wtorek, 3 maja 2011

Jezioro Titicaca: Copacabana i Isla del Sol

29.04

Znow przenieslismy sie do miejsca, z ktorego nie chcemy sie ruszac. Dojechalismy nad jezioro Titicaca (3840m.n.p.m.), ktore poczatkowo przypominalo nam wybrzeze w Chorwacji. Jest ogromne, ma niebieski kolor, a niedaleko od ladu ciagna sie brazowe, wysuszone od slonca wyspy. Udalo nam sie dostac pokoj z pieknym widokiem i malym balkonikiem. Mamy w nim wszystko czego nam trzeba za cene polowe nizsza niz w La Paz, a nawet trzykrotnie nizsza niz w wielu innych rejonach ktore odwiedzilismy do tej pory. Hotel zostal zaprojektowany przez artystow i kazdy pokoj ma niepowtarzalny klimat, przy czym caly wystroj jest bardzo cieply (duzo drewna i bambusa) i przytulny. Juz teraz czujemy, ze moglibysmy tu spedzic co najmniej tydzien. Obsluga tez na najwyzszym poziomie (patrz kolejny dzien - hahaha!). Obok hotelu mamy zielony ogrodek i lezaki. Jest tam tez 'slack line', czyli lina na ktorej Piotrus bawi sie jak male dziecko, uczac sie po niej chodzic. Mamy dostep do kuchni. Wszystko nam sie bardzo podoba i jest nareszcie tanio. Jest tak 'swojsko'. Dookola pasa sie owieczki, prosiaczki i osiolki. Jedyny mankament to szkodliwa woda z kranu, przed ktora przestrzegaja na kazdym kroku i ew brak dostepu do internetu. W lazienkach wisza informacje zeby uzywac wody z butelki do mycia zebow. Aby poczuc pelnie szczescia, po raz pierwszy skorzystalismy z uslugi pralniczej. Oddalismy wszystkie nasze ubrania i latalismy w rajtuzkach i kurtkach puchowych - jedynych rzeczach ktore nie wymagaja gruntownego czyszczenia. Zostaniemy tutaj napewno dwie jezeli nie trzy noce.

30.04

Czar prysl jeszcze wczoraj wieczorem. Odebralismy nasze techniczne ubrania z pralni znacznie (!) mniejsze, niz kiedy je oddawalismy. Nasza zlosc rosla w nocy, gdy nie moglismy spac przez dudniace bebny dochodzace gdzies z ulicy. Rano okazalo, sie ze w hotelu ktos nie wpisal naszej rezerwacji na jutrzejsza noc i inne osoby sa juz tam zarezerwowane. Pan rozlozyl rece i ze smutna mina oznajmil, ze teraz juz nic nie moze zrobic. Osoba odpowiedzialna za nasze pranie tez nie poczula sie, aby nam zadoscuczynic za nasza strate. Magia tego miejsca uleciala w ciagu bardzo krotkiego czasu. Zrobilismy awanture na recepcji (bylo ostro! - choc zazwyczaj tak sie nie zdarza). Na poczatku plan byl taki, ze zostajemy tu do jutra, lecz z samego rana postanowilismy ze pakujemy graty i zawijamy sie na calodzienny treking na Isla del Sol. Po powrocie, jeszcze tego samego dnia jedziemy autokarem do Punto i tam mamy zwiedzic tradycyjne wyspy zbudowane z trzciny.
Potem obsluga hotelu sie zreflektowala, ze dala plame (albo nasze argumenty podzialaly ;) i w koncu zostajemy tu 3 noce. W zwiazku z tym powyzszy plan lekko sie zmienia - jedziemy do Puno (Peru) 2. maja.
Dzisiejszy dzien (po porannych awanturach) spedzilismy w ogrodzie (znowu 'slack line' ;), a takze na podziwianiu roznych grup tanecznych (kazda miala inne stroje) uczestniczacych w paradzie z okazji swieta 3. maja. Parada przemieszcza sie po ulicach wsi. Ludzie uczestniczacy w tej fiescie od wczoraj wieczorem pija alkohol (piwo i miejscowa wodka) przez 24h. Niektorzy nie maja juz sily chodzic, albo tancza w 'swoim stylu' zarzucajac z trudem nogami. Jest bardzo glosno i kolorowo, ale nie ma zadnej agresji, dlatego ogolnie mowiac: podoba nam sie! Jutro ma byc podobnie. Maja zdrowie! - 3 dniowe pijanstwo w ostrym sloncu, w ciezkich i cieplych strojach... Takiej imprezki nie bylo nawet podczas karnawalu w Brazylii.
Wieczorem poszlismy na spacer na pobliskie wzgorze (4 tys. m) skad mielismy piekny widok na zachodzace slonce. Potem zjedlismy obowiazkowego pstraga z jeziora. Pychota!

01.05.

O 5.00 rano obudzil nas halas orkiestry witajacej dzien na ulicach Copacabany. Mimo iz z checia pospalibysmy jeszcze, wydalo nam sie to tak komiczne, ze wzielismy to na luzie i z cierpliwoscia czekalismy na pore sniadania. O 6.00 zaczela sie msza na rynku. Przez godzine odglosy mieszaly sie ze soba, na tyle glosno i uporczywie, ze mozna bylo oszalec. Caly ten halas wynika z tego, ze cala Copacabana miesci sie nad woda, w dolinie miedzy gorami przez co wszystkie odglosy unosza sie jak w amfiteatrze. Zewszad doskonale slychac, co dzieje sie na rynku i w tutejszym 'centrum'.
O 9.00 wyplynelismy mala lodeczka na wyspe Isla del Sol, na ktorej wreszcie mielismy mozliwosc pospacerowac troszke, bowiem podrozowanie tak naprawde ma to do siebie, ze wiekszosc czasu spedza sie na tylku jezdzac autobusami, latajac samolotami lub plywajac lodkami. Zadko mamy okazje zaznac jakiejkolwiek aktywnosci fizycznej. Z tego powodu dzisiejszy spacer przyniosl nam duza frajde mimo, ze widoki nie byly powalajace. Wyspa miala ok 10 km dlugosci. Rosnie na niej niewiele drzew. Glownie to trawa i jakies male krzaczki. Tutejsza ludnosc mieszka malych kamienistych domkach a w zagrodach trzymaja osly i prosiaki. Na zboczach wyspy maja swoje pola uprawne. Kobiety w tradycyjnych stojach (kolorowych, kwiecistych spodnicach z blyszczacego materialu, w melonikach na glowach opasane wielkimi pasiastymi szalami) praly swoje ubrania w strumieniach lub w jeziorze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz