czwartek, 9 czerwca 2011

Santiago de Chile - ostatnie dni w Am Pld

6-7.06

Lot z Ekwadoru do Chile nie byl najbardziej fartowny. Najpierw wybrano nasz bagaz do rutynowej kontroli - musialem zejsc do przeladowni i wyjac wszystko z plecaka Aniu. Potem celnik sie wyluzowal i po pogawedce o tym co robilismy w Ekwadorze nie sprawdzil mojego plecaka (a u mnie byly ciekawsze rzeczy ;)
Kiedy juz wyladowalismy, zapomnielismy o 2 pomaranczach w bagazu podrecznym (Chile bardzo przestrzega przepisow sanitarnych), ktorych wczesniej nie zglosilismy. Skonczylo sie na prawie 2h posiadowie w biurze u celnikow, w trakcie ktorej wypelnilismy sterte dokumentow i wyblagalismy, zeby nas nie obciazyli kara 400 usd. Mimo, ze mielismy to generalnie 'z tylu' sprawa byla dosc powazna, bo zalozono nam sprawe karna (Anulka zglosila sie na ochotnika ;) o skladanie falszywych zeznan.
Po calym tym zamieszaniu mielismy wszystkiego dosc, a kiedy doczlapalismy sie do naszego hostelu okazalo sie, ze od 8 m-cy jest on zamkniety. Na szczescie jakis lokales zaprowadzil nas do innego w poblizu, ktory okazal sie calkiem fajnym miejscem.
Po tym jak odespalismy bezsenna noc wyruszylismy na miasto (kolo 14). Do pozna szwedalismy sie po glownych ulicach miasta i zakonczylismy wieczor na naszych ulubionych Pisco Sour. Mimo ze knajpka wygladala niepozornie - wszystko okazalo sie swieze i rewelacyjne w smaku.
Zarowno pierwszego jak i drugiego dnia stolica Chile wydala sie nam bardzo przyjazna. Miasto jest czysciutkie, uporzadkowane, a ludzie lepiej ubrani niz na polnocy kontynentu. Wszystkie ulice sa szerokie, lacza sie pod katem prostym. Jest duzo trawnikow, parkow miejskich pod ktorymi mieszcza sie parkingi podziemne. Siec metra rowniez jest szeroko rozbudowana. Miasto troche przypomina Nowy Jork, jest tylko troche nizsza zabudowa. Jest tez znacznie ladniej polozone. Ostatniego wieczoru w ramach zwiedzania przespacerowalismy sie na gore Santa Lucia, z ktorej rozciaga sie przeurocza panorama miasta wcisnietego miedzy wysokie, osniezone gory. Tak, tak, bowiem tutaj wlasnie zaczela sie zima. Ludzie chodza w cieplych kurtkach, czapkach i rekawiczkach. My takze zmarzlismy wciagu dnia. Z drzew spadly juz prawie wszystkie liscie. Przy szaroburej pogodzie wyglada to troche przygnebiajaco zwazywszy, ze dopiero co wyjechalismy z tropiku...
Pozegnanie z Ameryka Poludniowa zaczeslismy w przypadkiem znalezionej knajpce artystycznej (the clinic). Klimat niczym z teatru - na czarnych scianach porozwieszane czesci garderoby i manekinow. Mnostwo plakatow i rysunkow. Jedzenie obledne. Jednak aby atrakcji stalo sie zadosc, przy placeniu okazalo sie, ze zapodziala sie gdzies nasza karta platnicza. Widac nie stracilismy glowy do konca, bo Piotr przypomnial sobie gdzie mogla sie zgubic. Pospiesznym krokiem udalismy sie do knajpy z poprzedniego wieczoru. I tam - mila pani oddala nam cenna zgube. To niewatpliwie byl powod, aby zagrzac tam troche miejsce na dluzej. Po ostatnich Pisco musielismy wrocic do hostelu po bagaze, a stamtad prosto na lotnisko.
Odprawa poszla bardzo sprawnie i chwile potem znalezlismy sie na strefie bezclowej. Wiemy, ze Nowa Zelandia i Australia bedzie dla nas bardzo droga. Z tego powodu chcielismy zrobic sobie male zakupy. Dlugo i dokladnie przegladalismy kazdy produkt, wachalismy i przebieralismy. Jednak gdy przyszlo do zaplaty... Pani z kasy wycofala nam prawie wszystko gdyz Nowa Zelandia ma chyba najbardziej restrykcyjne przepisy dotyczace wwozu niektorych produktow.
Tak wiec chwile pozniej znalezlismy sie w ogromnym samolocie i ruszylismy do Auckland jedynie z torba czekoladek :)!
Przelot do Nowej Zelandii i zwiazana z nim zmiana strefy czasowej 'wyciela' nam jeden dzien z zycia: 8. czerwiec 2011 roku dla nas nie istnial. Wsiedlismy w Chile do samolotu 7. czerwca o 22.50 i wysiedlismy w Auckland 9 czerwca o 4.20 rano po 13,5 godzinach lotu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz