Dlugo by opowiadac co wydarzylo sie przez ostatnie kilkanascie dni... Odkad policzylismy, ze wcale nie mamy tak duzo czasu (a ten plynie nam dosc szybko), wszystko dzieje sie w przyspieszonym tempie i ledwo znajdujemy chwile, aby cos napisac. Podczas naszej wedrowki w ostatnich dniach nie bylo szansy aby polaczyc sie z intenetem, ani nawet podladowac telefon, dlatego teraz w skrocie opowiemy Wam co wydarzylo sie w tym okresie. Zaczelismy pisac odrazu (11 kwietnia), gdy wsiedlismy w autobus powrotny do Puerto Natales, z ktorego wyjechalismy 2 kwietnia:
Wlasnie skonczylismy trekking w parku Torres del Paine i siedzimy w autobusie czekajac na powrot do Puerto Natales. To byla przygoda 'przez duze p'! Przez 11 dni przeszlismy ponad 130 km, walczylismy z huraganowymi wiatrami, przedzieralismy sie przez bagna, przeprawialismy sie przez rzeki i zdarzalo sie ze brnelismy w sniegu po pas. Wszystko to przez wiekszosc czasu w padajacym ulewnie deszczu i dosc niskich temperaturach (2-12 C)
Wrocmy do poczatku: 2 kwietnia w deszczowy poranek nasz busik dowiozl nas i 3 inne pary do bramy parku. Straznik, ktory odbieral papiery rejestrujace nasz pobyt, na wstepie powiedzial, ze wszystkie szlaki sa otwarte oprocz petli (przelecz zasypana sniegiem!). Pozostali zaczeli robic sobie zarty, ze nie beda mogli zrobic petli, nam natomiast wcale nie bylo do smiechu, bo nasz plan zakladal wlasnie przejscie ta trasa...
O nie! Tak latwo sie nie poddamy tym razem! Powiedzielismy straznikowi, ze jestesmy przygotowani na takie warunki i chcemy isc petla. Straznik probowal jeszcze wybic nam to z glowy mowiac o lawinach (choc z dolu wygladalo to calkiem przyzwoicie) itp jednak widzac nasz upor wyciagnal w koncu dokument, ktory musielismy podpisac przed wyruszeniem na szlak. Bylo to oswiadczenie, ze wiemy co robimy, a takze zwolnienie Conafu (cos jak nasz Gopr) z obowiazku przeprowadzenia akcji ratunkowej w razie wypadku. (Kochani rodzice - jak bedziecie to czytac, pamietajcie ze nie zrobilibysmy niczego glupiego: jesli okazaloby sie ze warunki sa za trudne, zakladalismy powrot ta samo droga, ktora przyszlismy!). Na koniec kiedy juz wszyscy wyszli straznik powiedzial, ze musial tak zrobic, zeby inni nie poszli w nasze slady i dodal, ze beda nas szukac jak cos sie stanie...
No i poszlismy! Pierwszego dnia zrobilismy 20km, glownie po plaskim terenie. Jedynym utrudnieniem byly przeprawy przez strumienie - czasami chodzilismy w gore i w dol szukajac dogodnego przejscia. Plecaki ciazyly, bo mimo zabrania tylko niezbednego minimum, mielismy ze soba jedzenie na 7-8 dni. Po drodze moglismy nacieszyc oczy towarzystwem latajacych nad naszymi glowami - kondorami. Widzielismy takze tutejsze zwierzatka jak Guanaco oraz... - skunksy :-) Wreszcie przy zachodzacym sloncu znalezlismy sie na pierwszym obozowisku - Seron. W nocy mocno wialo w naszym namiocie... Ale to dopiero poczatek znajmosci z tutejszym wiatrem (mielismy nadzieje ze bedzie lepiej niz na trekingu w Ushuaii).
Nastepnego dnia po przepieknym wschodzie slonca Ania gotowala sniadanie w opuszczonej szopie, a ja poszedlem po wode do strumienia. Kiedy bylem juz jakies 20 metrow od szopy - zamarlem! W nieduzej odleglosci od wejscia w nieswiadoma niczego Anulke wpatrywala sie przyczajona puma! Kurde, mialo tu nie byc zadnych duzych drapieznikow! Zdarzylem tylko krzyknac: 'zamykaj szybko drzwi!' i siegnac po kamere, lecz niestety kociak uciekl. Puma byla strasznie wychudzona, ale i tak robila niesamowite wrazenie...
Drugi dzien to troche podejscia (ok 400m) w poblizu turkusowego jeziora Paine. Straznik ostrzegal nas przed bardzo silnym i zimnym wiatrem schodzacym z lodowca w tym miejscu. Jego slowa sie sprawdzily - wiatr byl tak silny, ze jego podmuch potrafil przesunac czlowieka o kilka metrow (kiedy czytalem o tym w Polsce nie chcialo mi sie wierzyc, ze moze tak byc...). W koncu po blisko 19 km doszlismy do jeziora Dickson gdzie spedzilismy noc w poblizu schroniska. Z powodu zamknietego szlaku bylismy jednymi z niewielu ludzi w tej okolicy. W nocy rozpetalo sie pieklo: huraganowe podmuchy nie dawaly nam spac - huk i ryk budzily nas co kilka chwil. Jak sie pozniej okazalo to nie byla pierwsza taka noc... Za to poranek zapieral dech w piersiach. Niebo bylo jak wymalowane pastelami, blekit przeplatal sie z czerwienia. Na horyzoncie dostrzec mozna juz bylo pierwsze lodowce i osniezone szczyty. Niestety pozniej pogoda sie pogorszyla.
Trzeciego dnia w strugach deszczu ruszylismy w strone obozowiska Los Perros, ktore mialo byc naszym ostatnim noclegiem przed przejsciem przeleczy. Wiejacy wiatr byl dosc cieply i rozpuscil dosc duzo sniegu na okolicznych szczytach (moze nam sie uda pokonac ta przelecz?). Niestety oznaczalo to tez przeprawe przez bagna w gorskim lesie. Czasami wpadalismy ponad kostke w rozmyte torfowiska. Widoki zaczely byc coraz bardziej wysokogorskie: osniezone szczyty, lodowce coraz blizej nas. Lekko przemoknieci zjedlismy kolacje (zupki chinskie) i poszlismy spac.
Nastepnego dnia pobudka dosc wczesnie i ruszamy pod gore. Znow towarzyszy nam bagno. Potem po wyjsciu nad poziom lasu zaczynamy sie przedzierac przez laty sniegu. Ze wzgledu na wciaz padajacy deszcz jest ciezko - raz po raz zapadamy sie po pas. Trzeba wlozyc duzo sily, zeby spowrotem sie podzwignac. Przed nami widac juz przelecz. Technicznie to bardzo latwe przejscie, ale ta pogoda... Deszcz przybiera na sile i podobnie ma sie rzecz z wiatrem. Pod sniegiem plyna strumienie, ktorych nie widzimy, ale czujemy po tym jak nalewa nam sie woda do butow. Deszcz zacina tak mocno, ze struzki wody plyna nam po nogach. Mamy spodnie przeciw deszczowe, ale w tej sytuacji nie ma sensu juz ich zakladac. Ulewa zmoczyla nas tak szybko ze bylo juz za pozno, a wczesniej od ciepla ciala spodnie schly momentalnie. Ostatnie 100 metrow podejscia to dodatkowo zmaganie sie z niesamowicie silnym wiatrem. Idziemy mocno pochyleni ale i tak rzuca nami na wszystkie strony (mamy video ;). Widocznosc prawie zadna. Ogromny lodowiec Grey wyglada jak wzburzone morze w czasie sztormu. Droge w dol, do granicy drzew praktycznie biegniemy. Wszystko mamy mokre, woda chlupocze w butach. Jest przerazliwie zimno! Do obozowiska musimy jednak przejsc jeszcze ponad godzine, ktora strasznie sie nam dluzy. Droga biegnie zakosami przez blotnisty las, musimy tu szczegolnie uwazac, bo jest dosc slisko. To byla szkola charakteru...
Znajdujemy wiate i mimo ogolnego zakazu Piotr rozpala ognisko w znalezionym duzym garnku (dobrze ze mamy kuchenke na benzyne - ta ulatwia rozpalenie mokrego drewna ;) W koncu jest to - emergency. Do zachodu slonca suszymy tam mokre buty i ubrania... To wlasnie w takich chwilach czlowiek czuje ze zyje! Fakt, ze to co sie przezylo jest juz za nami przynosi ogromna satysfakcje i poczucie spelnienia niepodobne do zadnego uczucia, ktore doswiadczamy prowadzac normalne, spokojne zycie we wlasnym kraju... Po tej chwili pelnej przemyslen, szybko stawiamy czola kolejnym wyzwaniom, rozbijamy namiot i idziemy spac. W nocy znowu huragan...
Podbudowani faktem zdobycia przeleczy rozpoczynamy kolejny dzien. Buty nie wyschly, wiec na suche skarpetki zakladamy foliowe torby i w droge! Pogoda sie poprawila, zaczelo przeblyskiwac slonce. Wreszcie moglismy zachwycic sie lodowcem Grey! Jest olbrzymi! Co jakis czas obrywaja sie z niego ogromne kawalki lodu (wielkosci duzego domu) i wiatr znosi je na drugi brzeg jeziora. Po srodku lodowca sa dwa nunataki. Kiedy pojawila sie tecza stawalismy raz po raz, zeby nacieszyc nasze oczy tym wspanialym widokiem. Z tej strony przeleczy pogoda juz znacznie sie poprawila. Czesciej zza chmur wylanialo sie slonce i bylo znacznie cieplej. Pod wieczor doszlismy do schroniska Grey (refugio). Tam zafundowalismy sobie pierwszy prysznic od 5 dni i wyborna kolacje (trzy dania+wino) przed pojsciem spac w namiocie. Poczulismy wtedy ze najgorsze juz za nami.
Kolejny dzien uplynal nam na trekingu wzdluz jeziora Grey. Dobrze nam sie szlo i postanowilismy pociagnac dalej niz pierwotnie planowalismy. Juz po zachodzie slonca dotarlismy do obozowiska Italiano u wejscia do Doliny Francuzow. Pod koniec mielismy niesamowity widok na lodowiec Frances. Po pieknym dniu mielismy nadzieje na podobna noc. Plany popsul nam... wiatr. A raczej mega wicher. Kolejna nieprzespana noc. Korony drzew prawie kladly sie na ziemi przy najmocniejszych uderzeniach. Jak zwykle wszystkie sledzie i odciagi namiotu pozabezpieczlismy wielkimi kamieniami... Heh, ogolnie to weszlo nam juz w nawyk, ze kiedy kladziemy cos na ziemi, to przyciskamy to kamieniem, zeby nie odlecialo ;) mimo to pozegnalismy kilka drobiazgow na zawsze ;)
Slaby sen i duze zmeczenie nie pozwolily nam na dlugi marsz nastepnego dnia. Wicher w dalszym ciagu sie utrzymywal, co znacznie utrudnialo nam treking. Kiedy szlak prowadzil brzegiem jeziora wiatr rozpedzal sie nad jego tafla tak, ze podrywal ogromne ilosci wody. W swiecacym sloncu tworzyly sie cudowne tecze. Dla nas oznaczalo to walke o utrzymanie kierunku marszu. Wiatr byl na tyle silny, ze przy jednym z podmuchow zlamal sie kij trekingowy Ani, gdy probowala utrzymac sie w pionie. Wedrowka tym trudnym odcinkiem stala sie juz zbyt meczaca. Musielismy zmienic plany i tego dnia skonczylismy wczesniej i postanowilismy pierwszy raz przenocowac w schronisku zamiast pod namiotem. Okazalo sie to dobrym pomyslem, bo w nocy schronisko trzeszczalo pod naporem wichury i do tego lalo jak z cebra. Pole namiotowe (polozone malowniczo na brzegu jeziora) nastepnego poranka bylo obrazem nedzy i rozpaczy: polamane namioty i ludzie suszacy swoje rzeczy. Dziewiatego dnia ruszylismy w strone hotelu Las Torres. Rano wiatr byl juz znacznie mniejszy, jednak na tyle silny, ze kiedy przekraczalismy szeroki i dosc rwacy potok, zdmuchnal Anule z kamienia (mimo podpierania sie kijami) prosto do wody - po kolana. Inni ludzie bali sie przejsc i siedzieli na brzegu czekajac z nadzieja, ze moze sie cos zmieni. Poniewaz poprawila sie pogoda, postanowilismy powylegiwac sie na sloncu i wysuszyc buty. To bylo cos cudownego... Dawno nie czulismy chwili wytchnienia... Po dwoch godzinach slonca i wiatru wszystko bylo juz suche i moglismy ruszyc na dol. Po dojsciu na kemping okazalo sie, ze schronisko jest juz zamkniete (jest po sezonie i dzialaja tylko 2 w calym parku), co oznaczalo dla nas tyle, ze nie mamy gdzie zakupic prowiant na ostatni odcinek trekingu - do punktu widokowego pod same wieze (Torres del Paine). Dodatkowo znowu zaczal podac deszcz, co calkiem popsulo nam humory. Nie bylo widac wogole gor i kladlismy sie spac z mysla, ze moze juz pora wracac do Puerto Natales i odpuscic sobie ten ostatni odcinek (ktory nota bene jest wizytowka parku - najczesciej odwiedzana przez turystow). Bilismy sie z myslami...
