Dzis byl szalony dzien ale o tym pozniej :) Wczoraj (22.07) zrobilismy pierwsze 150 km w kierunku Fraser Island - wielkiej wyspy z samego piasku. Jest ona wpisana na liste swiatowego dziedzictwa Unesco. Mozna sie dostac na nia wykupujac tour z przewodnikiem albo wypozyczajac terenowke z napedem na 4 kola. Niestety jak wszystko tutaj jest to bolesnie drogie i postanowilismy dac sobie chwile do namyslu... Po poludniu wyladowalismy w nadmorskim kurorcie Noosa Heads, skad udalismy sie na spacer po parku narodowym. Tutejszy rainforest rozni sie od tego w Nowej Zelandii, jednak czas spedzony nad oceanem byl bardzo przyjemny i odswiezajacy. Wieczorem w biegu zlapalismy tradycyjnie po tajskiej zupce i dojechalismy do campervan parku gdzie zostalismy na noc w wielkiej przyczepie campingowej.
Cieply klimat stanu Queensland (23.07) bywa czasem nuzacy i sprawia ze czlowiek czuje sie senny... Jednak nic nie budzi lepiej jak poranna przebiezka, dlatego wybralismy sie na godzinny jogging po okolicy. Tereny przypominaja nasze polskie gospodarstwa polozone na pagorkach, z ta roznica ze tutaj zamiast ptakow slychac i widac wszechobecne papugi. Oprocz takich malych, bajecznie kolorowych czesto mozna wypatrzyc biale papugi Ara z zoltymi 'irokezami' na czubku glowy. Sa wielkie na ponad pol metra i robia strasznie duzo halasu. Jest ich duzo w miastach, a takze w malutkich wsiach.
Ze wzgledu na koszty i to, ze jeszcze kilka pieknych wysp przed nami, zrezygnowalismy z Fraser Island. Wybralismy inne miejsce ktore mialo nam je choc troche zastapic - Great Sandy National Park. Gdy przyjechalismy na miejsce, specjalnie nie bylo wyboru spacerow. Wszystkie zajmowaly od 5-6h i zeby je przejsc powinnismy trafic na odplyw. Akurat w tym czasie morze bylo w najwyzszym punkcie i droga przez plaze byla zamknieta. Jednak Piotr - prawdziwy inicjator wszelkich szalonych aktywnosci - wypatrzyl lekcje surfingu! To byla wspaniala alternatywa dla kolejnego dnia trekowania. Bawilismy sie rewelacyjnie! Choc dla Ani byl to pierwszy raz - udalo sie jej stanac na fali juz za 3 podejsciem! Piotr majac wczesniejsze doswiadczenie smigal na falach jak profesjonalista ;) Warunki do plywania byly bardzo trudne - byl bardzo silny prad i mocny wiatr. Po kazdym udanym surfingu musielismy wracac 200 metrow po plazy w miejsce startu - tak bardzo znosilo morze tego dnia. Po kilku godzinach plywania i walczenia z falami bylismy wypruci z sil. Jednak oboje czulismy sie jak male dzieci bawiace sie wsrod morskiej piany. Plywanie na desce, podobnie jak snowboarding, czy jazda na deskorolce dostarcza takich wrazen, ze czlowiek czuje sie w sposob, ktory ciezko opisac. Jest to radosc z pokonania wlasnych slabosci, wykonania technicznie trudnego zadania i fizycznego zmeczenia. Po skonczonym plywaniu siedzielismy chwile na plazy i patrzac na zachod slonca kontemplowalismy te chwile. Coz to byl za wspanialy dzien!
Po podwieczorku z kalamarow i jew fish ruszylismy na polnoc w kierunku Marlborough. Droga przypominala nam programy o Australii, ktore ogladalismy przed wyjazdem: ogromne przestrzenie z purpurowymi chmurami na horyzoncie. Miejscami przejezdzalismy przez zielony busz. To bylo piekne zakonczenie tego szczesliwego dnia.
Na koniec zameldowalismy sie w jednym z moteli w Marlboroug i poszlismy do pub'u :) Po raz kolejny doswiadczylismy goscinnosci australijczykow, kiedy gosc, z ktorym Piotr rozmawial chwilke o gatunkach piwa, postawil nam po najlepszym lokalnym browarze. Przyniosla nam je kelnerka, po tym jak on juz wyszedl i nawet nie moglismy mu podziekowac.
Przed snem obejrzelismy w tv cala serie 'Lord of the Rings' z lezka w oku wspominajac cudowne pejzaze z Nowej Zelandii...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz