piątek, 11 marca 2011

Angra/w drodze do Iguacu

8.03

Kolejny dzien bez internetu. Piszemy, aby pamietac kazdy dzien, lecz wielka szkoda ze nie mozemy na biezaco dzielic sie z Wami naszymi wrazeniami. Jestesmy teraz w drodze z Rio do Foz do Iguazu. Przejazd trwa w sumie cala dobe a za nami dopiero 1/5. Jednak podroz nie jest bardzo uciazliwa. Autokar ma duzo miejsca. Sa wygodne fotele, ktore rozkladaja sie prawie do poziomu i do tego jeszcze sa wygodne podnozki. Autobus staje co 4 godziny na przerwe w wypasionych kompleksach z mega iloscia lazienek, ogromna jadalnia (obsluga wlasna) i wielkim sklepem w ktorym jest wszystko, a w szczegolnosci akcesoria do uprzyjemniania podrozy. Najwieksza popularnoscia ciesza sie tu poduszki. Praktycznie kazdy podozujacy brazylijczyk lub argentynczyk wozi ze soba swoja wlasna, wielka poduszke. Mozna to bylo zaobserwowac rowniez na katamaranie ktorym plynelismy na Ihla Grande. Tak jest tez i teraz. I my takze nabylismy dzis swoja poduszeczke na droge.
Odetchnelismy juz troche, ze wyrwalismy sie z tej nudnej wyspy. Z ulga tez zegnamy sie z Brazylia w karnawale i jej mieszkancami, ktorzy od samego poczatku nie dawali nam spac. Najbardziej dalo nam sie to we znaki dzisiejszej nocy, kiedy to pod oknem naszego pokoju do samego switu krzyczeli, spiewali, trabili i Bog wie co jeszcze. Masakra. W oddali dochodzil tradycyjnie dzwiek bebnow, do tego fajerwerki, a z korytarza lomot trzaskajacych drzwi. W naszym pokoju panowala temperatura i wilgotnosc podobna do sauny tuz po podlaniu zarzacych kamieni. Okien otwierac raczej nie wolno, bo wokol wisi niebezpieczenstwo zarazenia denga (goraczka krwotoczna roznoszona poprzez komary). Mielismy nadzieje, ze uda nam sie w koncu usnac ale.., niestety wtedy trzeba bylo juz wstawac. Tak minela nam noc w Angra dos Rios. Zamowiona dzien wczesniej taksowka nie przyjechala co wzbudzilo w nas uzasadniony niepokoj. Mielismy w koncu wykupione bilety na dwa kolejne polaczenia. Na szczescie dzieki indyjskiej lekcji, teraz zawsze zostawiamy sobie margines czasowy. Wtedy to w Kilong (Himalaje) bieglismy o 4 rano z ciezkimi plecakami pod gore, zeby zdarzyc na jeepa (bo umowiony wieczor wczesniej transport nie przyjechal...).
Tak wiec, jestesmy juz z dala od tego koszmaru. Mamy nadzieje, ze w koncu zblizymy sie do naszych ukochanych gor wsrod ktorych czujemy sie najlepiej i gdzie nie bedzie juz takiego zgielku. Gdzie bedzie nam dane uslyszec wymarzona cisze i odetchnac pelna piersia...
Pogoda nas niestety nie rozpieszcza. Od poczatku wyjazdu mielismy tylko dwa sloneczne dni. Pozatym na ogol pada deszcz. Ciekawe co czeka nas na poludniu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz