środa, 30 marca 2011

Z poziomu morza w gory

27.03

Ciezko bylo nam sie rozstac ze statkiem, z zaloga i z innymi pasazerami dzisiaj rano. Przez te 11 dni zdazylismy sie przyzwyczaic do tej lajby - byla naszym schronieniem i srodkem transportu. To troche podobne uczucie jakim motocyklisci darza swoje maszyny.
Teraz (jest godzina 19.40) lezac w namiocie ciezko nam uwierzyc, ze jeszcze przeciez dzisiaj bylismy na pokladzie naszej wielkiej Ushuaii.
Dzien zaczelismy dosc wczesnie i ruszylismy na dlugo wyczekiwany trekking. Pogoda i widoki jak marzenie - piekne slonce, w ktorym widac wszystkie kolory jesieni. Ta juz na dobre rozgoscila sie w parku narodowym Tierra del Fuego. Poczatek drogi prowadzil przez wciaz zielone laki, na ktorych pasly sie konie. Czasem trawe przykrywala szadz. Przekraczalismy od czasu do czasu waskie strumienie, w ktorych plywaly bobry. Caly teren po ktorym sie dzisiaj poruszalismy (nawet ten wyzej) lezy na torfowiskach. Potem droga zaczela sie piac pod gore i weszlismy w las. Mnostwo w nim byl zwalonych drzew i czasami musielismy przechodzic pod niektorymi na czworaka ;). Niektore drzewa przypominaly powykrecane druciki lub ciernie. Dla nas wszystko to bylo bardzo ciekawe, wiec nie spieszylismy sie zbytnio. Czesto zatrzymywalismy sie robic zdjecia, bo w takim otoczeniu jeszcze nigdy nie trekowalismy. Powoli zaczynamy przyzwyczajac nogi do chodzenia (na pokladzie Ushuaii odwyklismy). Nasze plecaki z prowiantem, paliwem do kuchenki i zapasem wody sa jednak niestety naprawde ciezkie...
Tutejsze szlaki sa bardzo slabo oznaczone, ale nie stanowi to dla nas problemu. Mamy stosowna pomoc ;-) Praktycznie nie spotkalismy dzisiaj nikogo. To juz koniec sezonu turystycznego i w miescie zrobilo sie tez pusto.
Okolo godziny 3.30 po poludniu dotarlismy do naszego celu - Laguna Encantada. To male jeziorko wysokogorskie (560 m npm) otoczone z trzech stron szczytami gorskimi, na ktorych lezy juz swiezy snieg.
No wlasnie - wszystko byloby ideanie gdyby nie to, ze jest tu juz dosc zimno - w tej chwili na zewnatrz jest 1 stopien. Dodajac do tego zimny i przenikliwy wiatr wiejacy od morza robi sie srednio przyjemnie. Jesli do tego zacznie padac deszcz (a ma padac) to nocowanie w naszym malutkim namiocie bedzie meczarnia (nawet dla nas ;).
Jutro prawdopodobnie ruszymy dalej w kierunku Paso dela Oveja, gdzie spedzimy kolejna noc pod namiotem. Natomiast jesli chodzi o nasze dalsze plany (zakladalismy ok 14 dni trekingow z namiotem w tych okolicach) to wszystko bedzie zalezalo od pogody i naszego samopoczucia. Moze skrocimy to na rzecz wypadow w okolicy Cerro Torre czy Fitz Roy.
Jest 2 w nocy i gwaltownie zaczelo spadac cisnienie. Wiatr doslownie ryczy w malym zagajniku, na skraju ktorego rozbilismy nasz namiot. Porywy spokojnie osiagaja kolo 80-100 km/h. Dobrze, ze spimy w malej niecce i zawczasu pozabezpieczalismy wszystkie sledzie duzymi kamieniami, a odciagi poprzywiazywalismy do drzew... W spiworkach mamy cieplutko jak w domku ;). Probujemy spac dalej...
Teraz juz wiemy 'czym pachnie' tutejszy wiatr, przed ktorym wszyscy nas przestrzegali...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz