Czas leci nam tu niemilosiernie szybko. Obudzilismy sie z poczuciem, ze ledwie zaczal sie dzien i zaraz trzeba bedzie stad jechac spowrotem na poludnie. Poranna ulewa opozniala nasze wyjscie na zaplanowany trek. Zebralismy sie i we mgle ruszylismy w las. 'Rain forest' wygladal niczym z filmu, pelen czarnych jak smola pni drzew z gesta zielona korona (np. powszechne tu cabbage tree) z ktorych kapala woda, zoltych potoczkow i przedziwnych bialych grzybow. Od poczatku spaceru moglismy odczuc obecnosc tutejszych zwierzat. Tuz po wyjscu z campingu byly to wielkie, dzikie kaczki i czarno niebieskie bazanty - zupelnie inne niz te znane nam z naszego kraju. Potem przez pol drogi towarzyszyly nam szalone ptaszki z ogonem rozlozystym jak wachlarz (ang finches). Krecily wokol nas piruety i cwierkaly usilac zwrocic na siebie nasza uwage. Z czasem robily sie tak namolne, ze musielismy je od siebie odganiac. Podczas wspinaczki na jedno z wzniesien natknelismy sie na gromadke malych, czarnych dziczkow. Pociesznie ryly w poszyciu swoimi malenkimi noskami. Jednak nabawily nas strachu gdy wystraszone chrumkajac szukaly swojej mamy. To mogloby byc dosc bolesne spotkanie. Treking prowadzil do tzw Separation Point oddzielajacego Golden Bay i Tasman Bay. Cale szczescie pogoda sie poprawila i moglismy z tego punktu dojrzec nawet polnocna wyspe. Jednak najbardziej wzruszyl nas widok calej kolonii fok wygrzewajacych sie na kamieniach od strony Golden Bay. W tym miejscu widac bylo sile oceanu, ktory z impetem rozbijal sie o skaly.
Podczas drogi powrotnej szlismy plaza, na ktorej spotkalismy kolejne nowe ptaki. Oprocz znanego nam juz kormorana ktory dal sie sfotografowac z odleglosci dwoch metrow, ukazaly nam sie dwa czarne ptaszki stojace na jednej nodze majace jaskrawo-pomaranczowe dzioby i oczka. Ponoc zywia sie one ostrygami. Do tego wesolego grona dolaczyla jeszcze mala, pluskajaca sie wsrod fal mala, szara foczka. Na pamiatke tego cudownego miejsca, Piotr wygrzebal z piasku piekna muszle pelna perlowej masy, a Ania czerwone koralowce.
Zmeczeni, pelni wrazen i po raz kolejni zgodni co do tego, ze to 'raj na ziemi' wrocilismy do naszego kamperka. Dla ostudzenia emocji Piotr szybko wskoczyl do lodowatego oceanu po czym rownie szybko z niego wyskoczyl, jednak byla to kapiel w cieplych barwach zachodzacego slonca. Poznym popoludniem bylo tez juz troche chlodniej, jednak srednio temperatura wynosi tu miedzy 10C a 23C.
W drodze powrotnej do Nelson mielismy tez przygode na stacji benzynowej. Prawie stracilismy sufit podczas przejezdzania pod zadaszeniem. Pracowniczka z przerazeniem patrzyla czy jej stacja 'nie pojdzie z hukem'. Musimy o tym caly czas myslec :) .
Poki co, najblizszy plan mamy taki, ze jedziemy ogladac Pancake Rocks w okolicy Westport. Potem zmierzamy przejechac Arthur's Pass i dojechac w poblize Mt Hutt (moze Methven). Tam podobno pada juz snieg.
Bedziemy pisac kiedy tylko bedzie taka mozliwosc. Calujemy Was wszystkich bardzo mocno! Do uslyszenia!!
wtorek, 21 czerwca 2011
Treking do Separation Point
20.06
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz