niedziela, 17 lipca 2011

Sydney

14-16.07

Po wyladowaniu w Sydney troche czasu zajelo nam zorganizowanie spania i rozeznanie sie w realiach. Na lotnisku znowu wzieli nas za przestepcow, bo mielismy ze soba dwa banany, a to jest kolejne miejsce do ktorego nie mozna wwozic owocow. Wpisali nas do systemu i puscili dalej. O 21.00 (Polska +8h) dojechalismy kolejka do promu w Sydney Cove, ktorym przeplynelismy na druga strone zatoki - do Manly - tam gdzie obecnie spimy. Z pokladu mielismy niesamowity widok na budynek opery i most - dwie ikony tego miasta. Dopiero wtedy doszlo do nas gdzie jestesmy. Do tamtego czasu znalismy je tylko z filmow i tv... Powolutku (dawno nie chodzilismy z pelnymi plecakami ;), razem z mieszkancami Sydney wracalismy ciemnymi ulicami przedmiescia i patrzylismy jak miasto kladzie sie do snu...

Piatek (15.07) przywital nas ulewa, ktora trwala caly dzien. Do tego bylo bardzo zimno - ok 6C. Mimo to ruszylismy wczesnie rano na zwiedzanie miasta, ktore skonczylismy dopiero wieczorem.
W sumie spedzimy tu ponad tydzien: w niedziele idziemy na 4h wspinaczke na najwyzszy punkt na slynnym moscie, a w poniedzialek wybieramy sie do Imaxa na Transformers 3D ;) (najwiekszy ekran kinowy na swiecie), 3. sierpnia idziemy do opery na Le Boheme (zastanawiamy sie czy zalozyc buty trekingowe czy do biegania w terenie ;). To tylko niektore atrakcje, ktore juz zabukowalismy.
Udalo nam sie tez wreszcie zaplanowac dalszy czas w Australii: w srode (20.07) lecimy do Brisbane, gdzie wypozyczymy auto i jedziemy do Cairns, skad wracamy samolotem do Sydney (3.08), zeby nastepnego dnia wsiasc w samolot do Tokio.

16.07

Dzis rano przebieglismy sie wybrzezem Manly. Biegalismy posrod setek innych ludzi, bowiem panuje tutaj kult ciala podobnie jak w Brazylii. Wszyscy cwicza, biegaja albo surfuja. W morzu, wsrod fal bylo czarno od surferow. Zartuje sie, ze Sydney updabnia sie troche do Californi, bo mnostwo tu wymuskanych ludzi (glownie kobiet) w stylu 'plastic fantastic'. Po spokojnej, mocno wyluzowanej Nowej Zelandii troche nas to przytloczylo. Ale taka widac jest Australia. Tu juz ludzie nie sa tacy mili i usmiechnieci. Wszyscy sie spiesza i lepiej nie wchodzic im w doge.
Popoludnie spedzilismy w centrum Sydney. Dzis jest weekend, wiec po miescie poruszalismy sie w tlumie turystow z calego swiata. Po ogladaniu najslynniejszej opery poszlismy na spacer do ogrodow botanicznych. Wieczor spedzilismy wloczac sie po 'chinatown' i popijajac piwko w angielskim pubie. Czas lecial nam tak szybko, ze ledwo zdarzylismy na ostatni prom do naszej dzielnicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz