środa, 30 marca 2011

Do domu czy dalej w gore?

28.03

Wczoraj w nocy czulismy sie jak w Tatrach podczas najwiekszego halnego jaki przezylismy do tej pory. Namiotem trzepotalo i ryk wiatru w koronach drzew utrudnial nam spanie. Srednio budzilismy sie co 3 godziny. Zrozumielismy dlaczego idac tutaj mijalismy tyle zwalonych drzew. Wiedzielismy, ze w trakcie takiej wichury nie bedziemy mogli zejsc na dol, bo przejscie przez wiatrolom (droga na dol prowadzi tylko przez las) wiazaloby sie ze zbyt duzym ryzykiem.
Do tego kolo 5 rano zaczal padac deszcz. Nie pozostalo nam nic innego jak przeczekac ta wstretna niepogode. Glod wygonil nas z namiotu o 9.30. Troche czasu minelo zanim zrobilismy sniadanie. Przenikliwy zimny wiatr mrozil nam rece, ale tez przeganial ddzyste obloki tuz nad tafla stawu...
Cisnienie sie unormowalo - to byl dobry znak. W przerwie mzawki postanowilismy sie szybko spakowac i kiedy wiatr zmalal - mielismy ruszyc na dol. Wtedy przez chmury powoli zaczelo przebijac slonce. Z kazda chwila mocniej i wreszcie pojawily sie szanse na sloneczny dzien.
Wtedy podjelismy szybka decyzje - zostawiamy plecaki w miejscu biwaku, bierzemy niezbedne rzeczy i ruszamy w kierunku pobliskiego szczytu - Cerro Esfinge (1250 m).
O 13.15 po przejsciu przez torfowiska zaczelismy dluga wspinaczke na siodlo. Z kazdym zyskanym metrem otwieral sie przed nami niesamowity widok na doline i jeziorko nad ktorym nocowalismy. Nasz plan zakladal wejscie tylko na siodlo (950 m) i powrot do Ushuaii, lub wejscie na szczyt i drugi nocleg w tym samym miejscu. Okolo 3 po poludniu ujrzelismy Lagune Superior - malutki stawik do ktorego splywala woda z topiacego sie lodu i on tez zasilal staw polozony na dnie doliny. Z siodla widac bylo druga doline razem z lodowcem, do ktorego mielismy isc na poczatku. Zaczal padac snieg. Po chwili zastanowienia, mimo zmeczenia postanawiamy wejsc na Cerro Esfinge. Byla 4.15 i wiedzielismy ze bedziemy musieli sie spieszyc. Przez caly czas szlismy piargiem co mocno nas meczylo i spowalnialo. Zdecydowalismy jak najszybciej dostac sie na gran. W 3/4 drogi okazalo sie jednak, ze byla to zla decyzja - podejscie bylo zbyt trudne. Trasa wiodla bardzo stromo po kamieniach w ksztalcie plaskich plytek. Takie kamyczki maja tendencje do obsuwania sie niczym lawina pod ciezarem ciala. Czesto kazdy jeden krok oznaczal pol kroku w dol. Ponizej lezaly platy wiecznego sniegu. Kazde poslizgniecie oznaczalo szybki zjazd na dol z niekoniecznie fajnym zakonczeniem. 100 metrow od szczytu musielismy zawrocic. Po zejsciu do miejsca, w ktorym moglismy rozpoczac trawers na wierzcholek, mimo silnej pokusy, postanowilismy schodzic na dol. Byla 5.15 a musielismy jeszcze rozbic ponownie namiot (o 7.30 robi sie ciemno). Nasze nogi juz ledwo pracowaly (to dopiero drugi dzien), mimo to zeszlismy dosc szybko w promieniach zachodzacego slonca. Bajkowe widok dodawaly nam sil.
Po powrocie na biwak szybko sie zorganizowalismy i po kolacji lezymy teraz w namiocie.
To byl wspanialy dzien pelen wrazen i przepieknych widokow. Nie spotkalismy zywej duszy, a na horyzoncie nie bylo nic co przypominaloby nam o cywilizacji... Mielismy to wszysto (i przede wszystkim siebie :) tylko dla nas...
Jutro schodzimy do Ushuaii na odpoczynek przed nastepnym trekingiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz