Uff... Dzisiejszy dzien byl meczacy, ale czujemy to dopiero teraz kladac sie do spania. Wstalismy dzis wyjatkowo wczesnie, bo o 4 rano i nie moglismy wytrzymac dlugo w lozku - pierwsze co polecielismy na mostek kapitanski sprawdzic, czy pojawily sie w okolicy jakies gory lodowe. Dookola tylko ciemna noc i zacinajacy mocno snieg w swietle bardzo mocnego szperacza ustawionego jakies 100m w przod dziobu. Sternik i pilot w pelnej gotowosci. Po pol godzinie wrocilismy na dalsza drzemke.
Nie trwala ona zbyt dlugo, bo dzisiaj zeszlismy na lad pierwszy raz o godzinie 9 rano. Wyspa Cuverville'a (na pln koncu Kanalu Errera), na ktorej sie znalezlismy jest najwieksza kolonia pingwina Gentoo w tej czesci Antarktydy (okolo 5 tys par w okresie legowym). Widzielismy tutaj tez pingwina bialego (nie albinosa). Widoki dookola byly powalajace - ogromne gory lodowe w wiekszosci zanurzone pod woda mialy soczyscie blekitny kolor. Po obu stronach widzielismy polwysep, z ktorego schodzily do wody wielkie lodowce. Czasami odrywal sie od nich potezny serak, ktory z ogromnym hukiem wpadal do wody, tworzac wysoka fale.
Na koniec wsiedlismy do pontonu i udalismy sie na 30 min przejazdzke po zatoce, mogac z bardzo bliska ogladac to, co widzielismy wczesniej z brzegu.
Po powrocie na statek nie bylo nam dane dlugo odpoczac, bo po obiedzie i krotkiej sjescie, wskoczylismy spowrotem do pontonow, zeby wyladowac po raz pierwszy na wlasciwym ladzie Antarktyki (Neko Harbour na Ziemi Grahama). Tam w otoczeniu pingwinow zroblismy krotki trek na jeden z pobliskich wierzcholkow (120m npm). Ze szczytu rozposcieral sie nieprawdopodoby widok na zatoke, do ktorej ze wszystkich stron schodzily lodowce. Czegos takiego nie widzielismy nawet w Himalajach! Seraki wielkosci naszego statku pochylaly sie niebezpiecznie w strone wody, ogromne szczeliny i niesamowita cisza! Coz za spektakl! Mozna bylo stac i patrzyc sie na ten cud natury godzinami. Po powrocie na statek wciaz bylo nam malo, dlatego zlapalismy lunch i poszlismy go jesc na poklad. Siedzielismy na laweczce popijajac popludniowa herbatke i gapilismy sie na widoki przed nami. Tak spedzilismy okolo 4 godzin przy zerowej temperaturze. Kiedy mielismy juz wracac na kolacje wyszlo slonce i kapitan zdecydowal sie poplynac waskim przesmykiem (Neumayera) u wyjscia z ciesniny Gerlacha. Co to byly za widoki! Wszedzie kra, gory lodowe, lodowce, chmury i od czasu do czasu wyskakujace z wody pingwiny albo foki wypoczywajace na krach... Szkoda bylo schodzic pod poklad, ale powoli zaczynalo sie robic ciemno, a nam powoli zaczelo dokuczac zimno!
Chwile spedzone tutaj sa tak niepowtarzalne i znowu nie mozemy sie doczekac kolejnego dnia...
sobota, 26 marca 2011
Pierwsze kroki na kontynencie
20.03
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz