali sie do realiow. Widac jak bardzo te dwie kultury: bialych i natywnych odcinaja sie od siebie...
Dzis robimy drugie podejscie do zwiedzania. Jutro wsiadamy na 'lajbe' i bedziemy nurkowac dwa dni na rafie koralowej.
Trzymajcie sie!
sobota, 30 lipca 2011
Cairns
Misssion Beach
Te dwa krotkie dni spedzilismy w jednym z caravanparkow w wiosce Rollingstone. Mimo, ze miejscowosc ta polozona jest nad samym morzem, a od plazy dzielila nas zaledwie waska uliczka - caly dzien przelezelismy na lezakach przy basenie. Na plazy nie bylo zbyt wiele miejsca do lezenia - duzo kamieni. Woda miala bury kolor. Obowiazywal zakaz kapieli z powodu przebywajacych tu krokodyli.
Camping byl naprawde bardzo przyjemny, bo mial wszystko lacznie z barbeque i ogolnodostepna kuchnia z wielkim plazmowym telewizorem. Wieczorem zbierali sie przy nim starsi kampowicze i przy winku spedzali na wesolo caly wieczor.
Jedno co przykulo nasza uwage, a bylo to absolutnie nie do pomyslenia w Nowej Zelandii: na campingach nocuje mnostwo ludzi w swoich wlasnych przyczepach i motorhome'ach i tutaj kazde z nich ma odprowadzona rure, ktora plyna pomyje pod wlasny 'dom' - na trawe. W Nowej Zelandii oczywista sprawa bylo, ze takie rzeczy spuszcza sie w specjalnych studzienkach kanalizacyjnych. Nie da sie ukryc, ze wiele Australijczykow jest mniej wrazliwych ekologicznie niz ich sasiedzi z NZ.
28.07
Dzis takze zostalismy na campingu pod namiotem (ostatnio slabiej spimy wiedzac, ze czasami krokodyle wychodza z wody na spacer ;). Tym razem w wiosce Mission Beach znanej z przepieknej tropikalnej plazy i turkusowego morza. W rzeczywistosci wiekszosc palm zostalo ogoloconych ze wszelkich lisci po lutowym cyklonie i teren byl bardziej przygnebiajacy niz myslelismy. Z ziemi wystawaly jedynie kikuty swiadczace o tym ze kiedys cos tu bylo...
Polozylismy sie wczesnie spac, bo rano trzeba wstac, aby zdazyc na czas z oddaniem samochodu w Cairns.
Rano kilka minut po wyjechaniu z campingu udalo nam sie spotkac ptaka, ktory nazywa sie cassowary (przypomina troche strusia) i jest niestety wymierajacym gatunkiem...
Cape Hillsborough National Park
Od rana ciagniemy sie bezkresna droga polnocnej Austarlii. Tutaj, jak kazdego dnia, swieci palace slonce, ktore wysusza rozlegle tereny. Mimo, ze aktualnie panuje tu zima, jest okolo 22C. W cieniu jest chlodno, za to w sloncu bywa nie do wytrzymania. Mnostwo ludzi ma slady po poparzeniach, bo w lato Australia zamienia sie w pustynie. Zreszta do tego dochodzi petlaca sie nad kontynentem dziura ozonowa, wiec osob z rakiem skory jest tutaj najwiecej na swiecie.
Przejechalismy dzis ponad 300km, zeby zblizyc sie do rafy koralowej i bajecznych plaz z bialym piaskiem. Nie mamy niestety za duzo czasu na plazowanie, bo musimy nadrabiac kilometry w ciagu dnia. Wszyscy ostrzegaja nas jak niebezpieczne jest podrozowanie w nocy ze wzgledu na przekraczajace droge kangury. Sa na tyle duze ze zazwyczaj wypadki te koncza sie smiertelnie dla obu stron. Jadac autostrada widzielismy kilkadziesiat martwych zwierzat... i wiele krzyzykow...Podroz samochodem konczylismy patrzac na pomaranczowy horyzont wsrod bezowej sawanny, czyli tak jak wyobrazalismy sobie Australie bedac jeszcze w Polsce. Australia pod znakiem Emu.
Slowo o wczorajszym spostrzezeniu. Konczac nasz szalony, poprzedni dzien wdalismy sie w rozmowe z sprzedawca ze sklepu monopolowego. Widzac jak zabiegany lata miedzy jakims samochodem, noszac torby z zakupami i dokonujac transakcje na kasie, zapytalismy czemu tak sie dzieje. Pan zrobil ogromne oczy i ze zdziwieniem zapytal: 'skad wy jestescie?? U was tak nie ma??' Wyjasnil potem, ze to sa tzw 'Liquor Store Drive Thru' czyli sklepy monopolowe gdzie jak w McDonaldzie - zamawiasz i placisz nawet nie wychodzac z samochodu. Sarkastycznie dodal przy tym, ze to po to aby grubaskom zylo sie latwiej i zeby ludzie nie musieli sie za duzo ruszac - w koncu to ma sluzyc wygodzie... Nie da sie ukryc, ze im dalej od wielkich miast tym bardziej widzimy inny styl zycia mieszkancow. Tu nikt juz nie biega, za to kuchnie maja 'och, pozal sie Boze'... Dwukrotnie skusilismy sie na australijskie dania, dla odmiany od 'tajskiej', i za kazdym razem byl to wielki blad. Za pierwszym razem byly to grillowane kalmary, ktore okazaly sie wielka porcja panierki z ktorej kapal stary olej. Za drugim razem sprobowalismy slynnego 'meat pie'a' czyli babki z kruchego ciasta nadziewanej miesem. Ten przysmak wzbudzil nasza watpliwosc, czy to co jest w srodku, to aby napewno to co zamowilismy, bo ze srodka wylewal sie gesty i tlusty, szary sos z marchewka i groszkiem...
25.07
Odwiedzilismy dzis Cape Hillsborough National Park okolo 40km na polnoc od Mackay. W tym miejscu po raz pierwszy spotkalismy dziko zyjace kangury. Wsrod wielu z nich wypatrzylismy matke, u ktorej z brzucha wystawala mala mordka jej dziecka. Zrobilismy spacer wzdluz plazy, na ktorej wyrysowane byly tajemnicze slady malenkich krabow i przy drewnianym plocie sfotografowalismy jednego z wielu zyjacych tutaj ciekawych ptakow. Byl bardzo sympatyczny, bo nawet nie drgnal gdy podchodzilismy do niego na odleglosc metra. Bardzo jestesmy ciekawi co to za ptak :)
Poki co, dalej przemierzamy kolejne kilometry odbierajac Australie jako kraj nudny, bez specjalnych atrakcji (pani celnik na lotnisku w NZ miala racje: w Australii nie ma nic ciekawego ;). Droga wyglada caly czas tak samo i nie jest to warte nawet jednego zdjecia. Czujemy, ze jedynie surfing przyniosl nam wiele radosci i ze nurkowanie na rafie koralowej w Cairns bedzie wspanialym zakonczeniem naszego pobytu w tym kraju. Czekamy jeszcze, aby pojawic sie na jednej z setek piaszczystych plaz choc i tak nie mamy gwarancji, ze dane nam bedzie wykapac sie w morzu ze wzgledu na rekiny, krokodyle zyjace w slonej wodzie i tzw 'stingers' czyli smiertelnie toksyczne meduzy...
Noosa Heads
Dzis byl szalony dzien ale o tym pozniej :) Wczoraj (22.07) zrobilismy pierwsze 150 km w kierunku Fraser Island - wielkiej wyspy z samego piasku. Jest ona wpisana na liste swiatowego dziedzictwa Unesco. Mozna sie dostac na nia wykupujac tour z przewodnikiem albo wypozyczajac terenowke z napedem na 4 kola. Niestety jak wszystko tutaj jest to bolesnie drogie i postanowilismy dac sobie chwile do namyslu... Po poludniu wyladowalismy w nadmorskim kurorcie Noosa Heads, skad udalismy sie na spacer po parku narodowym. Tutejszy rainforest rozni sie od tego w Nowej Zelandii, jednak czas spedzony nad oceanem byl bardzo przyjemny i odswiezajacy. Wieczorem w biegu zlapalismy tradycyjnie po tajskiej zupce i dojechalismy do campervan parku gdzie zostalismy na noc w wielkiej przyczepie campingowej.
Cieply klimat stanu Queensland (23.07) bywa czasem nuzacy i sprawia ze czlowiek czuje sie senny... Jednak nic nie budzi lepiej jak poranna przebiezka, dlatego wybralismy sie na godzinny jogging po okolicy. Tereny przypominaja nasze polskie gospodarstwa polozone na pagorkach, z ta roznica ze tutaj zamiast ptakow slychac i widac wszechobecne papugi. Oprocz takich malych, bajecznie kolorowych czesto mozna wypatrzyc biale papugi Ara z zoltymi 'irokezami' na czubku glowy. Sa wielkie na ponad pol metra i robia strasznie duzo halasu. Jest ich duzo w miastach, a takze w malutkich wsiach.
Ze wzgledu na koszty i to, ze jeszcze kilka pieknych wysp przed nami, zrezygnowalismy z Fraser Island. Wybralismy inne miejsce ktore mialo nam je choc troche zastapic - Great Sandy National Park. Gdy przyjechalismy na miejsce, specjalnie nie bylo wyboru spacerow. Wszystkie zajmowaly od 5-6h i zeby je przejsc powinnismy trafic na odplyw. Akurat w tym czasie morze bylo w najwyzszym punkcie i droga przez plaze byla zamknieta. Jednak Piotr - prawdziwy inicjator wszelkich szalonych aktywnosci - wypatrzyl lekcje surfingu! To byla wspaniala alternatywa dla kolejnego dnia trekowania. Bawilismy sie rewelacyjnie! Choc dla Ani byl to pierwszy raz - udalo sie jej stanac na fali juz za 3 podejsciem! Piotr majac wczesniejsze doswiadczenie smigal na falach jak profesjonalista ;) Warunki do plywania byly bardzo trudne - byl bardzo silny prad i mocny wiatr. Po kazdym udanym surfingu musielismy wracac 200 metrow po plazy w miejsce startu - tak bardzo znosilo morze tego dnia. Po kilku godzinach plywania i walczenia z falami bylismy wypruci z sil. Jednak oboje czulismy sie jak male dzieci bawiace sie wsrod morskiej piany. Plywanie na desce, podobnie jak snowboarding, czy jazda na deskorolce dostarcza takich wrazen, ze czlowiek czuje sie w sposob, ktory ciezko opisac. Jest to radosc z pokonania wlasnych slabosci, wykonania technicznie trudnego zadania i fizycznego zmeczenia. Po skonczonym plywaniu siedzielismy chwile na plazy i patrzac na zachod slonca kontemplowalismy te chwile. Coz to byl za wspanialy dzien!
Po podwieczorku z kalamarow i jew fish ruszylismy na polnoc w kierunku Marlborough. Droga przypominala nam programy o Australii, ktore ogladalismy przed wyjazdem: ogromne przestrzenie z purpurowymi chmurami na horyzoncie. Miejscami przejezdzalismy przez zielony busz. To bylo piekne zakonczenie tego szczesliwego dnia.
Na koniec zameldowalismy sie w jednym z moteli w Marlboroug i poszlismy do pub'u :) Po raz kolejny doswiadczylismy goscinnosci australijczykow, kiedy gosc, z ktorym Piotr rozmawial chwilke o gatunkach piwa, postawil nam po najlepszym lokalnym browarze. Przyniosla nam je kelnerka, po tym jak on juz wyszedl i nawet nie moglismy mu podziekowac.
Przed snem obejrzelismy w tv cala serie 'Lord of the Rings' z lezka w oku wspominajac cudowne pejzaze z Nowej Zelandii...