Poranek nie przyniosl poprawy pogody. Wszystko mielismy wilgotne, bylismy bez jedzenia, a na niebie wisiala jedna wielka szara chmura. Nie poddalismy sie na poczatku, nie poddamy sie i teraz! Spakowalismy namiot i ruszylismy do hotelu, a tam prosto do kuchni (hotel jest bardzo luksusowy i moglibysmy w recepcji kupic nedzne lunch boxy (jablko+bulka) za 140 pln za sztuke). W kuchni blagalnym tonem oznajmilismy, ze jestesmy od 10 dni w gorach i skonczylo nam sie jedzenie i bardzo chcielibysmy kupic stary chleb albo jakies resztki makaronu, czy cos podobnego ;). Pani kucharka jak dobra wrozka pozwolila nam zjesc sniadanie w restauracji hotelowej z duza znizka (jedlismy juz po zamknieciu razem z obsluga) a potem zalatwila nam wielki bochen chleba i ciastka czekoladowe. Z pelnymi brzuchami ruszylismy pod gore na ostatnia czesc naszego trekingu. Po kilkuset metrach podejscia i kilku przeprawach przez strumienie znalezlismy sie w obozowisku Torres. Caly dzien lalo, ale mimo to Dolina ta okazala sie jedna z najpiekniejszych i gdybysmy odpuscili wejscie tutaj, bylaby to najwieksza szkoda... Patagonska jesien jest wspaniala... Szybko rozbilismy namiot, zabralismy aparat i ruszylismy dalej w gore do punktu widokowego, ktory miesci sie pod samymi szczytami (w dole ladne jeziorko lodowcowe). Tam grubo ubrani czekalismy, az wiatr przegoni chmury na tyle zeby zobaczyc wszystkie 3 wieze i zrobic im zdjecia. Udalo sie! Choc nie jest to zdjecie z pocztowki (malo swiatla). Juz po ciemku wrocilismy do namiotu. Wciaz padalo, wiec pospiesznie zrobilismy kolacje i wskoczylismy do spiworow. Noc byla koszmarna. Bylo wyjatkowo zimno, wilgotno a potem wietrznie. Pol nocy kapalo nam z drzewa na namiot co doprowadzalo nas do szewskiej pasji... Ale w glowach wedrowala mysl: to ostatnia noc.., to ostatnia noc...
Obudzilismy sie jeszcze jak bylo ciemno,aby szybko sie spakowac i zdarzyc na autobus do Puerto Natales. To miasto jawilo nam sie wtedy jako raj, w ktorym wypoczniemy wolni od meczacych wiatrow i nieznosnych deszczow. Bylismy bardzo wytesknieni wygody, wiec mielismy motywacje aby wszystko szybko ogarnac. Udalo nam sie to blyskawicznie, a potem pospiesznym krokiem ruszylismy w kierunku wybawczego autobusu...
Tak minal nam ten pelen wrazen czas spedzony w parku Torres del Paine. Czas ktory wzmocnil nasza psychike i przypomnial, ze nie nalezy sie zbytnio roztkliwiac nad soba... Trudne warunki ucza pokory, a to byla najlepsza szkola.
Spedzilismy juz jedna noc w P.Natales, popralismy brudne ubrania. Jutro czeka nas droga autobusem do El Chalten, skad planujemy ruszyc na kolejny 3 dniowy trek w poblizu Cerro Torre i Fitz Roy. Tym razem jednak ograniczymy sie jedynie do tras widokowych ;-) co zajmie nam okolo 3 dni.






Wasza relacja zapiera dech w piersiach...
OdpowiedzUsuń